Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu Czytaj dalej

Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Niby nic a jednak… – do czego nie mogę przyzwyczaić się na Tajwanie (projekt Klubu Polki na Obczyźnie)

Przyleciałam na Tajwan nie wiedząc za wiele na temat tego kraju.. No wiecie, małe chińskie rączki składające breloczki do kluczy które piszczą na gwizdnięcie, kimona, ryż, kung-fu pandy i muzyka przypominająca miauczenie kotów. Aha, no i że Tajwan to Chiny ale nie Chiny.

Przylatując po raz pierwszy – zakochałam się w tym kraju, wszystko było super, mega, cudowne i w ogóle och ach Hellou Kitti, a Polska to 100 lat za Murzynami. Z powodu bardzo pobieżnej znajomości realiów i języka łykałam propagandową słodko-tęczową papkę jak młody pelikan i jedyne co mi się nie podobało to fakt że musiałam wrócić do zimnego i burego kraju nad Wisłą. Kiedy przyleciałam za drugim razem – byłam już na własną rękę, parasol ochronny nieco przeciekał (bo już nie miałam uczelnianej opiekunki, co załatwiała każdą sprawę) i byłam coraz bardziej zdana na siebie i rozumiejąca po chińsku. No i rzeczywistość zaczęła nieco skrzeczeć. Ale po trzech latach spędzonych tu wiem, że Tajwan jest fajnym miejscem do życia – aczkolwiek rzecz jasna jak zawsze, są rzeczy które mi przeszkadzają. Czytaj dalej

Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków. Czytaj dalej

Tajfun, tfu tfu – czyli jak czasem wygląda tajwańska pogoda

Wczoraj przy okazji ploteczek czatowo-skajpowych z kuzynką w powietrzu zawisło pytanie:

- Majia, jak tam u was na Tajwanie, żyjecie? Bo w wiadomościach nawet było, że jakaś masakra i tragedia.
Zdziwiłam się trochę, bo nie zanotowałam żadnego spektakularnego wydarzenia, które mogłoby pretendować do miana wstrząsającego i straszliwego. Zatem – może dowiem się czegoś, co trzymano przede mną w tajemnicy? Czytaj dalej

O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

Tajemnice uroczej pieczarki – czyli wyniki psiego konkursu

Reakcja na widok zdjęcia „pieczarkowego” psiuńcia była jedna jedyna dozwolona:

Najpierw:

- Oooooo jaki słodki!

A potem, gdy cukier nieco opadł i percepcja się polepszała, szczegóły zaczynały być widoczne:

- Matko, gdzie ten pies ma uszy????? Czytaj dalej

Pieskie letnie tajwańskie życie… – czyli o psach, kosmitach i brzytwach, i o konkursie!

Już kiedyś pokazywałam wam tajwańskiego husky w wersji letniej. I kota prawie perskiego, śnieżnobiałego, na skwar kanikuły do skóry gołej opitolonego.

Mnie już przestały zadziwiać takie przypadki, ale…

Pewnego dnia zaczęły pojawiać się one nie pojedynczo w stosownych odstępach czasu pozwalających przetrzeć patrzałki i pokiwać głową w zadumie - ech, kumie, co te Tajwańce nie wymyślą znów. O nie. Zwierzyna przystrzyżona „na fantę” (starsi będą pamiętali tą reklamę), albo inną fantazję trzęsących się rąk podekscytowanego balwierza zaczęła mnie wręcz prześladować. Czytaj dalej

Na nieboskłonie tajwańskim zjawiska magiczne… Kaohsiung, 30.03

Szeroko zachwalane i reklamowane zaćmienie – pomimo pobytu w północnej części Norwegii, gdzie miało być ono niemal całkowite i widoczne z każdej możliwej dziury, góry i doliny – niestety mnie ominęło. 

Bo akurat w czasie gdy zaczęło się ściemniać i słońce właśnie było pożerane przez mitycznego smoka – zerwał się wicher, niebo zasnuło chmurami, a z chmur ołowianych spadł kopny śnieg. Przecząc dosadnie ludowej prawdzie, że podczas zaćmienia nawet wiatr ze strachu chowa się w mysiej dziurze. Czytaj dalej

Sezon na katar po tajwańsku

I nie mylić tu z Katarem, który nam dokopał w rękę. Chodzi o pospolitego obcego o glutowatej konsystencji, który kolonizuje nasz nos, mózg i resztę systemu oddechowego.

Na Tajwanie katar /przeziębienie / grypę/ anginę złapać jest wyjątkowo prosto, zwłaszcza „latem” – czyli przez 10 miesięcy w roku, gdy temperatura zewnętrzna poraża upałem, a menadżment w sklepach pragnie nieba uchylić kochanym klientom i hula klimą na luksusowe 20-22C. I wiadomo, co się dzieje – aaaaa psik, inwazja obcych na ścianie. Czytaj dalej