O tym jak Majia smoka ratowała… – wspomnienie z końca lata

Dziś nie będzie tajwańsko – będzie polsko. I nie będzie bajkowo, no może troszeczkę…
Był sobie smok. Wielki jak smok, i palił jak smok, i latał jak smok, i owce płoszył jak smok (a z braku owiec, to młode wojsko, kury i kapustę też płoszył). I poszedł ten smok na emeryturę… Ale zanim poszedł, złamał kilka serc i poderwał kilka dziewic, w tym jedną (może i gorszego sortu, ale czy to grzech?)- doszczętnie i na wieki…

fot. Marcin Sigmund (Archiwum Fundacji Wiedeńczyk)

I na tej emeryturze niestety – skrzydełka mu nieco podwiędły. Czytaj dalej

Gdy kolory niosą smierć… – tragiczny finał zabawy w Nowym Tajpej

W weekend doszło do strasznego wypadku, w którym poszkodowanych jest niemal 500 osób, z czego ponad 200 było w stanie ciężkim lub krytycznym. Jest to największy wypadek podczas imprezy masowej na całym Tajwanie.

W parku rozrywki Formosa Water Park odbywała się impreza z serii „Colour Run Asia”, gdzie ważnym punktem programu było znane i Polsce a inspirowane hinduskim świętem Holi – rozpylanie kolorowych proszków.

Jest to efektowne, i wygląda niezwykle fotogenicznie i barwnie. Jest też potencjalnie niebezpieczne. Czytaj dalej

Bajki Tysiąca i jednej Polki – Dziewczynka w czerwonym kubraczku

Poniższy post powstał w ramach projektu „BAJKI TYSIĄCA I JEDNEJ POLKI” Klubu Polki na Obczyźnie, który dedykowany jest Karince oraz jej siostrze Ali. Dziewczynki aktualnie nie mają możliwości by podróżować, dlatego zabieramy je w baśniową podróż po świecie z dziecięcych snów.

Istnieje mapa bez krańców świata – są na niej wszystkie kontynenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce. Czytaj dalej

Statystyczne wykwity analityczne – czyli jak odkryć mojego bloga

Myślałam, że „kupa wieloryba” długo nie doczeka się godnego następcy przebijającego absurd i odległość od rzeczywistej tematyki mojego bloga.

Ale jako że ludzka kreatywność nie zna granic, a słownictwo jakiego używam bywa niekonwencjonalne zarówno pod względem metaforyki, skojarzeń, gramatyki jak i leksyki, to ludzkość wyprowadziła mnie z błędu logicznego całkiem szybko.

Z pomocą przyszło mi narzędzie zwane słodko „analem” albo „analem poszerzonym” w blogerskim gronie – czyli Google Analytics. Czytaj dalej

Jestem sławna!!!

Gdy zaczęłam pisać bloga w 2012, w zamyśle kierowałam go do swoich znajomych i ewentualnie garstki entuzjastów zbłąkanych w czeluściach internetu, którzy trafili na moje poletko, użyźniane regularnie efektami nadmiaru czasu i napadami sraczki pisarskiej.

Minął pierwszy 1000 wyświetleń, potem stuknęło 10 000, potem nagle z wielkim zdziwieniem odkryłam szaleństwo licznika odwiedzin – co jak się okazało, nie było efektem wirusa komputerowego, a pokłosiem tego, że moja notka o zabójczej herbacie trafiła na stronę główną Onet.pl. I tak się turlało, z górki na pazurki, mignęło 100 000 (wielki wpływ miał na to ostatni z poleconych artykuł o ucieczce samolotu zwanego Wiedeńczykiem i inne w miarę regularne polecenia moich artykulików w Blogosferze Onetu)… Czytaj dalej

Mój pierwszy troll pokemonowo- internetowy

Miało być o Filipinach i niebiańskich plażach tudzież smagłych torsach umięśnionych ratowników, ale… oto w komentarzach do oclenia, tfu, ocenzurowania, zmodernizowania i zatwierdzenia znalazłam swoje pierwsze (w dwuletniej historii mojego blogowania) wiadro żółci, jadu i wymiocin zielonej zazdrości.

Zazwyczaj bowiem czekały tam na mnie (w folderze Nowe lub Spam) – propozycje schudnięcia (dziękuję, mam już swoją dietę i talię osy, czasem szerszenia lub trzmiela), jakieś dziwolągi wyplute przez translator a stanowiące impresję na temat… hmmm, najstarsi górale też mają problem z rozkminą, czasem szczodre oferty majorów amerykańskiej armii w Iraku (piszących z łotewskich adresów mailowych) proszących o pomoc wyciągnięciu taaaaaakiej gotówki z jakiegoś banku z solidnym wynagrodzeniem za ową pomoc itp, a także sposoby na powiększenie mojego penisa i te pe. Czytaj dalej

Cosplayowo :D – czyli Azjaci w przebraniach

Kiedyś Modliszka przy okazji popisów moich japońskich kolegów z okazji Szkolnych Urodzin zapytała czy cosplay jest na Tajwanie tak popularny jak w Japonii. Zgodnie ze stanem wiedzy na tamten moment odpowiedziałam – że już nie. 

Owszem, kiedyś był wiodącym tak hobby gimnazjalistów, licealistów i studentów, że w parkach co rusz można było spotkać przebierańców, Czarodziejki z Księżyca w wersji skośnookiej itp, ale – że fala nadmiernego zainteresowania ma już swoje apogeum za sobą. I ciężko spotkać masowe ilości przebierańców na ulicach czy w parkach, bo kosplejowanie odbywa się najczęściej w domowym zaciszu. A cospleyowe ciuszki można kupić za „Śmiesznie niskie pieniądze” – przynajmniej  tak mówili Japończycy. A że dla Japończyka poza Japonią niemal wszystko będzie śmiesznie tanie to inna para kaloszków. Ale wróćmy do tematu.

Cosplay pokrył się kurzem i zniknął w pomroce spowijającej zeszłoroczne trendy…

 Uwierzyłam na słowo. Po czym przypadkiem przejeżdżając obok Pier2, Czytaj dalej

Plażing, smażing i inne akcenty wakacyjne – Boracay

Obudziły mnie raźno piejące koguty i ciepło sączące się pomiędzy uderzeniami klimatyzatora. No tak, Kalibo jest znacznie cieplejsze niż Tajwan, a okna bynajmniej do szczelnych się nie zaliczają. Zatem zebrałam plecaczek i zawołanym przez Hotelową Madam trójkołowcem pokołysałam się na parking dla autobusów.

Oczywiście, od kopa obskoczyli mnie naganiacze oferujący „tani, szybki, klimatyzowany transport do portu Caticlan”, ale po szybkim rzucie oka na zachwalany wehikuł zasiadłam koło innego busa i rozpoczęłam potulne czekanie na resztę pasażerów. Mój bus, choć lata świetności miał lekko za sobą, posiadał zarówno szyby w oknach jak i klimatyzator – a ten tani-szybki etc chłodzony był za pomocą chłodnych podmuchów czekających ewentualnie przy drodze, by wpaść przez okna wyposażone głównie w kraty i szerokie rozwarcie na przestrzał. Szyb bowiem w zestawie nie uwzględniono, podobnie jak siedzeń – bo towarzystwo szybko zajmowało drewniane ławki poupychane wzdłuż w 3 rzędach Tiaaa, witamy w trzecim świecie. Czytaj dalej

Filipińskie wakacje… część I – czyli dreszczyki podróżne

Gdy stempel w paszporcie coraz bardziej nieubłaganie pokazywał, że muszę się z wyspy ewakuować, uzyskać zestaw magicznych pieczątek wylotowo-wlotowych oraz po prostu zmienić choć na chwilę kraj, aby nie popełnić masowego mordu na Tajwańczykach, którzy zaczęli irytować mnie w stopniu jak dotąd nienotowanym – pojawił się zwyczajowy problem: GDZIE? KAJ? KUDA?

Poruszyłam ten temat w szkole i w gronie znajomych. Japoneczki rzecz jasna zachwalały mi Tokio/Osakę, Nguyeny płci obojga – Wietnam, oferując swe usługi przewodniczo-towarzyskie (Nguyen to najpopularniejsze nazwisko noszone przez jakieś 90%populacji Wietnamu), zaś Irek stwierdził krótko – „To może lećmy razem na Filipiny, bo też mam termin visa run na czerwiec. Słyszałem że na Boracay są niezłe plaże, jest tanio i są tanie bilety.” Czytaj dalej

Zaduszki po tajwańsku… (czyli spal babci torebkę Szanel a dziadkowi perfumy i tablet)

 W tajwańskim kalendarzu religijnym nie ma rzecz jasna najmniejszej wzmianki o „Zaduszkach” czy „Dniu Wszystkich Świętych”. Owszem, obchodzi się Halloween – ale to bardziej jako okazję szkolno-marketingowo-imprezową, ale idea listopadowych odwiedzin na grobach rodziny jest czystą abstrakcją.

hallo1