Ahoj przygodo! – czyli norweski epizod z Morzem Północnym w tle

Gdy kolejny turnus z Chińczykami dobiegał końca, a ja serdecznie wymiotowałam już na samą myśl o zgrai wyjątkowo irytujących skośnookich osobnikow jacy mi się trafili tym razem, zadzwonił telefon.

- Kiedy lecisz do domu?- przez trzaski i inne zakłócenia w tle przedarł się chrapliwy głos mojego znajomego Wilka Morskiego, kapitana siedmiu mórz.

- A za pare dni, a co? Chcesz mnie na obiad zaprosić?

- E tam obiad, mam dla ciebie pracę!

- Jaką?

- Bzzzt glum glum klhhhhhh bzyt krrrrr bzyt… – i w słuchawce rozległy się buczki oznaczające koniec audiencji.

„I cal you tomoro. I am on boat and have bad conektion” – zapikał sms, specyficzną angielszczyzną kapitana. OK…

Z tym „tomoro” to w wypadku Wilka Morskiego bardzo umowna sprawa i czasem wypada ono za tydzień, miesiąc, ruski rok lub nigdy – ale wieczorem po 23 Wilk Morski zadzwonił. Z propozycją nie do odrzucenia. „Mój człowiek z załogi jest chory, potrzebujemy kogoś na podmianę. Chcesz?”

Aha. Okeeeej… Yyyy?

- A co miałabym robić, przecież łodki to ja widzę głównie w butelkach jako elementy dekoracyjne, albo na obrazkach, a o pracy marynarza mam takie pojęcie jak o piciu rumu.

- Na mojej łodzi nie ma alkoholu w tym rumu też, a reszta jest prosta. Trzeba gotować, myć, duuuuużo mycia i pomagać przy załadunku i rozładunku cargo. Nic trudnego. Kiedy możesz zacząć? Czytaj dalej