Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu

Grudzień w Kaohsiung, w Oceanie Kwiatów Qiaotou

Dobra, podniosłam wam ciśnienie i w atmosferę uniosło się zapewne kilka błogosławienstw :D.

Ale rzeknę wam w absolutnej tajemnicy, że czasem zima wygląda tak (zdjęcia dzięki uprzejmości naocznego świadka tegoż cud zjawiska w okolicy Tajpej – Doroty z bloga ourbabelschool):

przy czym takie ewenementy klimatyczne zdarzają się nad wyraz rzadko, pewnie raz na ćwierćwiecze. Śnieg na Pięknej Wyspie jest zjawiskiem o tyle niecodziennym, że powoduje natychmiastową pielgrzmkę w kierunku zasypanych na biało miejsc, a potem złoty sezon w warsztatach blacharskich i ciężki okres w pracy policji. Tajwańczycy bowiem z zasady opon zimowych nie używają, jakoś w trakcie szkolenia kierowców techniki jazdy św poslizgu są omijane – więc w wędrówce ludów, gdzie każdy spieszy się jak może żeby ów śnieg pomacać zanim pomacają i zadeptają do reszty go inni spragnieni niecodziennych doznań – i rzecz jasna, efektem tego plus nonszalanckiej pełnej fantazji i ambicji jazdy jest – dzwon na dzwonie i stłuczką poganiany.

Ale pomimo że na Tajwanie nie ściska mrozem, nie smaga śniegiem, nie ścina lodem kałuż – to zima jako pora roku bywa niepomiernie upierdliwa i ma kilka minusów.  Które wymienię jednym tchem, zanim ktoś do ciepłych słów dołączy rękoczyny :D

Oprócz pługów śnieżnych, opon zimowych i solarek tudzież kontroli poślizgu na zlodowaciałej drodze, wynalazkiem zupełnie nieznanym jest – kaloryfer. Ogrzewanie centralne. Piec kaflowy. No dobra, istnieją takie gadżety jak grzejniczki olejowe, „farelki” czy takie coś podobne do wiatraka – tylko z kwarcówką, ale… No właśnie. Mi (i sporej części Tajwańczyków) szkoda kasy na coś, co będzie potrzebne przez dwa tygodnie w roku. W efekcie gdy przychodzą chłody, postanawiam zakupić takowe urządzonko – po czym cena mnie odstrasza, i zmysł praktyczny wtóruje wężowi w kieszeni, więc kończy się na zakupie ciepłych skarpetek, balsamu rozgrzewającego i kieszonkowych pogrzewaczy. I rzecz jasna modlę się, aby zimny czas trwał te przysłowiowe dwa tygodnie…

Innym niuansem powiązanym z brakiem kaloryferów (poza – uwaga – elektrycznie podgrzewanym lustrem w łazience… nie pytajcie skąd taki pomysł, ale każde mieszkanie w ktorym byłam, taki kabel wystający z lustra posiada) – jest brak szczelnych okien. I drzwi też, rzecz jasna. Innymi słowy, gdy na zewnątrz panuje rześkie 15C albo 12C – w domu masz równie rześko. A teraz wyobraź sobie marsz po marmurze do łazienki, i zdjęcie galotów do czynności fizjologicznych… No bo sedes, w przeciwieństwie do lustra, podgrzewany już nie jest.

Przechodzimy zatem do ostatniego drobnego minusika. W Kaohsiung bowiem brak ciepłych kołder. Pościele są raczej „letnie” – czyli cienkie. Koce – ładne i czasem puszyste, ale nie ciepłe. Zatem, do spania zakładam – czapkę, dwie pary skarpet, romantyczne kalesony i polarowy dres. A gdy dostałam wielką kołdrę typu zimowego – najpierw moi znajomi mnie z lekka obśmiewali, że mam pod łóżkiem ponton, a potem za ów „ponton” oferowali równowartość wagi w złocie. Mojej wagi, nie wagi pontonokołdry. Stwierdziłam że oddam, za objętość – w diamentach. Chętni chcą się pozabijać, ale diamentów na Pięknej Wyspie brakło.

Dobra. Introdukcję mamy za sobą, to teraz praktyczne sposoby na przetrwanie zimniejszego dnia i nocy…

1. Ubiór na cebulkę. Czyli wciągnięcie wszyyyyyystkiego nadającego się do wciągnięcia na zmarznięte ciało, i totalne olanie efektu wizualnego. Zmysł estetyczny bowiem zamarza mi gdy nos mam zimny i mokry jak zdrowe szczenię. Zatem, getry w kwiatuszki a na to dżinsy, łososiowa bluza z Bambim, zielona kurtka, buraczkowy szalik, oczojebnie błękitne skarpety, golf w kolorach tęczy – i jest piknie. Ciepło znaczy.

 

Dla rozgrzewki pedałujemy :D. Zestaw kolorystyczny jeszcze nie jest aż tak tragiczny, ale to nie najcieplejsza wersja

To w tle to nie hałda śniegu, a sól. O czym informuje trzeci od góry krzak na słupie

Tajwańczycy chodzą w puchowych kurtkach – Młodociany ma taką, zwaną pieszczotliwie babciną kanapą (patrz zdjęcie – było wtedy gdzieś z 15C). Okutują się w dizajnerskie szaliczki – ale uwaga, zapominają o stopach, więc do zestawu zimowej odzieży najczętszym obuwiem odzieży na zwrotnikowy mróz są – klapki japonki, praktyczne i tanie… Aha, zapomniałabym. Kurtek nie zdejmuje się – więc na zajęciach Azjaci notują okutani w ciuchy nadające im wygląd człowieczka Michelin. Nie wiem jak to robią, ale pewnie ewolucyjnie opanowali coś, co nam zanikło w wyniku rozpieszczenia ogrzewaniem centralnym w budynkach użyteczności publicznej.

Dodatkowo, na ulicach pojawiają się – zimowe kaski (pełne, z zakrytymi uszami żeby wichura nie gwizdała po uszach) i maski, z taką zwisającą firaną chroniącą szczękę i szyję. A podczas jazdy skuterem zarzuca się na siebie coś w rodzaju wiatroodpornej plandeki – aby po dotarciu do celu swobodnie zadawać szyku minispódniczką – a nie z całych sił powstrzymywać telepawkę przemrożonych kolan.

2. Kosmetyki.

To akurat moja zamorska inwencja z Kraju Falującej Orchidei, gdzie dzieci z mlekiem matek wysysają pamięć genetyczną o okresach gdy na półkach był tylko ocet i trzeba było sobie jakoś radzić i robić coś z niczego. Zatem z odpowiednim wyprzedzeniem zakupuję przeceniome kosmetyki odchudzająco-rozgrzewające z ekstraktami z czili i imbiru i innych takich dziwnych substancji – i gdy nadejdą chłodne wieczory, z lubością nacieram wymarznięte ciało… Efektow odchudzających nie widać (nawet gdyby były to by ginęły pod zwojami szmat wciąganych na siebie kilogramami i metrami), ale grzeje wyśmienicie, i czerwona jak raczek oraz spocona jak mysz mogę we względnie przyjaznej temperaturze zaszyć się pod kołdrą i usnąć bez dziwnych myśli że obudzę się jako dusza pokutna, patrząc na me sztywne ciało zamienione w bryłę lodu. 

Ten sposób nie nadaje się dla autochtonów… Raz solidnie wymarznięty Młodociany wpadł do mnie w przerwie na uczelni, i widząc jak pomykam w odzieży cokolwiek letniej – zażądał tego samego, bo mu tak zimno, że ledwie długopis trzyma. Zatem dostał do łapki kremik, udzieliłam mu instrukcji co i jak wysmarować – i napawałam się własną wspaniałością w poszerzaniu świadomości grzewczej, a Młodociany posapywał ukontentowany komfortem cieplnym co na niego spłynął… Przez jakieś 10 minut. 

Bo potem Młodociany zniknął taktownie w czeluściach łazienki – i zaczeły się z niej rozlegać stłumione acz mocno plugawe bluzgi po tajwańsku, wyglaszane tonem mocno boleściwym.

Po dłuższej chwili Młodociany wyszedł, zapłakany i pociągający małym chińskim noskiem i dopinając spodnie rzekł:

- Pierwszy raz w życiu cieszę się że moja anatomia jest azjatyckiego rozmiaru, gdyż gdyby była choć ciut większa to bym chyba umarł sikając…  

3. Japońska myśl techniczna i tradycyjne chińskie wynalazki rozgrzewające noc.

I dłonie, i stopy i brzuszki.

I nie mam na myśli tych japońskich wynalazków o wysokiej częstotliwści drgań, ani tych chińskich, co można je kupić w spożywczaku. Mowa o podgrzewaczach chemicznych, zboczuszki :D

Japońskie wyglądają trochę bardziej wypaśnie – a mianowicie, w woreczku z żelem pływa sobie metalowa blaszka, a jak się ją wygnie, to woreczek w momencie robi się sztywny jak pal Azji, i emituje rozkoszne ciepełko. A potem, jak już wyemituje co mógł – trzeba go wygotować, i od nowa mamy woreczek z żelem i blaszką. Z uwagi na to, że nie mam kuchni, to gotowaniem podgrzewacza zajmuje się Młodociany, ale po przygodach z ogrzewaniem w kremie boi się dotykać japońskiego wynalazka czymkolwiek, poza czubkami paluszków. 

Chińskie podgrzewacze działają podobnie – tylko są jednorazowe, no i mniej high-tech, bo wyglądają jak przerośnięte torebki kiepskiej herbaty, z metalowym granulatem zamiast fusów. Pociera się toto, i po chwili magicznym sposobem torebunia grzeje, aż się nie zmęczy. Wówczas wywala się ją przecz i odpala nową. Plusem jest to, że nie sztywnieją – więc można je upychać po kieszeniach, i to że grzeją może i nie spektakularnie, ale dłuuuugo.

4. Dieta

Po pierwsze - pić dużo wody. Ciepłej. Koniecznie z minimum półlitrowego termo-kubka, kupionego zawczasu. Raz próbowałam kupić taki w sezonie… Odtąd już zawsze kupuję na zapas :D

 

Po drugie – pić dużo herbaty, ciepłej z imbirem i czarnym cukrem, karmelowej czekolady oraz gorącej kawy… A nie, kawy nie wolno ale i tak piję. 

Po trzecie - ogarnąć sposób na sikanie bez zbliżenia się do zlodowaciałego klozetu…

Po czwarte - jeść w małych jadłodajniach, w porze największego ścisku, gdyż wtedy parująca zawartość miseczek z czymkolwiek plus bliskość międzyludzka generuje całkiem przyjemną temperaturę.

Po piate - do wszytskiego sypać chili. Do krewetek, do ryżu, do makaronu, do zupy, do deserów niekoniecznie – ale pewnie też się da, o ile osiągniemy stopień wystarczającego zmarznięcia. 

Opcjonalnie, można jeść ananasy, mango, liczi – gdyż według chińskiej medycyny są „rozgrzewające”. Za to na indeksie strawy zakazanej znajdują się wychładzające cytrusy i mleko – czyli dokładnie na odwrót niż w Polsce, gdzie w dobrym tonie jest witaminizowanie się pomarańczami, a w trochę gorszym acz powszechnym – walka z przeziębieniem za pomocą cieżkich dział i mleka z czosnkiem.

Po szóste - przeprosić się z restauracją czule zwaną przeze mnie „maglem” a po chińsku 鐵板燒 tiě bǎn shāo, a będącą tajwańską wariacją na temat japońskiego teppanyaki, gdzie kucharz przyrządza wyżerkę na oczach klienta, smażąc ją na tytułowym maglu, czyli gorącym, żelaznym stole. Ooo, to lubię – podsmażone mięsko, warzywka, kiełki sojowe, ryż i zupka – nic nie stygnie, a w środku jest cieplutko, wilgotno i aromatycznie. Aromat wieczornego posiłku w teppanyaki towarzyszy zresztą do dnia następnego, przypominając, że tam można zjeść -szybko i ciepło.

Po siódme - gdy już maglowe żarcie wychodzi uszami -udac się na hotpota, czyli huoguo 火鍋. To danie znane od Mongolii po FIlipiny i Bahrajn, jest proste jak konstrukcja cepa, a konsumpcja takiego wynalazka nie tylko rozgrzewa, ale trwa, trwa trwa – i jeszcze można pogadać :D

W uproszczeniu, hotpota robimy tak:

- bierzemy rosołek, opcjonalnie kilka rodzajów rosołku, na przykład zwykły, mleczny, ostry, warzywny i wsadzamy do kociołka. Idealnie jest, gdy kociołek ma przegródki, żeby rosołki się nie mieszały (najczęściej wersje są dwie – ostra, ceglastomoarańczowa od nadmiaru chili, i mleczna, łagodna, podane w garze z lekko wygiętą przegródką, nawiązującą do chińskiego symbolu harmonii yingyang). Rosołek z kociołkiem wsadzamy na palnik (na Tajwanie zazwyczaj są to takie palniki na gaz z buteleczki po większym dezodorancie, ale są i elektryczne albo zwyczajne, gazowe z butli biwakowej albo o zgrozo, z węża ordynarnie wlokącego się po podłodze)

- do rosołku wrzucamy szeroki wybór drobno pokrojonych warzyw (kapusta, marchewka, jakaś zielenina o nieprzetłumaczalnej nazwie, jakaś inna zielenina, papryka, cebula, grzyby i tak dalej, inwencja nieograniczona i zależna od humoru szefa kuchni)

- jak rosołek zaczyna pyrkotać, wrzucamy także – mrożone kulki mięsne i rybne (bleh), tofu w różnych wersjach, pokrojone w cieniusieńskie jak papier plasterki surowego, mrożonego mięcha, mrożone lub podechłe owoce morza typu krewetki, ośmiorniczki, kałamarniczki i niepodechłe, żywe  i czasem próbujące odpełnąć z talerza przed egzekucją małże (podechną szybko w wodzie, a będą świeżutkie więc nie grozi nam niedyspozycja jelitowa). 

 -wygrzebujemy podgotowane elementy, wrzucamy na miseczkę z ryżem – i żremy, na raty rzecz jasna. Opcjonalnie wrzucamy jeszcze makaron- ten cienki, sliski i wyglądający jak szklany, który w Polsce nazywa się sojowy lub ryżowy, a naprawdę robiony jest z fasolek mung i po chińsku nazywa się 冬粉 dōng fěn, zimowy makaron.

- przegryzamy całość imbirem w zalewie, przepijamy herbatką – i z pełnym brzuszkiem wracamy do domu :D  

Reasumując…. Jakoś da się tych kilka tygodni przetrwać, aby potem napawać się wiosną :D


 a jeszcze trochę póżniej – tęsknie spoglądając na zamknięte na głucho restauracje „zimowe” – wspominać ten czas, gdy można było na każdym rogu opchać się po uszy pysznym hotpotem i smażeniną z magla…


PS. O zimie napisała już w tym tygodniu Natalia - Biały Mały Tajfun, a w piątek skaczemy do Koszmary i zmagamy się z zimą w wydaniu norweskim.

Wczoraj zaś straszyła i bawiła Marianna z RPA, a jutro - historie z Wiednia rodem przedstawi Ania. Zapraszam do innych grajdołków Polek na Obczyźnie :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>