O tym jak Majia smoka ratowała… – wspomnienie z końca lata

Dziś nie będzie tajwańsko – będzie polsko. I nie będzie bajkowo, no może troszeczkę…
Był sobie smok. Wielki jak smok, i palił jak smok, i latał jak smok, i owce płoszył jak smok (a z braku owiec, to młode wojsko, kury i kapustę też płoszył). I poszedł ten smok na emeryturę… Ale zanim poszedł, złamał kilka serc i poderwał kilka dziewic, w tym jedną (może i gorszego sortu, ale czy to grzech?)- doszczętnie i na wieki…

fot. Marcin Sigmund (Archiwum Fundacji Wiedeńczyk)

I na tej emeryturze niestety – skrzydełka mu nieco podwiędły.

Zatem rzekł smok, prychając dymem i plując iskrami, do damy swego serca, co jako jedyna może mu włazić na plecki – że może tak być, że nie poleci następnym razem i trzeba będzie damine krągłości i kruchości wozić furmanką, tfu, karocą… A dama zasępiła się srodze, nie po damowemu zupełnie drapiąc się w nos i rzucając wyrazy sowicie nieparlamentarne, myślała co by tu wykombinować. Napad na bank odpadał (bo celnie dama strzela wyłącznie sakazmem, zaś wynalazki bardziej skomplikowane niż proca były zbyt trudne w wypożyczeniu – a napad na bank z procą…eeee…. nie!), sprzedaż wdzięków własnych jakoś nie wzbudziła entuzjazmu publiki, która zamiast za portfele łapała się za brzuchy turlając ze śmiechu, nie mówiąc już o utopijnym pomysle wypieku ciasteczek i sprzedaży ich pod kościołem (w dziedzinie pieczenia ciasteczek jestem równie biegła jak w dzierganiu haftem krzyżykowym czy rozmówkach w suahili)… Aż pewnego dnia wpadła dama na pomysł, a raczej pomysł na nią wpadł. I jak już się pozbierała, roztarła czółko obite framugą – zakasała rękawy i zaczęła działać…

fot. Tomasz Qna Chochół
A serio – to mój smoczy samolot czyli Wiedeńczyk dobiwszy wieku sędziwego dla samolotów dotarł też do kresu tak zwanego resursu, czyli ilości godzin jakie może spędzić w powietrzu bez spędzania snu z powiek organom biurokratycznym. Do tego dołączyla koniecznośc wymiany leciwego już płóciennego poszycia skrzydeł, które jeszcze trochę a mogło by się popruć jak nie przymierzając wyświechtane gacie… Cała ta operacja zaplanowana na zimę 2015/16 kosztować miała bagatelka tyle co niezłe auto albo kawalerka w większym mieście – czyli jakieś 100 000 monet złotych polskich, więc opiekująca się Wiedeńczykiem Fundacja wiedziała, że stanąć na rzęsach musimy, a pieniądze trzeba zdobyć i basta. Całe wakacje ekipa fundacyjna ciężko pracowała, ciułając grosiwo – piloci wynieśli do nieba setki spadochroniarzy i wywalali ich wedle życzenia w chmury, na ziemi zaś tysiące dzieciaków z rodzicami zostały zaproszone do smoczego brzucha i zachęcone do zakupu symbolicznej cegiełki, sponsorzy byli molestowani z każdej strony – ale ciągle, ciągle do tej stówy brakowało…

fot. Tomasz Spaczek
fot. archiwum Fundacji Wiedeńczyk An-2
fot. Jerzy Nieroda
fot. Tomasz Spaczek

Aż pewnego poniedziałku, gdy przebrała się miarka złych zdarzeń, rozsmarkałam się na dobre. I zabeczana w iment zadzwoniłam do kolegi, żeby się pożalić. Kolega z bezmiaru chlipnięć wyłowił komunikat o złamanych paznokciach, problemach osobistych, notorycznym braku funduszy i zakalcu w cieście i tak dalej, po czym rzekł:

- Pocieszać cię nie będę bo to nie ma sensu i będziesz mi tak na roamingu szlochać nastpne pół godziny. Ale pomysł mam… Gdyby się zdarzyło tak, że pewna anonimowa firma z Dubaju wspomoże waszą Fundację pewną kwotą, to co byś zrobiła?
- Jeeeej, no nie wiem, harem im załatwię – wydusiłam spomiędzy łez tryskających jak gejzery.
- Ooo, i to jest dobra myśl – skwitował kolega.
Jak powiedział, tak zrobiłam. W ciągu tygodnia namówiłam kilka dziewczyn, które odmówić mi nie śmiały, zwołałam zaprzyjaźnionych fotografów, znalazłam wizażystkę chętną nas wypacykować i fryzjerkę co jej kręcenie loków pośród kręcących się śmigieł nie przeszkadzało, zaordynowałam wypucowanie Smoka do połysku, zamówiłam pogodę i wszyscy razem ruszyliśmy na Pobiednik.
Oj, działo się, działo…
Zresztą, co wam będę opowiadać, popatrzcie sami.

fot. Marcin Sigmund
fot. Marcin Sigmund
fot. Marcin Sigmund
fot. Marcin Sigmund
Potem, już zdalnie – dopinałam z Fundacją wydanie kalendarza… Nie byłam cale szczęście sama i zdana na własne siły, bo takich zakręconych człowieczków jak ja w tej ekipie jest więcej i każdy z nas zna się na czymś innym. W końcu obrobione zdjęcia poleciały do drukarni, i wróciły – jako kalendarz formatu A3, z dwunastoma miesiącami pod patronatem uśmiechniętych dziewczyn, które wszystkie zakochane są w lataniu (a każda lata na czym innym).
Jeżeli spodobał się wam pomysł na uratowanie skrzydeł, i podoba się wam kalendarz -zamawiajcie śmiało. A kto wie, może w przyszłym roku kogoś z was będę oprowadzała po Wiedeńczyku?
Jeżeli nie dopinają się wam fundusze a budżet skrzeczy – możecie nam pomóc udostępniając ten post na swoim FB
Teraz jeszcze podziękowania dla osób zasłużonych, bez których ten pomysł nie udałby się:
- Księciu Arabskiemu z anonimowej firmy z Dubaju – za pomysł i środki na jego realizację
- modelkom: Agnieszce, Karolinie, Monice i Sabinie, które zgodziły się ubrać kombinezon albo sukienkę, a potem wyginać przy skrzydłach, śmigle i ogonie
- fotografom: Tadeuszowi Brodalce, Tomkowi Qnie Chochołowi i Marcinowi Sigmundowi którzy niezmordowanie pstrykali uzywając wszyskich umiejętności i możliwości technologicznych swoich aparatów
- makijażystce Klaudii Coner za pudrowanie wyskakujących ze spadochronem modelek i piękne makijaże dzięki którym byłyśmy jeszcze piękniejsze
- fryzjerce Annie Adamczuk z The Messy Head Hospital w Krakowie za fryzury które nie rozwaliły się nawet w obliczu startów i lądowań
- pilotom z Fundacji Wiedeńczyk An-2, którzy zgodzili się oddać smoka w nasze ręce na potrzeby sesji zdjęciowej
- członkom i sympatykom Fundacji, którzy pomagali mi na każdym etapie powstawania kalendarza, a zwłaszcza robili wszystko to czego sama nie potrafię
- Aeroklubowi Krakowskiemu za użyczenie pasa starowego do dziurawienia szpilkami
- Tomkowi i Kamilowi za cierpliwe zabezpieczanie logistyki, operowanie blendami i asystę na planie
oraz wszytskim, którzy ten pomysł wsparli kupując nasz kalendarz czy udostępniając informację o nim.
Dziękuję w imieniu Fundacji Wiedeńczyk An-2 i własnym.
Zdjęcia – z archiwum Fundacji Wiedeńczyk, Jurka Nierody, Tomka Spaczka oraz mojego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>