O tym jak Majia smoka ratowała… – wspomnienie z końca lata

Dziś nie będzie tajwańsko – będzie polsko. I nie będzie bajkowo, no może troszeczkę…
Był sobie smok. Wielki jak smok, i palił jak smok, i latał jak smok, i owce płoszył jak smok (a z braku owiec, to młode wojsko, kury i kapustę też płoszył). I poszedł ten smok na emeryturę… Ale zanim poszedł, złamał kilka serc i poderwał kilka dziewic, w tym jedną (może i gorszego sortu, ale czy to grzech?)- doszczętnie i na wieki…

fot. Marcin Sigmund (Archiwum Fundacji Wiedeńczyk)

I na tej emeryturze niestety – skrzydełka mu nieco podwiędły. Czytaj dalej

Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej