Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków.

Wujek Li jest całkiem komunikatywnym starszym panem, który handluje lodówkami i pralkami z drugiej ręki, naprawia telewizory i wyczarowuje ze starych drewnianych strzępów umeblowania prawie nowe elementy wyposażenia wnętrza w przystępnej cenie. A że starocie uwielbiam pasjami, a już zwłaszcza takie „egzotyczne” – to czasem schodzi mi w jego garażo-kramiko-salonie cała przerwa lanczowa.

Na wejściu nieomal potknęłam się o najnowszy nabytek-zabytek, czyli odremontowany regalik. Wiecie, taki chiński, pogiety, ażurowy, z półeczkami i okrągłymi drzwiczkami pośrodku oraz metrami cieniutkich, geometrycznych dekorów z patyczków służących do solidnego zbierania kurzu. Troszkę podobny do tego, ale mniej trącący nowością, z większą ilością półek i rzeźbionych dekorków,z okrągłymi drzwiczkami pośrodku, czcigodnie z lekka nadgryziony zębem czasu, no – krótko mówiąc – śliczny, egzotyczny i zdecydowanie trafiający w mój smak. Te fotki zaś pochodzą z taobao – chińskiego allegro, żebyście mogli sobie wyobrazić co mnie tak zachwyciło.

Gapiłam się na niego dłuższą chwilę, przeliczając w myslach budżet na nastepny miesiąc. Przeliczywszy (i zignorowawszy lekkie wejście na pole rezerwy oznaczające solidną dietę sucho-tostową bez okrasy i bez spontanicznych urozmaiceń w knajpkach jakości wyższej niż „studenckie żarło”) gapiłam się nadal, już rozplanowując co postawię na której półeczce i w jakim kąciku mego pokoiku wyeksponuję owo cudeńko żeby każdy mógł dojrzeć i porozpływać się w zachwytach nad mebelkiem i kolekcją egzotycznych gadżetów na nim upchanych, dając mi sposobność do opowiedzenia historii a to małego erhu, a to smoczych bożków wiatru z Kinmen, a to kuli z różowego kwarcu, a to słoja wypełnionego muszelkami z egzotycznych mórz, a to kubeczków o fantazyjnych kształtach i wzorach – gdy nagle z przeraźliwą jasnością spłynęła na mnie myśl, i mówiąc kolokwialnie strzeliła mnie w pysk.

- Przecież ty go nigdzie nie postawisz, moja droga. Bo gdzie? Na Tajwanie, w mieszkaniu które zmienisz za pół roku jak się skończy kontrakt? Na plecach będziesz to badziewie targać pomiędzy okresem wynajmu? A może zakopiesz pod jaworkiem, tfu figowcem w miejscu oznaczonym na pirackiej mapie? Czy też wpakujesz owego cienkodeszczułkowego, powyginanego grzmota do bagażu, albo lepiej do pocztowego kartonu i wyslesz do Europy? Wysyłaj, tylko co dalej? Gdzie go postawisz? W piwnicy rodziców? Czy wciśniesz gdzieś na te 5m2 które kiedyś były twoim pokojem, a obecnie są graciarnią, w której nie mieszczą się nawet pudła z dobytkiem jaki masz w Polsce, więc dobytek od kilku lat leży rozlokowany po krewnych i znajomych i niemiłosiernie ich wk*wia? – głosik sumienia słodki był jak zachęty Ewy Chodakowskiej przy ciśnięciu „Skalpela” i w ogóle nie ociekał ironią. – No dalej, kochanieńka, dasz radę, Złożysz bilion drzazgo-puzzli w które fracht morski zmieni to ażurowe cudeńko, może nawet nie przykleisz superglue tych drzwiczek na amen, żeby dało się je otworzyć… Akurat! A może całe wakacje będziesz nosić regalik w walizce, hę? Ogarnij się maleńka! – sumienie albo zdrowy rozsądek strzelało sarkazmem jak salwą z haubic. Celnie i zabójczo, pozostawiając kurz, dym i gruzy z wizji mebelka…

Nawet nie zapytałam o cenę. Pogładziłam lśniące drewno, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam na oślep do domu, o włos mijając skuterynki Tajwańczyków spieszących w swoich bardzo pilnych sprawach i lekceważących jak zwykle przepisy ogólne ruchu drogowego. Nawet mnie to nie obeszło…

Łzy gryzły mnie w oczy, w gardle rosła gorzka, piekąca kula. Udało mi się nie zrobić sceny na ulicy, ale gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi – rozbeczałam się na dobre. Płakania nie ułatwiało wcale to, że chyba pobiłam życiówkę w sprincie na długim dystansie i pomiędzy smarknięciami oraz szlochnięciami sapałam jak zdychający mamut. Przesmarkałam ręcznik, poduszkę i karton chusteczek – i szlochałam dalej, nad sensem istnienia, nad bólem egzystencji, nad istotą emigracji. Taki mały kryzys, który dopada każdego wędrowca, żyjącego to tu to tam i z konieczności ograniczającego swój stan posiadania do materialnych rzeczy najistotniejszych i bagażu doświadczeń…

Po południu, kiedy osiagnełam stan czerwonolicej i czerwonookiej ropuchy o połysku polerowanego pomidora i zastanawiałam się nad sprzedaniem wszystkiego i zakupem biletu w jedną stronę do Chile, gdzie mogłabym całymi dniami wypasać lamy – nadciągnął Młodociany z torcikiem i karteczką urodzinową, którą pieczołowicie wyklejał przez cały tydzień.

Bez mrugnięcia okiem wysłuchał mocno szarpanej i nieskładnej relacji przerywanej zachłystywaniem się łzami gdy tylko pojawiła się owa symboliczna „sza-aaa-aaa-feczka” i po prostu podał mi nowy karton smarkatek, wsadził torcik do lodówki, a karteczkę z lekka tylko zroszoną resztkami łez do torebki, po czym całkiem autorytatywnie zaordynował;

- Umyj sobie pyszczek księżniczko, załóż okulary i maskę żeby cię ktoś nie zobaczył takiej niewyjściowej i pojedziemy nad morze. Ale już. raz, raz, noo!

Po drugiej misce lodów z muszelek mi trochę przeszło. Po trzeciej „sza-aaa-aaa-feczka” odzyskała poprawną wymowę bez przydechów i zapowietrzania. Czwartej miski już nie zmieściłam, więc wróciliśmy do domu.

- Wiesz, ta szafka, ona wcale nie była taka ładna,  w sumie to naprawdę wielka… I chyba naprawdę nie miałabym z nią co zrobić…

- I musiałabyś ją odkurzać codziennie, i w trzęsienie ziemi by na pewno zrobiło taki bajzel, że musiałabyś do szkoły nie iść żeby pozbierać wszytsko co się z niej wysypie… I pewnie by to wypadło w dniu jakiegoś ważnego testu, albo coś! Ale wiesz co? W internecie widziałem inne szafeczki, takie dla ciebie. Nooo, żebyś mogła chiński ćwiczyć, i są malutkie więc na pewno będzie się dało je spakować, zobacz! Jak dostanę wypłatę to ci taką zamówię, dobrze?

I Młodociany rzucił się do Ajfona. Po czym poprawiwszy okulary zjeżdzające mu trochę po krótkim nosie zaczął pokazywać i przepytywać:

- A co to?

 - 見jiàn widzieć. I 土tǔ, ziemia

- A to?

 -Yin yang 陰陽! Ale ładne!

- No ale mówisz to źle, powtórz yīnyáng… Nooo, dobra. A to?

- Ooo, 朋péng z péngyǒu 朋友, przyjaciel. Tylko się trochę rozpełzło…

- Ojtam czepiasz się paru belek za dużo jak bys sama nie dodawała tu i ówdzie nadmiarowych elementów w krzaczkach… Postawisz sobie takie dwie i na nich zdjęcia będziesz mogła poprzyklejać wszystkich swoich przyjaciół, żeby zawsze byli koło ciebie, żebyś nie czuła się taka samotna i smutna, fajnie co? No nie, nie nie, żadnych łez! A to?

- Oooo, xi od lubienia 喜歡xǐhuān i miłości i gratulacji 恭喜gōngxǐ (na weselnych kopertach z pieniędzmi też jest taki znak, podwójny – symbolizujący wielką miłość młodej pary). I jeszcze kota  貓 māo można z tego ułożyć!

- Kota??? Gdzie ty tu kota… Aaaa, no ale co jeszcze, skup się!

- Aaaaach, no tak, jeszcze 福fú, błogosławieństwo!

- No, udało ci się… A to?

- Hahaha, to jest 東dōng wschód i 西xī zachód, postawie je w dwóch rogach pokoju i będę udawać że po jednej jest wschód a po drugiej zachód, choć to naprawdę północ i południe…

- Ty je lepiej ustaw tak, żeby się wszystkie twoje 東西 dōngxī (czyli rzeczy, dobytek i stan posiadania) miały gdzie się poniewierać zamiast się chować po kątach! A to?

- Ooooo przecież to moje ulubione słowo, dlaczego 為什麼wèishéme, tylko jakieś takie ….

- Noooo, niezupełnie, znaczy znów się obijasz przy czytaniu znaków uproszczonych!

- Eee, gdzie… Ja? W zyciu! No co ty!

- Przecież to jest uproszczone 书s książka. Jak możesz nie zauważyć! Obijasz się bezwstydnie i jeszcze się ze mną kłócisz! Nooo, nie płacz, nie płakusiaj mi, zobacz – jest też książka w normalnym pisaniu 書, a jak koniecznie chcesz to poprosimy Starego Wujka Li żeby przerobił tą uproszczoną na twoje dlaczego, dobrze? Nie płacz, ja sam poproszę!

W końcu dałam się udobruchać torcikiem, sklęsłam i wróciłam do normalnej kolorystyki. Ale ugniatający gdzieś z tyłu głowy problem pozostał. Jakaś taka dziwna tęsknota, smuteczek, niezdecydowanie, coraz bardziej gryząca konieczność zdecydowania się gdzie i jak dalej żyć bo tak w rozkroku to ciężko (zwłaszcza że coraz bardziej mam stracha wsiadając do samolotu rejsowego – czy dolecimy bezpiecznie)… Niestety tak się składa, że ani na Tajwanie aż tak różowo nie jest (w kontekście legalnej pracy szczególnie), ani w Polsce tym bardziej, bo czekają tam na mnie problemy przed którymi starannie uciekałam na koniec świata… No cóż, życie pokaże… „Pomyślę o tym jutro” jak mawiała Scarlett.

A teraz pytanie – który z tych regalików wybrać??

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>