O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania.

Zatem, wchłaniałam kolejną guawę, jednym okiem śledząc obowiązkowy serial (tak, w ramach edukacji mamy przymusowo oglądać jeden wybrany serial a potem na zajęciach go streszczać), drugim zaś lustrując bezmiar zadania domowego na najbliższy tydzień… I stało się.

Nagle przed oczami stanęły mi wszystkie gwiazdy i galaktyki naszego uniwersum, elektryczne uderzenie w paszczę postawiło mi włosy w afro i byłabym się zadławiła. Gdyby nie to, że szczęka mi za bardzo zdrętwiała z bólu żebym mogła nią ruszyć.

W jednym z tylnych górnych zębów utkwiła na amen zaklinowana – mała twarda wredna pestka z guawy i uciskała. I to jak!!!

Domowe sposoby zwalczenia upierdliwego gościa w uzębieniu – zawiodły. Płukanie, ciamkanie, majdrowanie językiem w okolicy ósemek, gmeranie wykałaczką-widelcem-nożem-śrubokrętem-itp, wszytsko zawiodło. Pestka tkwiła i irytowała, a ja wyginałam twarz nie gorzej od Jima Carreya.

I tak minął dzionek, i nocka, i dzionek następny… Pogodziłam się już pomału z koniecznością zaimplementowania korników, które by mi drewnianego obcego obróciły w trocinki, albo z faktem że za parę(naście) tygodni moja polska dentystka zmierzy się z tajwańskim nasionkiem guawy – gdy zaczęło się gorsze. Pestka puchła, ząb bolał a ja szalałam z lęku, niepewności i wstydu, że trzeba się będzie rozdziawić przed obcym człowiekiem, w dodatku Azjatą… Albowiem szóstym zmysłem i każdym nerwem w szczęce przeczuwałam kłopoty. Konkretnie – reminiscencję koszmarów z dzieciństwa, kiedy to straszono mnie że pestki ze zbyt łapczywie pożeranych czereśni zaczną mi kiełkować w brzuchu i uszami wypuszczę rozkoszne pędy umajonej białym kwieciem sakury. Innymi słowy, bałam się, by zadomowiona w moim trzonowcu guawa in spe nie zadomowiła się bardziej, wypuszczając korzonki. Co już na Tajwanie zdarzyło się już wcześniej… Proszę spojrzeć tu Pestko-wstyd u dentysty, (z wiadomości dla białasów, wersja angielska) i oryginalna, nieco bardziej turpistyczno-naturalistyczna, z tajwańskich wiadomości )

Tia. Zatem, przygwożdzona bólem i krążącym widmem małych guavek wyżerających mi mózg – ruszyłam na poszukiwanie pogromcy koszmaru – czyli kompetentnego stomatologa, który wyłuska ziarno zgnilizny moralnej zasiane w mym uzębieniu i nie straci przy tym rąk, nóg i życia. A nadto – będzie posiadał gabinet bez miejsc widokowych, bo mój ekshibicjonizm nie sięga poziomu „wszyscy przechodnie na ulicy zezują mi teraz w gardło”.

Jakoś tak się złożyło, że tajwańscy dentyści jakimś szemranym zabiegiem reklamowym i chłytem małketingowym lubują się w takim ustawianiu gabinetu, gdzie rozwarta paszcza delikwenta znajduje się dokładnie na poziomie oczu przechodniów, oddzielona od spoglądającej łakomie na cudze cierpienia  tłuszczy cieniutką i całkowicie przeźroczystą szybką…

Niby „dentysta z oknem na uciechę” – to już pomału relikt czasów minionych, a teraz Tajwan coraz bardziej cywilizuje się na zachodnią modłę w kwestii prywatności i intymności podczas czynności higienicznych… Ale wciąż jeszcze można spotkać kobiecinki myjące sobie głowy przed domem, krok od ulicy, a w mojej dzielnicy mieszkają chyba same zabytki, więc dentyści występują w wersji retro. Ale za to z jakimi reklamami :D

Znając więc moje parszywe szczęście do sytuacji dziwnych – i wiedząc że w bliskości wiertła wstepuje we mnie nadludzka siła i miotam się bardziej ekspresyjnie niż niejedna ofiara egzorcyzmów w kiepskim horrorze – to wolałam oszczędzić sobie znalezienia się na youtubie, bo pewnikiem jakaś szuja by niecnie nagrała moje popisy i wrzuciła w sieć.

Zatem, trzęsąc się niby ratlerek i co chwilę sprawdzając, czy ta pestka może jednak nie wyskoczyła przystąpiłam do czynu. Czyli do męczenia Młodocianego.

- Czy znasz jakiegoś dobrego dentystę?

- Nieeeee, ja się boję dentysty w a ogóle dentysta na Tajwanie to droga sprawa. Daj spokój, co ci po głowie chodzi? Krzaczki byś lepiej pisała albo zaprosiła mnie na obiad…

Fakt. Wiekszość Tajwańczyków wygląda, jakby plombowanie było droższe od zakupów w butikach znanych projektantów, bo torbkę LuiWitona albo innej LaKosty mają – a zęby jak po apokalipsie atomowej.

- No ale ile to drogo? – indagowałam uaparcie.

- Aaa nie wiem, bo ja nie chodzę, ale moja ciocia płaciła jakieś kosmiczne sumy, bo ona jest Japonką, to znaczy mieszka w Japonii i nie ma tajwańskiego ubezpieczenia zdrowotnego… I w sumie mówiła że drogo, to znaczy tanio bo taniej niż w Japonii, ale i tak drogo, i dlatego potem oszukiwała i chodziła do dentysty na kartę zdrowotną mojej mamy albo innej cioci…

- Tak, tak, rozumiem… Ale powiedz ty mi kochanieńki sumę, kwotę, no wiesz, numerek! Liczbę! Cyfrę!

- Foch! Nooo tak z 1000 kuajów (jakieś 120 złotych) za zęba, może nawet dwa, zależy gdzie, bo ja z moją kartą to płacę tylko 50 kuajów, ale mogło się zmienić bo dawno nie byłem bo booooojęeee sięęę dentyyyystyyy.

Dobra moja. Nie jest źle, fakt że za wyłuskanie cholernej pestki miałabym pół kubika guaw, ale nie zbankrutuję. Zaczynam zatem poszukiwania gabinetu, gdzie dentysta umie pracować z białasami, wie że mentalnie wsparcie lub opeer zamiast znieczulenia nie jest dobrym wyjściem i nie będzie panikował na widok spanikowanego białasa ze śmiercią w oczach i pestką w zębie. No i będzie rozumiał po angielsku, bo w krytycznej sytuacji mogę niekumatego stomatologa pozbawić życia, zębów i integralności wewnętrznej kośćca (a sporym problemem na Tajwanie jest – wybiórcze rozumienie ze zrozumieniem w języku obcym i to bez newralgicznych okoliczności). I załozy mi plombę która nie wyleci po tygodniu, a jak wyleci to ją naprawi w ramach rękojmi. I jeszcze plomba będzie miała fikuśny kształt, na otarcie łez – na przykład taki:

Zatem skupiliśmy się z Młodocianym na poszukiwaniach. To znaczy – ja marudziłam domagając się przysmaków mających załagodzić bolesności, a przejęty mą niedolą Młodociany pieczołowicie prowadził rozpoznanie podtykając mi pod nos a to miętówkę, a to loda na patyku, a to imbirowego ciągutka…

Gabinety oferowały szeroki serwis, w tym mocno podkasane asystentki podające wiertła (taaaak, Tajwańczycy to seksistowskie zbokole, lubujące się animowanym porno i mundurkach służbowych w stylu gdzie indziej uznawanym za „buduarowy, z udziwnieniem”), relaksacyjny masaż stóp podczas wiercenia (???), cuda i wianki na kiju – ale informacji o znieczuleniu nie umiał mi udzielić nikt.

A co mi z podkasanych pań w kusych spódniczkach, kiedy mi ktoś w szczęce grzebie i to na zywca? Hę? Zezować mam kącikiem oka zamiast kontrolować przebieg akcji właściwej na moim wrażliwym uzębieniu?Akurat! Jeszcze żeby to chociaż byli  umięśnieni przystojniacy z kwadratową szczęką i jędrnymi posladkami… (chętnych bliższego zapoznania się ze szczegółami mundurków odsyłam do telewizyjnego newsa, po chińsku rzecz jasna)

Byłam już gotowa w akcie desperacji udać się na totalną północ wyspy, gdzie urzęduje dentystka – Polka (żona dentysty Tajwańczyka). Co rzecz jasna spowodowałoby wyrwę w moim portfelu wielką jak Kanion Kolorado, ale z drugiej strony – nie groziłoby uszkodzeniami ciała osób postronnych (tak, zdarzyło mi się w przeszłości wierzgać na fotelu i gryźć stomatologów, ponadto rzecz jasna pyskować, bluźnic, mdleć i stosowac inne chwyty z szerokiego pakietu rozrywkowego) i koniecznością zapłaty odszkodowania dla niecnie potraktowanego butem fachowca…

W końcu jednakże pani doktor Iga dała mi namiar na tajwańską koleżankę ze studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, która praktykuje w Kao. Wyposażyła mnie też w solidną dawkę wiedzy na temat tutejszych anestetyków, pocieszyła że będzie dobrze bo tajwańscy dentyści są fachowcami – i zasadziła mentalnego kopa w cztery litery żebym się przestała mazgaić z powodu głupiej pestki. Zatem ruszyłam z kopyta, z przytupem, ku zlokalizowanemu w centrum przybytkowi próchniczej anihilacji… Młodociany dzielnie ukrywając pękanie ze śmiechu obiecał solennie, że będzie mnie trzymał za rękę i ocierał pot z czoła, a w razie potrzeby skopie dentyście to i owo – i z rykiem silnika odpalił motocykl wiozący mnie na skazanie…

I wtedy, śpiesząc ku przeznaczeniu i podskakując na hopce z drogowego wyboja – walnęłam  o Młodociane plecy, aż mi zęby zadźwięczały, a pestka wypadła :D

Zatem – obyło się bez wiercenia, skończyło na oględzinach czy aby nie trzeba czegoś załatać – i na pamiątkę dostałam taki oto zestaw dzielnego pacjenta.