Rybki małe południowych mórz – Muzeum Oceanu w Kending

Styczniowym przedpołudniem udało mi się zdać ostatni egzamin, odebrać wyniki prac pisemnych i zasiąść w kafejce w celu analizy pokaźnej długości oceny opisowej. 

Były te rezultaty znacznie lepsze niż oczekiwałam, aczkolwiek Młodociany zmarszczył nosek i zaczął rozpoczął przemowę:

- Stać cię na więcej, Księżniczko. Oczekiwałem minimum 90% z testu i troche lepszego rezultatu na ustnym… Nie przykładasz się wystarczająco do tonów, a na tym poziomie powinnaś już piać tonem drugim jak kogucik o poranku i miauczeć tonem trzecim jak rasowy kot perski…- rugał mnie jak każda prawdziwa chińska mama motywująca swoje dziecko do ciężkiej pracy i zdobywania samych piątek.

Szybko przerwałam jego wątpliwej jakości zachęty i pochwały:

- Taaaak, i kto to mówi, mam ci przypomnieć egzamin z tłumaczenia, kiedy to przemowę Obamy oblałeś 6 razy z rzędu, hę?

- O, jaką ładną mamy pogodę dziś, nieprawdaż? Tak sobie pomyślałem, że mimo wszytsko zasłużyłaś na odpoczynek, i w ogóle… Chciałabyś pojechać do Kending na 3 dni? Będzie fajnie, odpoczniesz i może nawet popływasz (tu nastało kilka chrząknięć pełnych najwyższego zdegustowania dla mojego zboczenia objawiającego się włażeniem do wody w zimie, gdy temperatura spada do straszliwych, zabójczych wręcz 20C i każdy Tajwańczyk trzęsie się z zimna, okutany w kurtkę puchową i szalik) zanim wrócisz do Europy? A jak nie popływasz, to poleżysz na plaży, opalisz się (kolejny charkocik pełen dezaprobaty i niezrozumienia czemu chcę kalać swą alabastrowo trupiobladą skórę paskudnym brązikiem właściwym pariasom Azji). Co ty na to?

- Tak! Tak! Tak! Kiedy jedziemy? 

Zatem sobotnim przedpołudniem wyruszyliśmy do Kending karocą – a raczej taksówką. Tata Młodocianego nie chciał nawet słyszeć o użyczeniu rodzinnej Yariski, którą poleruje, chucha i dmucha i przestawia 3 razy w tygodniu – bo do jeżdżenia ten pojazd nie służy. Jeszcze by się zepsuł albo porysował…

Droga do Kenting autostradą nie jest, wije się wzdłuż wybrzeża i przez tajwańskie mieściny oraz wsie – czyli nudy na pudy, podróż zapierająca dech w piersiach równie mocno jak droga z Miechowa do Kazimierzy Wielkiej.

W końcu dotarliśmy do Kenting, czyli tajwańskiego synonimu „kurort, resort, piękni bogaci i zepsuci na wakacjach”. Tak naprawdę Kending jest długą wiochą, zlokalizowaną wzdłuż drogi. Oferuje rozliczne atrakcje – jazdę quadem, jazdę konną, karaoke, bary i nawet MacDonaldsa, w cenach zbijających z nóg. No, może poza Makiem – ale 100 PLN za 15 minut na końskim grzbiecie, gdzie koń prowadzony jest po padoku to trochę zdzierstwo.

Zatem po zapoznaniu się z lokalnymi atrakcjami – udaliśmy się na plażę. Czekałam na pojawiające się tu od czasu do czasu delfiny, rekiny i latające ryby – ale na próżno. Wyleżałam się za to na najgorętszej plaży Tajwanu, poobserwowałam Tajwanki podczas plażing-smażing (widok zakutanych od stóp do głów plażowiczek w ochronnych maskach jakoś mnie już nie rusza), wchłonęłam zaimprowizowanego w naprędce grilla – i wyraziłam smutek z powodu niedostatku wrażeń artystycznych z fauną morską w roli głównej. Zatem Młodociany poczuł się zobligowany do zaprowadzenia mnie do lokalnego Muzeum Oceanu. I to był strzał w dziesiątkę.

Jak wiadomo, Tajwan to wyspa, wód przybrzeżnych ma od cholery i ciut ciut, a w wodach znacznie cieplejszych niż polskie bujnie krzewi się życie (brutalnie przerywane i lądujące na stołach wiecznie głodnych Tajwańczyków). Zatem rzecz jasna – muzeum robiło wrażenie.

Już na wejściu powitały nas … wieloryby, wyskakujące na wieki z sadzawki. Sadzawka była głęboka po kostki, a wieloryby plastikowe, ale za to całkiem słusznych rozmiarów.

Obok sadzawki „au naturel” mieściła się druga, w wesji cute – gdzie plastikowe stworzonka głupawo uśmiechały się i wytrzeszczały wielkie mangowe oczyska. 

I rzecz jasna nie mogłam się oprzeć pokusie wytaplania w obu sadzawkach, choć dzień był styczniowo-chłodnawy (czyli lokalsi paradowali w kurtkach, a mnie pot ściekał po krzyżu a kark palił jak w czerwcowym skwarze).

Potem było już tylko coraz lepiej. Akwarium zaprojektowano z rozmachem i znajomością rzeczy, zatem ekspozycja zaiste przypominała mi nurkowanie na Palau. 

Najpierw powitała nas jakaś biedna ofiara losu, przebrana za wystruganą z kartonu Latimerię – czyli rybo-skamielinę, nieodmiennie paskudną od milionów lat. I bez szans na poprawę wizerunku niestety…

Potem zanurzyliśmy się w lekki półmrok korytarza, rozświetlanego przez wielkie akwaria. Pierwsze ekspozycje poświęcono kolorowym rybkom żyjącym na płyciznach – a więc wśród koralowców wesoło pływały rybki Nemo (błazenki), Dory i inne. Korytarz schodził coraz głębiej, światło było coraz ciemniejszo-błękitne (woda zmienia kolory i jako pierwsze zanikają te o najkrótszej fali – czyli czerwienie i pochodne), tafle szkła coraz wyższe…

Centralny zbiornik o rozmiarze sali gimnastycznej przedzielony był przeźroczystym korytarzem, więc nad głowami przepływały majestatyczne manty nic nie robiące sobie z turystów poniżej z tej prostej przyczyny że oczy mają po drugiej stronie ciała i po prostu nas nie widziały, a także – rekinki, barakudy, tuńczyki i inne rybki południowych mórz.

W osobnym zbiorniku odizolowano nadymki, które cały tłum Chińczyków usiłował sprowokować do nadęcia – chyba liczyli na to, że z uwagi na nadmiar powietrza uzyskają pływalność wysoce dodatnią i wyskoczą niczym spławiki na powierzchnię, skąd będzie je można zebrać i usmażyć.

 

Wrak statku oddano we władanie trującym skrzydlicom, w maleńkich akwariach wisiały na ogonkach koniki morskie (w życiu nie sądziłam, że są tak małe – miałam wizję stworzenia wielkości kota, a tu w porywach uzbierałaby się długość kciuka…).

Ostatni basen zajmowały bieługi Irina i Oksana – czyli białe polarne walenie, które w przeciwieństwie do rybek używały mózgu do zabaw z publicznością – i goniły w te i we wte, co rusz spoglądając czy aby podziwia się ich popisy z odpowiednią dozą entuzjazmu.

Za ich wodną rezydencją mieściła się smutna wystawa – szkieletów zwierząt wyrzuconych przez fale na tajwański brzeg. Główna przyczyna zgonu – to na przykład połknięcie siatki na zakupy i innych plastikowych śmieci, albo kolizja ze śrubą okrętową. Nie wiem czy pamiętacie historię o kaszalocie, który zaatakował miasto Tajnan? Nie był to odosobniony przypadek, niestety (aczkolwiek największy i najbardziej spektakularny).

A potem korytarzem z widokiem na dachowe akwarium i ryby-młoty doszliśmy do najdziwniejszej wystawy w muzeum mórz południowych. A mianowicie – do pingwinów (i to bynajmniej nie upośledzonych, które mieszkają w Norwegii). Tak, nie pogrzało mnie z nadmiaru ciepła w styczniu. Na Tajwanie wybudowano pingwinom klimatyzowane akwarium ze sniegiem, i lodowatą wodą, w której mogą śmigać ku uciesze gości, zakochanych w pokracznie drepczących polarnych ptakach od czasu filmu „Tupot małych stóp”.

Niestety – budynek „badawczy” w kształcie wieloryba zamkniety był na cztery spusty, kraty pod prądem i kłodki wielkości zegara ratuszowego, zatem nie dowiedziałam się w końcu „jak wieloryb robi kupę„.

Ale za to okazało się, że mą księżniczkową kwaterę urządzono ze smakiem i pomysłem, który wynagrodził brak finalnych wniosków w sprawie wieloryba na klozecie. Albowiem w pokoju zastałam co następuje

  • marynistyczny obraz 3D usypany z piasku i muszelek – na ścianie i trzymający się tam na słowo honoru

  • sraczyk oraz wannę dyskretnie ozdobione szlaczkiem z daleka udającym akcenty marynistyczne
  • otoczaki spełniające rolę wyszukanej a i praktycznie taniej mozaiki (zacieki… kto by przejmował się tym, że taka „pikna” wanna jest niedoszorowana?) oklejające wannę i klozecik w niepowtarzalnym stylu,

 

 

 

  • łoże iście książęce, z nobliwie zakurzonym baldachimem, oraz romantyczną w zamyśle lampę z upchanymi światełkami choinkowymi, które najgorętszą akcję miłosną zmieniłyby w „noc zywych trupów” z uwagi na zielono-błękitne ledy migające światłem jak stroboskopy

  • oraz pejzaż, na całą ścianę.

    Reasumując – chciałabym mieć w Polsce muzeum czy oceanarium zrealizowane z 1/3 takiego rozmachu. A pejzaż z odlatującą kaczką i nadętą rybką o wyrazie buźki pornolali dmuchanej kiedyś skopiuję i podaruję, jeszcze nie wiem komu. 

Tak, ta ewidentnie zwyrodniała blow (job) fish zrobiła niezapomniane wrażenie, albowiem wprawione w jej wybałuszone oczka szklane kulki w nocy fosforyzowały odbitym światłem i sledziły każdy mój krok.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>