Co Chińczycy odkrywają w Europie – czyli norweskie wkręty panny M.

Tak się mi życie potoczyło, że zamiast trybikiem w dużej międzynarodowej firmie zostałam opiekunem i przewodnikiem wycieczek chińskich turystów w Skandynawii. Zamieniłam marzenie o własnym boksie w korpo-kubikolandzie na autokary pełne skośnookich turystów domagających się atrakcji i zakupów w markowych butikach – na odludziach Nordkapu na przykład.

Czasem padają dziwne pytania, jeszcze dziwniejsze odpowiedzi również. Czasem moja inwencja twórcza wręcz mnie przeraża. Dziś, z okazji zbliżającego się Prima Aprilis moje najlepsze farmazony sprzedane biednym nieświadomym niczego Chińczykom (aczkolwiek na ich własne życzenie, w związku z trudną sztuką mówienia „Nie” po chińsku, której do dziś nie opanowałam). Zatem z okazji zbliżającego się Prima Aprilis – moje najlepsze historie, które wcisnęłam biednym naiwnym Chińczykom (a oni łykneli niczym młode pelikany).

Farmazon pierwszy – czyli po co Skandynawom lampy na oknach?

Gdy północną Norwegię i Szwecję zaczyna spowijać zwyczajna jesienna ciemność, a słonko wychyla się tylko na chwilę nie chcąc nawet patrzeć na oszronioną, niegościnną ziemię pośród lasów i fiordów – w oknach domków pojawiają się jaśniejące lampy – zwykłe i takie w kształcie piramidy, adwentowe.

Moi Chińczycy wypoczywają w hoteliku w Tromso, zmordowani długą wycieczką na farmę reniferów, a ja przygotowuję wykład i animacje na jutrzejszy dzień (tak moi drodzy, Chińczycy w grupach turystycznych wymagają sporego nakładu uwagi i organizowania im gier i zabaw niczym przedszkolaki), gdy nagle przy automacie do kawy zaczepia mnie recepcjonistka z pytaniem, czy udostępnić nam wejście na taras, bo ma być zorza od około 23 do chyba 1 nad ranem.

Oczywiście, nie przepuszczę moim podopiecznym – bo jest nadzieja że będą odsypiać zorzy podziwianie w autobusie i nie będą mnie zamęczać pytaniami, prośbami, interpelacjami, wnioskami i zachciankami, więc punkt 22.30 robię obchód pięterka połączony z waleniem w drzwi i wołaniem: „Wstajemy, wstajemy, dziś specjalnie dla nas pokaz zorzy polarnej na tarasie, wstajemy!”

Grupa stawia się w komplecie, opatulona w czapy, szale i skafandry oraz wyposażona w najwypaśniejsze środki i sprzęty służące utrwalaniu na wieki ulotnych chwil urlopu. Pojawia się i gwiazda wieczoru – najpierw jako szara podłużna chmura przecinająca nieboskłon, szybko nabierająca charakterystycznej zielonej barwy, tańczy, gnie się i wiruje, migoce i hipnotyzuje…

Po dwóch godzinach schodzimy z tarasu – wymarznięci, ale i pełni po uszy wrażeń estetycznych. Przy automacie z kawą zaczepia mnie nieco zaniepokojony Mister Li, stojący na czele sporej grupki lekko podekscytowanych mężczyzn.

- Majia, czy hotel jest odpowiednio zamknięty i zabezpieczony? Wiesz, okna, drzwi, ściany?

Ki pieron – myślę, bo nie dalej jak wczoraj upominali się o pootwieranie wyjść ewakuacyjnych, żeby jarać spokojnie na schodach pożarowych, żeby nie męczyć się spacerami do recepcji i na zewnątrz w celu zadymienia spokojnego Tromso (bo w pokojach straszą spore kary za palenie i nie-daj-bóg aktywację alarmu). Mister Li tymczasem kontynuuje:

- Bo wiesz, my jesteśmy nieco zaniepokojeni o nasze bezpieczeństwo, to już poważna sprawa. Wszak zorza polarna się pojawiła, to przecież na pewno pojawią się niedźwiedzie polarne. A my wiemy, że to bardzo groźne zwierzęta, wielkie i w ogóle. No i dlatego chcemy się upewnić, że nasze bezpieczeństwo nie jest zagrożone!

Zastanawiam się gorączkowo co tu robić. Tłumaczyć, że niedźwiedzie polarne luzem chadzają tylko po położonym hen daleko na morzu Svalbardzie? Zamknąć komisyjnie drzwi i okna i ryzykować, że zestresowani Chińczycy zaczną palić w zaryglowanych pokojach i uruchomią alarm pożarowy, a ja będę za nich musiała świecić oczami o jakiejś nieludzkiej porze nocy? O nie, niedoczekanie. Spoglądam w popłochu na hol i automat z kawą, na okna – i olśnienie.

- Mister Li, oczywiście że dbamy o wasze bezpieczeństwo.Wiecie, Norwegowie to taki naród, który z niedźwiedziami polarnymi ma do czynienia na co dzień i wypracował sobie liczne taktyki radzenia z problemem niedźwiedziowym. Widzicie te lampki – schodki na oknie? Zobaczcie, stoją w w każdym domu, i nawet w sklepach. Bo te lampki to nie tylko dekoracja! One mają wbudowane takie malutkie urządzenia, które pod wpływem ciepła emitują dźwięk niesłyszalny przez ludzi, ale odbierany przez niedźwiedzie – i ten dźwięk odpędza je precz od obejść ludzkich, i to od setek lat. Więc możecie spać spokojnie, i na papierosa wychodzić bez kusz, włóczni i noży.

Chińczycy kiwają głowami i ciamkają z zachwytu – patrzcie no jaki sprytny naród z tych Wikingów, wymyślili lampy anty-niedźwiedziowe!

 Farmazon drugi – czyli norweskie pingwiny.

Tym razem spacerujemy nad brzegiem morza w pięknym miasteczku Alesund i „napawamy się scenerią”. Chińczycy marudni, bo świeżo po wylądowaniu mają kaca od nadmiaru czystego powietrza, więc gremialnie smęcą i narzekają – że wybrzeże za duże, że wiatr, że woda zimna, że kwiatki nie takie, że palm brak, że śniegu i gór lodowych też brak, że kiosku z wyżerką nie ma, że plaża nie taka, że nie ma żadnych skuterów wodnych i innych zjeżdżalni do zabaw… Pomału trafia mnie szlag, ale na buzi uprzejmy uśmiech numer 8.

Grupa rozpełza się, część panów udaje się za sterczący klif w celu ulżenia pęcherzom i nałogom, i nagle jeden z nich, kaszląc wypada zza skały kurcgalopkiem i pokrzykuje: „Pingwiny! Pingwiny! Tam są pingwiny!”

Półprzytomnie zastanawiam się – jakie pingwiny? Bo w Norwegii te ptaki spotyka się albo w ZOO, albo w stacjach antarktycznych zlokalizowanych na biegunie południowym, tak jakby trochę daleko od zachodniego wybrzeża Norwegii. Grupa odporna na moje dylematy moralno-geograficzne rusza z kopyta w kierunku wskazanej atrakcji, chcąc nie chcąc – truchtam za nimi. Faktycznie – na przybrzeżnej wysepce kołyszą się dreptające czarno-białe sylwetki, w powietrzu kołują zaś potężne mewy zwane pterodaktylami i drą dzioby przenikliwie skrzecząc. Chińczycy w ekstazie – Iphony i lustrzanki przegrzewają się zapisując terabajty obrazkowych informacji. Pingwiny! Co za wspaniały początek wycieczki! Może jeszcze zatańczą, jak w „Tupocie małych stóp”? Ależ słodkie, cudowne, ach!

Nie są pierwszymi osobami, które popełniają błąd w klasyfikacji ptactwa. Na falach Morza Północnego kołyszą się bowiem… maskonury, zupełnie z pingwinami niespokrewnione i z bliska nawet niepodobne. Podobną historię o spotkaniu z mini-pingwinami opowiadała mi już niejedna osoba, zwłaszcza nie pochodząca z zimnej Skandynawii i faunę tamtejszą znająca słabo, więc – o pomyłkę nie tak trudno wcale…

Walczę sama ze sobą – powiedzieć, że to nie „penguin” a „puffin”, sprawić, że moi podopieczni poczują się oszukani i nabici w butelkę, a nade wszystko upokorzeni publicznie przez norweską przyrodę i przewodniczkę wycieczki? I rzecz jasna, wypłynie to w ewaluacji, więc o premii i szczodrym napiwku będę mogła zapomnieć? O nie!

Nagle któryś z obdarzonych bystrzejszym spojrzeniem turystów pyta:

- Dlaczego te pingwiny tak dziwnie pływają, nie skaczą? I po brzegu też chodzą tak inaczej?

Na końcu języka mam szczerą, brutalną prawdę i perspektywę gigantycznego focha, gdy znów, padający znikąd promyk słońca zamyka mi dziób i oślepia moralny imperatyw.

- Wiecie, bo to są specjalne pingwiny. Na pewno słyszeliście, że Norwegia to kraj bogaty, szczodry i ekologiczny, prawda? Norwegowie słyną z troski o przyrodę, a także z tego, że wspierają rozliczne inicjatywy charytatywne, na przykład w ramach WWF, Unesco czy Unicefu? I właśnie, to jest przykład takiego projektu młodych norweskich naukowców. Otóż, niedaleko stąd znajduje się centrum badawcze „Muzeum Oceanu” do którego pójdziemy jutro. I właśnie tam realizowany jest taki projekt ochrony zanikających gatunków, wolontariusze zbierają okaleczone i upośledzone pingwiny, które w naturze na pewno by nie przeżyły, A w tym centrum są one leczone, rehabilitowane i potem po powrocie do dobrej kondycji mogą wrócić do życia tam, skąd je zabrano, czyli na biegun południowy, w okolice norweskiej stacji polarnej „Troll”…

 Zatem, jeżeli kiedykolwiek będąc w Azji usłyszycie o „niedźwiedziowatych lampach” albo „specjalnych programach ratowniczych dla niepełnosprawnych pingwinów” – przytaknijcie, bo gniew oszukanych Chińczyków może być straszliwy…

 

4 myśli nt. „Co Chińczycy odkrywają w Europie – czyli norweskie wkręty panny M.

  1. O tak :D Ja, demon zła :D Co gorsza wcale nie mam zamiaru przestać tak straszliwie ściemniać, bo za każdym razem kiedy staram się mówić prawdę – dostaję reprymendę że „nudno” i „eeee, nie za to płacą”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>