Norweskie rewolucje randkowo-kuchenne cz. 3

Już wiecie, że udało mi się trafić na cudem ocalały z epoki kamiennej okaz nieuleczalnego wikińskiego dżentelmana, co na cnotę mą nie nastawał (ku szczeremu żalowi głodnej wrażeń panny M.) a egzotyczną urodą powodował, że język mi się plątał i mentalnie wracałam do wczesnej podstawówki, gdy z wypiekami oczekiwałam pojawienia się Taxido Kamen albo innego wielkookiego bohatera japońskiej kreskówki z włoskim dubbingiem i polskim lektorem.

 Wciąż mam nadzieję na płomienny chiński romans, inny od przaśno-siermiężnego scenariusza komedii romantycznej rodem znad Wisły lub innego Holiłuda. Urzekły mnie chińskie legendy o miłości po grób, oczarowała smutna historia romansu bez happy endu (pisałam o niej w poście „Najpięknieszy znak chińskiego pisma”), no i nie ukrywam – podobają mi się Azjaci.

Smukli, szczupli, o ciemnych oczach pełnych tajemnic, widzący świat zupełnie inaczej niż my, barbarzyńcy z Zachodu. Podobają mi się ich czarne, błyszczące włosy, delikatne rysy twarzy, nieśmiałe uśmiechy, gładka skóra podobna do budyniu karmelowego. Przyjeżdżając na Tajwan nieco się rozczarowałam, bo przystojniaków pokroju Jeta Li było znacznie mniej niż kluchowatych kopii Jackie Chana, nie spotkałam nikogo kto choć z daleka wyglądałby jak Andy Lau, a osobnicy pokroju Tonego Cheunga czy Erica Tsenga jakoś mnie nie kręcą (tą trójkę aktorów mogliście widzieć w polecanym kiedyś przeze mnie filmie „Infernal Affairs”, dla przypomnienia piosenka tytułowa). Niestety, okazało się – że Azjaci tajwańscy nie są wcale tacy fajni jak ci Azjaci z azjatyckich filmów, że mlaskają i w dodatku są straszliwie nieśmiali, więc w efekcie wylądowałam w Norwegii pełna entuzjazmu dla możliwości gimnastyczno-towarzyskich aspiracji.

W każdym razie – kucharz imieniem Haakon, wyglądający jak ucieleśnienie moich dziecinnych marzeń o ożywionej kreskówce (dopiero kiedy obejrzałam film o dziewczynce wyłażącej z telewizora to marzenia mi trochę sklęsły) – po tym jak przełknął moje nieskładne bełkotanie z dnia poznania, jak już sprawdził moją kondycję poprzez maratoński spacer po wichrowych wzgórzach – w końcu przeszedł do rzeczy i na powiedzmy że trzecią randkę zaprosił mnie do siebie, na obiadek. Ekscytacja moja sięgała zenitu, jarałam się jak łysy szczotką Tangle Teezer albo piroman wycieczką do składu amunicji.

W końcu nadszedł ten dzień zero, gdy pożegnałam swoją grupę Chińczyków opuszczających portowe miasto i wolna jak ptak rozpoczęłam przygotowania do randki. Wiecie – szorowanie, balsamowanie, gorączkowe układanie grzywki górnej oraz dolnej, nawoływanie w głos kobiet nierządnych gdy mierzone seksowne stringi trochę zbyt kusząco wcięły się w atuty, gorączkowe miotanie garderobą w poszukiwaniu „tego” zestawu (po przygodach spacerowych wolałam się zabezpieczyć na wypadek gdyby domek kucharza okazał się namiotem na wrzosowisku albo ażurową konstrukcją z karton-gipsu bez ogrzewania) itp. Tymczasem kucharz wysłał mi sms – że musi pilnie jechać do pracy bo cośtam, ale wróci wcześniej i kolacja pozostaje w mocy. I tak oto na miotaniu, czesaniu, mierzeniu i klęciu upłynął mi czas do osiemnastej, potem 19 i w końcu o 20 z minutami dostałam wiadomość „dobra, skończyłem, jadę do domu, bedę po ciebie o 22.30„. Krew się we mnie zagotowała. To ja tu poszczę w oczekiwaniu kolacji, żołądek przykleja mi się do kręgosłupa, kiszki grają marsze żałobne i weselne, siedzę jak na szpilkach od poranka, a stringi usiłują przerżnąć mnie na pół, stanik ściska mnie takim puszapem że oczy wystają mi równie daleko jak biust – a pan kucharz zamiast w dyrdy zapychać po mój wygłodniały odwłok chce żebym męczyła się tak kolejną godzinę albo i dwie??? O nie!

Zatem skruszony kucharz w stroju niewyjściowym (roboczy dresik swącący rybą i owocami morza), w wehikule pasującym do odzienia – podjechał z fasonem po wypachnioną, wylaszczoną, w wersji randkowej- mnie. No dobra, ratowała go mangowa fryzura, na ortalionowe odnóża starałam się nie spoglądać oraz oddychać półnoskiem i wdzięcznie falować biustem, żeby się nie zainhalować świeżym dorszem i makrelą na amen.

I pojechali…. W międzyczasie okazało się, że jedziemy znów na jakieś romantyczne zadupie, światła miasta się skończyły, zaczęły się chaszcze, kucharz wpadł w guźcowaty stupor znany z poprzedniej randki i tylko gapił się półgębkiem spod oka, łyskając ciemnym oczyskiem to na mnie, to na drogę – a ja zaczęłam się zastanawiać czy może nie wyskoczyć w biegu, bo inaczej skończy się to mym dietetycznym odwłokiem podanym jako pieczeń na comiesięcznym spotkaniu Norweskiego Towarzystwa Wilkołaków, Wampirów i Seryjnych Morderców…

Jednak zanim okiełznałam mechanizm klamki- zajechaliśmy na parking, na oswietlonym osiedlu. Ufff. Kucharz nieśmiało usiłował perswadować mi jakieś 10 minut samotnego spaceru po okolicy, to znaczy, – ja sobie pospaceruje, obejrzę jak ślicznie wyglądają okoliczne ciemności a za chwilunię on mnie zaprowadzi do siebie, bo wypadł do roboty kiedy wywracał mieszkanie do góry nogami w celu posprzątania przed randką no i hmm… ono takie wywrócone jest dalej, i jednakowoż jeszcze oprócz huraganu z harmidrem to szybki prysznic i zmiana odzieży na wersję wieczorową też by w tych paru minutach mogła zajść…

Huragan z harmidrem i cuchnącycm śledziowato dresiwem przegrał z płomiennym spojrzeniem wykrzesanym na takie dictum. Spacer odpadł. Mieszkanie zaiste wyglądało jakby toczyła się nim krasnoludkowa wersja bitwy o Stalingrad, no ale kto był mieszkaniu studenckim podczas sesji – ten nie takie rzeczy oglądał :D

Zatem – rozpłaszczyłam się, zzułam kamasze i pokopytkowałam na salony nie rozglądając się na obraz totalnej rozwałki dookoła. W salonie zaś czekały na mnie: średnie pobojowisko, karton świeczek oraz dwie suszarki i trzy kosze z praniem. I kucharz, który drapiąc się z zakłopotaniem po karku poprosił mnie o pomoc w rozwieszeniu jeszcze wilgotnych ciuchów oraz zrobieniu atmosfery romantycznej tymi świeczkami. Sam popędził ogarniać resztę sytuacji – czyli rzucił się: szybko usuwać dowody własnej indolencji i wad wszelakich, odgrzewać kolację, chłodzić wino, oblekać świeżą pościel, prysznicować się i wdziewać coś bardziej romantycznego niż dres i podkoszulek z widokiem na palmy. A ja pękając w duchu ze śmiechu randkę numer 3 rozpoczęłam od … rozwieszania na suszarach kolekcji męskich gaci (w różnym stopniu zużycia), skarpetek (jak wyżej), podkoszulków oraz spodni, i słuchałam jak absztyfikant z pianą na pysku w najwyższym popłochu miota się po mieszkaniu w usiłowaniu zrobienia dobrego wrażenia – zupełnie zdając sobie sprawy, że właśnie oglądam rzeczy, które pewnie chciał ukryć.

No dobra – suszarki z zestawem szortów, skarpet i bokserek skryły się w cieniu, świeczki rozświetliły tylko stół i migotały delikatnie w tle, na stole zaś półnagi (bo pomiedzy prysznicem a garderobą) pół-Azjata układał pieczołowicie pierwsze danie.

Nie żebym marudziła, ale mam chamski gust i chamski apetyt drwala. I wyjątkowo drażni mnie ąę kłizin hrhojal podany obiad w stylu restauracyjnym, czyli naparstek dania głównego plus pierdyliard niejadalnych dekoracji (albo ogólnie jadalnych, ale nie przeznaczonych do konsumpcji pod karą spazmów zdegustowania całej restauracji) podane na półmichu na którym zmieściłby się dzik z jabłkiem w pysku. A tak właśnie ugościł mnie kucharz. Fakt, ten naparstek pyszny był, wyglądało to ładnie – ale nie po to przecież pościłam cały dzionek, żeby oszukiwać żołądek jakimś minifilecikiem i udawać że to cały obiad!

Całe szczęście, było jeszcze danie drugie i trzecie, i na koniec – deser. Albo jakaś „pokąska” – czyli owoce morza, ostrygi i małże, a konkretnie coś o romantycznej nazwie „przegrzebek”. Afrodyzjak taki, znaczy. Walory smakowe i wizualne – w żaden sposób nie uzasadniają jego ceny, osobiście rozumiem działanie „prołóżkowe” tego specjału w taki sposób, że „zrobię wszystko co zechcesz, cnotę ci swoją na rożnie upiekę, tylko nie każ mi jeść tego ohydztwa!”.

Ale zrozumiałam aluzję – chce ze mnie mój romantyczny zrobić tygrrrrrrrrysicę. I to bardzo chce – bo owych przegrzebków, czyli mało apetycznych kulek bladego czegoś w muszli wielkości dłoni – było 10. I wszytskie dla mnie… Jakby to było Rafaello, to bym chapneła (hapnęła?) na raz, gdyby to była babeczka z kremem – to bym się oblizała i wciągnęła, ale że było to coś wyglądające jak taka zielonkawa maź którą czasem każdy z nas odksztusza lub wydmuchuje z nosa, to głośno zadysponowałam:

- O nie mój drogi. Na trzeźwo tego nie ruszę. Wybij sobie z głowy.

Zatem kucharz wydobył z kuchennych czeluści flachę czegoś, co nazwał „specjalnym piwem do owoców morza, z nutą pomarańczy i cytrusów harmonijnie dopełniających słodycz białego mięska z małży i krewetek, z orzeźwiającym aromatem zwłaszcza pomarańczy górującym nad pierwszą goryczką”. No tak, zapomniałam wspomnieć – mój kucharz imieniem Haakon nie był zwykłym popychadłem od smażenia hamburgerów w jakiejś zaplutej kebabowni, a „dyplomowanym szefem kuchni w lokalu z N gwiazdkami”, który w ramach pracy przygotowuje wysublimowaną wyżerę na oczach klientów knajpy i przy okazji żonglując patelnią i nożami jeszcze im wykłada odpowiednią propagandę odnośnie tego co jest serwowane… Co zresztą praktykował i na mnie, z całkiem niezłym skutkiem. W swojskim schabowym nigdy bym nie usiłowała tropić jakiejś ukrytej ideologii typu – nuta trawnika o poranku, rosy i tymianku, ale nie ukrywam, że wykład o tym co spożywam ciekawy był i jakoś zagłuszał sromotne burczenie mego przegłodzonego brzuszka, faszerowanego nikczemnie małymi w stosunku do zapotrzebowania porcjami.

Gadka gadką, ale owo „piwo” według etykiety liczyło sobie przeszło 12 voltów, a przepijałam cholernego przegrzebka na dwa razy, coby nie wyhopkał na talerzyk i gładko osunął się w głębie trzewi na łożu z aksamitnego posmaku i nuty pomarańczy, czy jakoś tak. Innymi słowy -nie wiem, czy to małże czy alkohol, ale policzki mi się zarumieniły, wzrok stracił ostrość łuku elektrycznego i miło się „rozbambił” w bezradną sarenkę , jakoś cała zmiękłam. Kucharz – też pod wpływem owej nuty pomarańczy wreszcie zaczął przechodzić do rzeczy, coraz śmielej i z mniej trzęsącymi się łapami, aczkolwiek wciąż szeptając mi do ucha sekrety obiadu i deseru.

Jako że salonowa kanapa z dermoszpanki, z widokiem na suszące się gacie jednakowoż nieco ciasnawa była dla nas dwojga, zwłaszcza po napchaniu przegrzebkami, więc mój kuchenny Romeo w praktycznym odruchu przeniósł mnie przez próg sypialni i ułożył na wielkim łóżku, pachnącym jeszcze świeżutko wypraną pościelą, przytulił mnie i podsunął podusię pod kark.

I to był największy jego błąd tej randki – bowiem łóżko miękkie było jak marzenie, kucharz odległy o grubość skóry grzał mi boczek jak mały piecyk, głowa bezpiecznie spoczywała na podusi, kalorie z przegrzebków i piwa nastrojowo szumiały w krwioobiegu…

Więc ostatnią rzeczą jaką pamiętam było to, że zawinęłam się kołderkę, i wtulona w kucharzowe ramię – usnęłam jak bobasek.

Jedna myśl nt. „Norweskie rewolucje randkowo-kuchenne cz. 3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>