Sezon na katar po tajwańsku

I nie mylić tu z Katarem, który nam dokopał w rękę. Chodzi o pospolitego obcego o glutowatej konsystencji, który kolonizuje nasz nos, mózg i resztę systemu oddechowego.

Na Tajwanie katar /przeziębienie / grypę/ anginę złapać jest wyjątkowo prosto, zwłaszcza „latem” – czyli przez 10 miesięcy w roku, gdy temperatura zewnętrzna poraża upałem, a menadżment w sklepach pragnie nieba uchylić kochanym klientom i hula klimą na luksusowe 20-22C. I wiadomo, co się dzieje – aaaaa psik, inwazja obcych na ścianie. Czytaj dalej

Manila, Manila…

Po zrelaksowaniu się na plaży i opieczeniu na delikatny karmelowy brązik nadszedł nieuchronny koniec urlopu na rajskiej plaży.                   

Winston i Cherry wyjechali wcześnie rano, ja mogłam jeszcze odbyć ostatnią przechadzkę promenadą, wypić ostatnie „buko” czyli sok ze świeżego, zielonego kokosa i zebrać mandżur w troki oraz ruszyć w kierunku ostatniego etapu mojej filipińskiej włóczęgi. Czytaj dalej

Pozdrowienia od Pring Pring!

Pamiętacie ślicznego białego kotka, którego pani pragnęła mu umilić lato? Pringpring (>>KLIK<<) powraca w zimowej odsłonie.

Tym razem, szczęśliwie, z uwagi na siarczyste tajwańskie mrozy (czyli spadek temperatury poniżej 20C, na plusie rzecz jasna) nikt mu niczego nie golił. Ani nie strzygł. Czytaj dalej

Filipińskie przygody i perypetie

Zostawiłam Was w tym momencie opowieści, gdy po pożegnaniu z rzygającą rodzinką dotatrłam do przystani w Caticlan i mogłam poczuć pierwszy powiew wakacyjnej przygody…

Spalinami też zalatywało, i smażonym kurczakiem oraz męską wonią spod skrzydła, a nadto rybką i portem, ale olejmy to. Woń przygody i rajskiego wypoczynku, ouuu jeee.

Czytaj dalej

Jestem sławna!!!

Gdy zaczęłam pisać bloga w 2012, w zamyśle kierowałam go do swoich znajomych i ewentualnie garstki entuzjastów zbłąkanych w czeluściach internetu, którzy trafili na moje poletko, użyźniane regularnie efektami nadmiaru czasu i napadami sraczki pisarskiej.

Minął pierwszy 1000 wyświetleń, potem stuknęło 10 000, potem nagle z wielkim zdziwieniem odkryłam szaleństwo licznika odwiedzin – co jak się okazało, nie było efektem wirusa komputerowego, a pokłosiem tego, że moja notka o zabójczej herbacie trafiła na stronę główną Onet.pl. I tak się turlało, z górki na pazurki, mignęło 100 000 (wielki wpływ miał na to ostatni z poleconych artykuł o ucieczce samolotu zwanego Wiedeńczykiem i inne w miarę regularne polecenia moich artykulików w Blogosferze Onetu)… Czytaj dalej