Jak Antek został Wiedeńczykiem… – niezwykła historia pewnego samolotu

Każdy pilot ma swoją ksywkę noszoną z dumą na identyfikatorach, hełmach i burtach maszyn – kto oglądał „Top Gun” ten wie. Poszczególne modele samolotów też mają – oprócz nazw kodowych np MiG-29 Fulcrum czy Mi-24 Hind, pieszczotliwe lub pejoratywne określonka identyfikacyjne dla wtajemniczonych. Są „krokodyle” (helikoptery Mi 24), „pszczółki” lub „betoniarki” (zaokrąglone Mi-8 i Mi-17), albo „ołówki” (znane ze smukłej sylwetki i dzióbka z przodu MiGi-21). Ale tylko niezwykły samolot dostaje indywidualne malowanie i jedyne w swoim rodzaju imię…

Gdy zafascynowana „zielonym czymś” oglądałam kadłub, nie sposób było przeoczyć napis lśniący świeżą farbą, tuż obok smoczych oznaczeń 13 Eskadry Lotnictwa Transportowego (i wcześniejszych).

Przelot Kraków- Wiedeń, 1 kwietnia 1982. Ponieważ od czasów pionierów lotnictwa, indywidualnych i zespołowych pierwszych lotów transatlantyckich i trans-pacyficznych minęło trochę i nikt nie powinien ekscytować się aż tak bardzo pokonaniem trasy, która średniej klasy samochodowi ze średniej klasy kierowcą zajmuje kilka godzin – zapytałam, o co chodzi. I usłyszałam historię, która mogłaby stać się scenariuszem do filmu akcji. Tak właściwie uważam, że Tom Clancy pisząc „Polowanie na Czerwony Październik” mógł się inspirować nie tylko buntem Walerego Sablina na radzieckiej fregacie „Storożewoj” w 1975 roku…

Gdy Europę na wschód od Magdeburga zasłoniła żelazna kurtyna, ludzie ze wszystkich krajów radosnego braterstwa ludowego usiłowali uciekać „na Zachód”, który jawił się jako mityczna kariera miodu, mleka i lśniących cadillaków. Kopano tunele do Berlina Zachodniego, kajakami ruszano przez Bałtyk, nieliczne polskie wycieczki Orbisu notowały spory odsetek „zaginionych w akcji” pasażerów… Także wojskowi usiłowali przenieść się tą kapitalistycznie zgniłą stronę świata – niekoniecznie na barkach desantowych i czołgach niosących widmo komunizmu i władzę ludową w prezencie dla reszty świata, za to często z nowymi radzieckimi technologiami jako gwarancją dobrego startu w nowej rzeczywistości (Amerykanie hojnie płacili za dostarczone nawet we fragmentach przejawy radzieckiej myśli militarno-technicznej).

Trzech kolegów-pilotów z 13 Pułku Lotnictwa Transportowego stacjonującego w podkrakowskich Balicach wysnuło nieco ryzykowny plan ucieczki wraz z całymi rodzinami. Nie wiem, czy datę zaplanowali z rozmysłem – licząc że zmiana kursu samolotu zostanie wzięta za dowcip primaaprilisowy, czy też zadecydował przypadek, kolejność służb i wyznaczone na ten dzień ćwiczenia desantowe – w każdym razie w czwartek 1 kwietnia 1982 rozpoczęli realizację śmiałego planu zakładającego po prostu – wykorzystać służbowy samolot i zwiać. Padło na maszynę o numerze bocznym 7447 (wcześniej – „jedenastkę”, dopóki nie zmieniono numeracji na czterocyfrową).

Nie nastawiali się zapewne na jakąś wielką nagrodę finansową za służbowy samolot – konstrukcja An-2 w 1982 roku liczyła sobie okrągłe 25 lat i była dosyć dobrze opisana oraz obfotografowana. Ważne było, że wraz z rodzinami rozpoczną nowe życie w lepszym świecie, bez stanu wojennego i czołgów na ulicach, bez groźby radzieckiej interwencji i bez kartek na wszystko.

Po wykonaniu zaplanowanych na ten dzień zrzutów spadochroniarzy, para pilotów-spiskowców zgłosiła do bazy „problem techniczny” wymagający przelotu nad miastem i przystąpili do dzieła. Najpierw przekonali niewtajemniczonego „latającego mechanika” (na pokład Antka zawsze wchodzi 2 pilotów i mechanik) do niewszczynania alarmu, następnie wylądowali na łączce w podkrakowskim Czernichowie, gdzie zabrali na pokład resztę pasażerów – trzeciego spiskowca, żony i dzieci (z których najmłodsze miało mniej niż rok), po czym rozpoczęli pełną emocji i strachu podróż ku wolności…

Lot na wiedeńskie lotnisko Schwechat trwał około dwóch godzin. Może to niewiele, ale były to najdłuższe godziny w życiu pasażerów i pilotów. Lecieli nisko (jak już wspominałam, Antek choć zbudowany z kompozytu (dla wnikniwych – duraluminium, stop kompozytowy) i płótna, to dla radarów niewidzialny nie jest), nad bardzo trudnym, górzystym terenem Sudetów, bez wsparcia z wieży, bez naprowadzania. Na dodatek – z wątpliwościami, z gonitwą myśli… Co będzie jak się zorientuje dowódca, jak zareagują Czesi i Rosjanie? Czy nie będą próbowali zestrzelić uciekającego samolotu? Jak przywitają nieznaną maszynę z wrogimi oznaczeniami Austriacy? Czy damy sobie radę w nowej rzeczywistości?

Wszystko skończyło się szczęśliwie. Wszyscy pasażerowie otrzymali azyl polityczny (oprócz mechanika, który jako jedyny nie ubiegał się o takowy i przy pierwszej sposobności powrócił do kraju), rozpoczęli nowe życie w nowym świecie. „Uprowadzony” samolot przetransportowano do kraju i sprawdzono na okoliczność dywersji kapitalistów, po czym przywrócono do służby.

Mijały dni, miesiące, lata…

Antek zwany „Wiedeńczykiem” najpierw nieoficjalnie, potem już z aprobatą władz jednostki – służył wiernie i nieprzerwanie, wyrzucając kolejne pokolenia skoczków, przewożąc ładunki, a nawet pomagając pilotom śmigłowców w nauce celowania – za pomocą ogniście pomarańczowego rękawa wleczonego za ogonem, na który to rękaw kierowano ognień (a zdarzali się tacy snajperzy, że potrafili nie tylko trafić w cel długi na kilka metrów, ale i w linkę mocującą – i odstrzelić rękaw dokumentnie i nieodwołalnie).

Maszyną z niebanalną historią zainteresowało krakowskie Muzeum Lotnictwa Polskiego, i zapewniło „Wiedeńczykowi” miejsce na spokojną emeryturkę pod chmurką, pośród innych wycofanych ze służby eksponatów, naprzeciwko Alejki Migów i Suchojów.  Jednak „Wiedeńczyk” wcale nie wybierał się na emeryturę – najpierw przeszedł lifting, pozbywając się niebiesko-oliwkowo-burego kamuflażu na rzecz jaskrawych, smoczych barw autorstwa Marka Radomskiego.

Potem przeszedł remont kapitalny, i kolejny, i jeszcze jeden… W końcu w 2012 wraz ze swoją ostatnią załogą udał się na zasłużony odpoczynek.  I już miał trafić na muzealną ekspozycję. Ale…

Szkoda smoka moknącego bezczynnie pomiędzy hangarami, prawda? Miejsce smoków (i samolotów) jest na niebie!

Do takiego wniosku doszli też emerytowani już piloci Jerzy „Jerry” Antonkiewicz i Zbigniew „Funio” Chłopecki, i postanowili „swoją” maszynę ocalić od smutnego marazmu właściwego eksponatom muzealnym. Po czym założyli Fundację An-2 Wiedeńczyk, która pozwoli przedłużyć aktywny żywot największego seryjnie produkowanego dwupłata w NATO, i jeszcze niejednej osobie pomoże zakochać się w lataniu.

Jak mówią sami piloci Jerzy Antonkiewicz i Zbigniew Chłopecki – „Naszym marzeniem było przywrócić tej maszynie dawną świetność. Nie chcieliśmy, by ten wyjątkowy samolot podzielił los wielu maszyn w spoczynku, które – pomimo wielkich zasług – lądują na wieczny postój pod chmurką”. Dzięki ich staraniom, przy pomocy entuzjastów i sympatyków, udało się własnymi siłami odremontować poczciwego Antka i utrzymać go w pełnej sprawności i krasie, cieszącej wszytskich, którzy z tym samolotem mieli do czynienia.

Ale Fundacja powstała nie tylko dla tego jednego samolotu… Statutowe cele zakładają także ścisłą współpracę z Muzeum Lotnictwa Polskiego przy pracach konserwacyjnych i opiece nad eksponatami, szeroko pojęte krzewienie wiedzy lotniczej, promocję sportów lotniczych i szerzenie idei obronności w Polsce. Trwają też pracę nad poszerzeniem oferty o wykonywanie lotów turystycznych i „specjalnych” – a w przyszłości być może „Wiedeńczycy” wezmą pod swoje skrzydła innych kuzynów Smoka – wielkiego transportowego An-26, bliźniaka (tylko w standardowym malowaniu) An-2 właśnie poddawanego konserwacji w Muzeum, czy jedyny na świecie rolniczy samolot odrzutowy produkcji polskiej PZL M-15 Belfegor…

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów „Fundacji An-2 Wiedeńczyk” oraz archiwów prywatnych.

O dalszych losach osób biorących udział w historycznym przelocie – można przeczytać TU (niestety, dostęp płatny) oraz na stronie lotniczapolska.pl

Powiązane wpisy

1. Zielone coś – An-2 Wiedeńczyk i moje z lataniem początki

19 myśli nt. „Jak Antek został Wiedeńczykiem… – niezwykła historia pewnego samolotu

  1. W opisie lotu jest stwierdzenie cyt. ” nad bardzo trudnym, górzystym terenem Sudetów” to chyba błąd gdyż z Krakowa do Wiednia nie leci się nad Sudetami.

    • Krokodyl – z uwagi na kształt. Nazwa nieoficjalna, przyszła z maszynami z Sajuza. Rosjanie mówili na niego także „szklanka” lub nawet „akwarium” (z uwagi na panoramiczne przeszklenie kabiny) – tak mi przynajmniej tłumaczono w Moninie. Ale „krokodyl” jest chyba najpopularniejszy, zwłaszcza dla nowszych wersji z okrągłymi owiewkami. „Hokej” – od kształtu ogona przypominającego kij hokejowy – to już nowsze dzieje.

      Nie byłam nigdy w Pruszczu, więc nomenklaturę mam opanowaną w wersji lokalnej. A tu mówiono – krokodyl. Ale dzieki za uwagę :D

      • Szklanka i akwarium to było określenie dla Mi-24A, który rzeczywiście miał z przodu wielką szklarnię. Od wersji D, W (najbardziej popularnych) i dalszych to już były krokodyle.

        • Wiem, mam nawet zdjęcie z Chodynki z tą „kanciastą” wersją – udało mi się zrobić zanim przeniesiono rdzewiejące „obiekty” ze złomowiska w środku miasta w jakieś inne miejsce, z uwagi na rozbudowę moskiewskiego metra.

  2. Pamiętam doskonale tamten czas i tą panikę w jednostce gdy okazało się że samolot AN2 popularna jedenastka została uprowadzona przez dwóch pilotów i technika pokładowego sierżanta W. Ja odbywałem wtedy zsw w II eskadrze pod dowództwem mjr L .Dowódcą klucza lotnego był wtedy kpt.K. a ja byłem wtedy mechanikiem naziemnym sąsiedniego na stojance AN2.Na drugi lub trzeci dzień były prowadzone z nami to znaczy z żołnierzami II eskadry pogadanki polityczne na tematy patriotyzmu i postawy tych pilotów.Pamiętam że szef sztabu naszej eskadry por.J.CZ. podczas prywatnych rozmów nie był tak bardzo zbulwersowany postawą tych pilotów natomiast kpt.P. zastępca dowódcy eskadry był tym faktem bardzo zbulwersowany.To tyle co mam do napisania w tej sprawie ale jak sobie przypomnę więcej to postaram się napisać .

  3. Fajne udało się.Podobną akcję przeprowadził p.Leszek dając dyla z Leszna do Berlina w 198? roku.Też miał przepełniony samolot.Ale podziwiam odwagę i determinację.Pozdrawiam

  4. BRAWO BRAWO DLA CHŁOPAKÓW Z AN 2 NIECH MASZYNA SŁUŻY I ILE RAZY WZNIESIE SIĘ W POWIETRZE NIECH WYRYWA Z PIERSI SERCE KTÓRE CHCE ZA NIA LECIEĆ WSPANIAŁY SAMOLOT I BARDZO DOBRA ZAŁOGA KTÓRA DBA O TAKĄ PIĘKNĄ MASZYNĘ

  5. Jestem byłym spadochroniarzem z jednostki jeszcze Oświęcimskiej i być może latałem tymże samolotem ale znacznie wcześniej bo w latach 1973-75 jak odbywałem służbę, jednak milo mi że tak po prostu nie zlikwidowali tego samolotu bo trzeba przyznać że maszyny bardzo przyjazne i wielemogące i jakże niedocenione nawet dzisiaj. Pozdrawiam wszystkich czytających.

    • To nie mój artykuł, ale opowiada historię „Kukułki”
      http://wiadomosci.onet.pl/prasa/wolny-jak-kukulka/cv22y . Zapraszam do lektury :D

      Bardzo cieszy mnie duży odzew w komentarzach, cieszę się że mogłam przypomnieć o tamtych dniach pełnych emocji. Lotnictwo jest moją pasją, jedną z kilku – a zaczęło się właśnie od tego samolotu, od Wiedeńczyka.
      Najfajniejszym skutkiem dzisiejszego wieczoru z moim artykułem o „Antku” w tle jest – oprócz sporego ruchu na blogu i licznych komentarzy – nadzieja, że jego historia nie będzie funkcjonowała tylko wśród pasjonatów, jako legenda pokryta kurzem i patyną. Mam nadzieję, że choć co piąta z tych przeszło 20 000 osób które dziś odwiedziły mój blog – zapamięta sensacyjną historię samolotu malowanego w smoczy kamuflaż, i opowie ją dalej.

      Pozdrawiam czytelników i zapraszam ponownie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>