Antek „Wiedeńczyk” – najpiękniejszy samolot świata cz I – moje latanie

Zaczęło się zwyczajnie… Któregoś czerwcowego poranka w sobotę obudziły mnie samoloty z wizgiem przelatujące tuż nad moim blokiem. Z balkonu wraz z mamą obserwowałam ganiające wte i wewte małe zwinne maszynki grające najwyraźniej w berka i nie bardzo wiedziałam o co chodzi… 

A był to I Piknik Lotniczy, który powstał po rozdzieleniu zawodów w lataniu precyzyjnych z podkrakowskiego Pobiednika od rodzinnej fiesty przeniesionej na jak najbardziej środkowo-krakowskie Czyżyny. Wówczas obeszło mnie to jakoś mało, musiałam za to uspokoić babcię – pewną, że to III wojna światowa właśnie się rozpoczyna od nalotu dywanowego na Nową Hutę.Czerwiec 2008

Stoję przyklejona do barierki przy pasie startowym w Muzeum Lotnictwa Polskiego i patrzę na zielone coś. Coś ma cztery skrzydła, smoczą paszczę oraz śmigło – i podoba mi się nieziemsko, więc pytam człowieka w zielonym kombinezonie – jak mogę zobaczyć to coś z bliska.

Człowiek ów, pomimo że śpieszy do toi-toia zlokalizowanego ustronnie przy parkanie, uśmiecha się przyjaźnie i mówi – „To podejdź pod stojankę, zaraz cię jakoś przemycimy”. Człowiek nazywa się Kazimierz Strumiński i jest mechanikiem „tego cosia”. Nie wiem co to stojanka, nie wiem jeszcze, że to na co patrzę z zachwytem to Antonow An-2 o numerze bocznym 7447, samolot o burzliwej historii mogącej stać się kanwą filmu. Wiem jedno – właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda z lotnictwem…

Drepcząc za pilotem w zielonych „śpiochach” przechodzę na sektor VIP, mijam jakiegoś faceta wyglądającego jak prowadzący z „1 z 10″, i jestem na wyciągnięcie ręki od zielono-żółtego kadłuba, którego nawet mogę dotknąć. Uśmiechnięci starsi panowie pokazują mi wszystko, od śmigła do ogona, sypią informacjami, które jeszcze nie znaczą nic – ale wpadają w pamięć. Podwójny silnik gwiazdowy, lotki i klapy, wolant, przycisk od karabinu i harpun na jastrzębie… Nie rozumiem zbyt wiele – bo wciąż jestem zieloniutka jak szczypiorek, bardziej zielona niż nowopomalowane poszycie oglądanego samolotu…Ale wiem, że w domu przerzucę milion bajtów informacji, bo wsiąkłam na amen.

Następnego dnia, obczytana i osłuchana, pozdrawiam Tadeusza Sznuka (tak, jest pilotem i stąd jego obecność wśród reszty piknikowych lotników, na niektórych jest nawet komentatorem – ale w Krakowie władzę i mikrofon dzierży niemal niepodzielnie dziarski Jan Hoffman), oprowadzam po smoczym samolocie pomniejsze wycieczki, pokazuję zegary w kokpicie i tłumaczę do czego służą, podsuwam anegdotki o harpunach i działkach podpiętych do tej kierownicy (harpun to „rurka Pitota” do pomiaru prędkości, a przyciski na „kierownicy” nie uruchamiają żadnych karabinów, a służą do komunikacji przez słuchawki). Jeden pan zadaje mi wiele pytań aż za szczegółowych, więc troszkę się plątam w zeznaniach- ale cóż, trafiłam na pilota tejże maszyny z rodziną podziwiającą wujkową maszynę, który gratuluje mi, że egzamin z wiedzy zdałam na bardzo dobry.

I tak, od Antka – się zaczęło. Potem pod czujną kuratelą mojego ulubionego hobbystycznego fotografa lotniczego Marcina Sigmunda (pozdrawiam!) i innych pomału wchodzę w temat głębiej i głębiej. Przypadkiem trafiam do bazy w Krzesinach i dotykam nosem dziobu F-16, pewnego listopada urodziny obchodzę włażąc na wszystkie możliwe obiekty latające na moskiewskim „złomowisku” Hodynka, absolutnie i całkowicie nielegalnie lecę nad Krakowem na fotelu II pilota przejmując stery na całe długie pięć sekund,  dzięki znajomemu wykonuję moje pierwsze lotnicze foty Krakowa z motolotni, jeżdżę na różne pokazy… Wsiąkłam na amen.

Czerwiec 2014

Plątam się zwyczajowo po terenie Pikniku, zagadując znajomych i robiąc zdjęcia niczym rasowa Tajwanka skrzyżowana z Japonką. Wymieniam grzeczności z Jurgisem Kairysem, gwiazdą pokazów akrobacyjnych, pozdrawiam pilota policyjnej Kani, zapuszczam się pod „krzaki-tower” czyli mobilne centrum dowodzenia piknikowym ruchem lotniczym… I około 16 zajmuję strategiczną pozycję w okolicy szykującego się do przelotu „Wiedeńczyka”, w którym załoga wraz ze znajomymi zaczynają kręcenie śmigłem aby zassać paliwo do silnika. Tak, podobnie jak w starych filmach, Antka trzeba ” nakręcić” zanim odpali.

Pilot stwierdza – „Aaa, to siadaj”, więc z grupką nielicznych szczęśliwców ładuję się do nagrzanego słońcem kadłuba, zapinam ciasno parciany pas. Silnik Antka wypuszcza chmurę dymu, przestaję słyszeć niezmordowanego Jana Hoffmana komentującego wydarzenia dla masy gości. Wytaczamy się na pas, machamy do stłoczonych na niepłatnych stanowiskach obserwacyjnych wokół terenu muzeum gapiów (gapiowie odmachują).

Silnik ryczy i hałasuje jak rakieta, pękaty kadłub podskakuje na wybojach pasa – a my wraz z nim. Ryk przybiera na sile, i nagle czuję tą gładkość pojawiającą się gdy pokonasz grawitację – jesteśmy w powietrzu. Przez pleksę okienka widzę skrzydło i druty, a pod skrzydłem – mój Kraków. Jeszcze nigdy Kraków nie był tak piękny jak teraz, widziany z góry…

Pilot Jerry – Jerzy Antonkiewicz oraz drugi pilot Funio – Zbigniew Chłopecki dają drobny pokaz umiejętności, nawroty, ciasne zakręty, wznoszenie i opadanie. Raz widzę ziemię (jaką ziemię! Drzewa i dachy!) w okienku, które w magiczny sposób znalazło się niemal pod moimi stopami, to znów w tym samym okienku na błękitnym niebie pasą się owieczki-chmureczki. Kręcę się z aparatem jak wiewiórka po redbulu, usiłując jednocześnie sfotografować wszytko i nie wybić nikomu oka.

Być może są bardziej emocjonujące akrobacje – za 30 000 PLN można w Rosji polecieć MiGiem czy Suchojem. Być może są samoloty bardziej luksusowe, z fotelami w skórzanej tapicerce i martini serwowanym przez stewardessy-finalistki Mis World. Być może są samoloty, w których można rozmawiać szeptem. No i co z tego? Drugiego takiego samolotu jak Antek, i drugiej takiej załogi – nie ma.

Po długich 10 minutach piruetów i zakrętów powoli i majestatycznie siadamy na pasie, odkołowujemy na miejsce postojowe, a piloci dostają zasłużone oklaski. A ja, gdyby nie uszy – uśmiechałabym się chyba dookoła głowy.

Antonow An-2

To taka nieco topornie wyglądająca konstrukcja radziecka wykreślona i oblatana w późnych latach 40-tych, samolot wykonany z kompozytu i płótna trzymanego drutami (na skrzydłach). Nie brzmi imponująco w erze kevlaru, powłok stealth i ekranów dotykowych, ale – komu by to przeszkadzało. Skrzydła z laminowanego płótna mieszczą w sobie pokaźny zapas paliwa, pozwalający na  przelecenie niemal 1000km, a gdy paliwo się skończy – pozwolą na doszybowanie i wylądowanie na czymkolwiek, łącznie z karofliskiem, bez większego uszczerbku. Do kadłuba zmieści się 12 skoczków ze spadochronami, albo 1.5 tony ładunku – i znów, wylądować i wystartować można z większej łączki, bo samolot posiada potężny silnik gwiazdowy (taki montowany z przodu) i stosunkowo niewielką masę a sporą powierzchnię skrzydeł. Tak, wiem wiem, odrzutowce, samoloty wielozadaniowe błyszczące w słońcu… No cóż, Antek jest znacznie bardziej wielozadaniowy niż słynne F16. Stosowano go do transportu wszelakiego (także wodnego – wersja z pływakami, oraz polarnego – wersja na nartach), był karetką, samolotem lotniczym, pasażerskim, rolniczym, treningowym… Akrobacji nie robi? Robi! I to jakie!

Krótkie wyjaśnienie, co w tym takiego niezwykłego… No bo pfff, pętla jak milion innych na każdym pokazie. Otóż, punkt pierwszy. Skrzydła An-2 są niczym nie podparte i trzymają się głównie na skrzyżowanych drutach, a zatem w jakiejś dziwnej pozycji do góry nogami mogą się „złożyć”. I punkt drugi, nawet nieco ważniejszy. Z uwagi na specyficzną konstrukcję An-2 (bez wchodzenia w szczegóły)- przy pozycji „ostro nosem w górę” a zwłaszcza w pozycji „do góry kołami” paliwo do silnika może nie dopłynąć, silnik się wyłączy – i klops. Więc, taką pętlę zrobić samolotem transportowym w wieku „przedemerytalnym” to jest coś.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>