Jak starałam się o pracę na Tajwanie – tragikomedia w pięciu aktach

Moi znajomi przyzwyczaili się do rytmu moich wyjazdów i powrotów na wyspę, wyznaczanych przez wakacje i ferie oraz 90 dniowy limit ‚”wjazdu bezwizowego”. Co prawda konieczność wywalenia pewnej, nie zawsze najniższej, kwoty na bilety rekompensowały mi coraz to nowe wspomnienia z egzotycznych krajów-rajów, ale mimo wszystko tymczasowość mego tajwańskiego bytowania, bez tutejszego ubezpieczenia i meldunku – jednak męczyła.

Zalegalizować swój pobyt mogę za pomocą na przykład:

- wizy na naukę

- wizy na pracę

- małżeństwa z Tajwańczykiem

ale jakoś tak wyszło, że wszystkie te możliwości olałam.

Wiza na naukę wymaga dostarczenia pierdyliona papierów, zaświadczenia o posiadaniu środków finansowych i zaświadczenia o braku trądu, gruźlicy oraz owsików w tropikalnej odmianie oraz rzecz jasna kwitów z Wendzarni,. o czym Wenzao z racji typowego tajwańskiego burdla organizacyjnego – zawsze zapomniało i kwity o ile przychodziły, to po czasie.

Wiza na pracę to w ogóle kosmos, dla Polaka niemal nieosiągalny, bo wymaga pierdyliarda papierów i poświadczeń z tajwańskiej „ambasady” oraz pracodawcy chętnego cię zatrudnić i płacić  jakby każde twe słowo z ust wypadało złotem z diamentami.

Małżeństwo z Tajwańczykiem odrzuciłam z żalem ze względów praktycznych – tatuś mógłby zejść na zawał na widok zięcia-pokurcza w kolorze żółtym, a potem mnie dręczyć z zaświatów, wspomagany przez chińską teściową w wersji żywej i upierdliwej z założenia (według tutejszej tradycji teściowa ma na synowej psy wieszać zawsze i namiętnie, aby się synowej z nadmiaru dobrobytu w odwłoku nie przewróciło).

W każdym razie, jakoś tak niedługo przed egzaminem końcowym w Wendzarni zadzwoniła do mnie koleżanka – Tajwanka, podekscytowana do niemożliwości. Zaczęła jak zwykle od tak zwanej szeroko zadniej strony – czyli pytając o moje egzaminy, potem o to gdzie byłam i gdzie chcę wyjechać, potem o wakacje, i o wysokość opłat czynszowych, aż w końcu przeszła do rzeczy (o ile Tajwańczyk może dokonać takiego heroicznego wyczynu).

- Majia, ty jesteś z Polski, nieprawdaż?

- Ano jestem.

- I mówisz po polsku?

- Mówię.

- A po rosyjsku?

- Rozumiem, ale z mówieniem to już słabiej. Towarzysko daję radę, a co?

- A takie tam logistyczne, transportowe sprawy ogarniasz?

- Ogarniam, pracowałam nawet w branży…

- Cła, certyfikaty, podatki opłaty?

- Nie jestem na bieżąco, ale robiłam takie rzeczy rutynowo. Ale o co w ogóle chodzi?

- A bo wiesz, kolega mojego taty produkuje rzeczy na rynek Europy Wschodniej (grrr! ja ci dam Wschodnią! My jesteśmy Środkowa! Środ! ko!wa! jak wół) i szuka tłumacza -asystentki która mu pomoże ogarniać eksport… No i tak pomyślałam o tobie, może byłabyś zainteresowana, wiesz…

W sumie, to dałam już twój telefon Panu Wangowi (cooo???), tylko tak cię chciałam uprzedzić, bo dzwonił do ciebie i nie odbierałaś…

Fakt. Mam tą niemiłą przypadłość, że blokuję numery zastrzeżone z automatu, a numerów nieznanych mi osobiście i niefigurujących w mojej książce telefonicznej nie odbieram. Z punktu widzenia tajwańskiego – dziwactwo graniczące z chorobą psychiczną niemal.

Koniec końców odbyłam z panem Wangiem długą konwersację i wymianę maili dotyczącą warunków zatrudnienia (pensja ok 60 000 NTD miesięcznie plus delegacje plus wizy do Rosji plus zakwaterowanie na terenie fabryki plus bonusy z gatunku inne, praca w godzinach 8-16 lub 14-22 w zależności od potrzeb i gwarantowana wiza pracownicza wraz z prawem pobytu i ubezpieczeniem zdrowotnym) oraz zakresu obowiązków (tłumaczenie ustne na spotkaniach, korespondencja, obsługa biurowa klientów z rejonu, wysyłka towaru do Polski zgodnie z wymogami UE, sprawy celne i ewentualna certyfikacja). W końcu umówiliśmy się na rozmowę oko w oko w siedzibie firmy w Taizhong, mieście odległym o jakieś 200 km ode mnie. Pan Wang był tak miły, że nawet zaproponował partycypację w kosztach dojazdu…

Myślę sobie -ooo polscy pracodawcy powinni się na Tajwanie szkolić z kultury oferowania pracy, normalnie miodzio nie robota.

Zatem, kupiłam bilet na szybką kolej na uzgodniony dzień (poniedziałek), tak aby zgodnie z życzeniem pana Wanga stawić się w siedzibie firmy przed 10, bo na popołudnie pan Wang ma zaplanowaną wizytę kontrahentów z Alaski.

 

Poniedziałek

Wstałam o jakiejś 6 żeby się ogarnąć, pojechałam na wpół zdechła lukusowym pociągiem rozpędzającym się do 250km/h i o 8 z minutami byłam w Taizhong (autobus wiózłby mnie z 4 godziny na bidę). Niestety, na peronie nikt na mnie nie czekał, ani pan Wang ani pani Wang, ani kierowca czy pies z kulawą nogą. Nawet komarów nie było…

Co gorsza, pan Wang nie odbierał telefonu ani wiadomości na Line, FB czy SMS.

Stałam więc jak ta hołobla, czułam się głupia jak stóg siana i mokłam w tajwańskim deszczyku z wicherkiem. Na wszelki wypadek przejrzałam korespondencję, ale jak wół stało tam – bądź o 9 na peronie, odbierzemy cię i zawieziemy do firmy. No to byłam. W końcu, po długich 20 minutach i gorączkowym dzwonieniu na wszystkie podane w internecie numery do firmy pana Wanga, gdy już tylko kroczek dzielił mnie od napisania kilku ciepłych uwag na jego FB – w końcu pan Wang odebrał.

Przeprosił, wyjaśnił, że mają awarię maszyn na hali i został do niej ściągnięty, ale żebym wzięła taksówkę na koszt firmy (tzn on mi zwróci) i podjechała do biura, zajmie się mną personel, a on za około godzinę będzie z powrotem.

Zatem przybyłam i zastałam „personel” czyli panią na recepcji, która choć miała nieskazitelny makijaż, największe soczewki koloryzujące i rewelacyjną fryzurę – to nie mówiła słowa po angielsku poza Hello (kitty), i była ciężko zaskoczona moim wejściem smoka. Kompletnie zdziwiona rzuciła okiem w moje CV po chińsku i angielsku, usiłowała upchać moją teczkę w jakimś mało eksponowanym miejscu, w końcu zaś po telefonie od szefa rozpoczęła „rozmowę kwalifikacyjną” – po chińsku.

Odpytała mnie z zawartości CV dramatycznie usiłując zrozumieć co do niej mówię, oprowadziła po fabryce, pokazała linię produkcyjną, projektownię i biura, po czym zapytała kiedy chcę zacząć.

- Kiedy podpiszemy kontrakt, uzyskamy zezwolenie na pracę dla mnie i kiedy będę w końcu wiedziała co mam w tej firmie robić, bo szef wspominał o nadzorze istniejącego eksportu do Polski, a pani mi tu nawija o sprzedaży waszych produktów przez telefon. Chciałabym zobaczyć z kim w Polsce współpracujecie, przyjrzeć się dotychczasowej korespondencji itp.

Na to panienka zrobiła wielkie oczyska i oznajmiła, że oni z Polską nie współpracują i ona nie kuma gdzie ta Polska w ogóle leży, ale chcą w przyszłości rozpocząć ekspansję na Europę. Ale ona może nie wiedzieć, bo pracuje od miesiąca dopiero. A co do mojej pensji i pozwoleń, to ona nie wie nic i nie może się wypowiadać, ale wynagrodzenie dla początkującego pracownika to 25 000 NTD (tak z 2 700 PLN).

- To ja może najpierw porozmawiam z szefem, a potem będę deklarować cokolwiek, bo wasze wersje sporo się różnią i ostatecznie nie wiem już nic – nie siliłam się na konwenanse.

- Ale pan Wang będzie dopiero jutro! Możesz rzecz jasna zostać do jutra w hotelu i przyjść jutro?

- Mogę, o ile zwrócicie mi za dojazd i taksówkę, bo miały być na wasz koszt…

Panienka znów zrobiła buzię w ciup, zamlaskała i stwierdziła, że bez błogosławieństwa szefa nie da mi nic i basta. No to się poirytowałam, bo w sumie wydałam jakieś 3000 NTD, czyli ponad 300 zł a taka kasa piechotą nie chadza. Zatem szybko zorganizowałam sobie spanie na kanapie u koleżanki w Taizhong, umówiłam spotkanie na jutro, uzyskałam telefoniczną deklarację pana Wanga – że „jutro o 10 rano, się spotkamy, wyjaśnimy, podpiszemy, rozliczymy”

Wtorek

Po noclegu pośród węży (tata koleżanki ma małą i chyba nie do końca legalną kolekcję rozmaitych gadów i płazów egzotycznych) i pysznym inaczej śniadanku z serii „tradycyjne tajwańskie” stawiłam się w firmie o rzeczonej 10. Firma zamknięta na głucho, do biura nie wejdziesz, za to z budynków produkcji dobiega hurgot i turkot pracujących maszyn. Dzwonię do pana Wanga – rezultat jak wczoraj. Obdzwaniam po kolei wszelkie dostępne telefony – jak wyżej. W końcu oddzwania do mnie wczorajsza panienka i oznajmia, że jest jej przykro, ale szef ma nagłą niedyspozycję jelitową i nie będzie dostępny, a co do kasy za dojazd to nie mówił nic. Mało grzecznie zapytałam, czy mam w takim razie odebrać w naturze w wyrobach firmy, co leżą spakowane tuż za płotem? i po 10 minutach zjawiła się zdyszana sekretarka, z kwaśną miną wręczając mi banknot 1000 NTD – naści, za fatygę. Bo szef nie pozwolił więcej. Odwiozła mnie z wielką łachą i wzburzeniem własnym skuterem na pociąg, cośtam fukając pod nosem na białą troglodytkę.

Środa

O 7 rano podrywa mnie telefon od pana Wanga, czy mogłabym się spotkać dziś, około 10, bo potem szef jedzie do Tajpej. Oraz – jak mi się podoba firma i kiedy chcę zacząć pracę. Grzecznie mówię – najpierw ustalmy zakres obowiązków i pensję oraz uzyskajmy moje pozwolenie na pracę. Pan Wang nagle „traci zasięg” i obiecuje że oddzwoni za chwilę. Aha.

Czwartek

Znów rankiem dzwoni sekretarka pana Wanga. Że dziś, że około 12, że podpiszemy ten kontrakt i mogę zaczynać od początku lipca, a do tego czasu za darmo pomieszkać w hotelu robotniczym na terenie firmy i się wdrażać. Dla jaj mówię – OK, będę o 12.30, proszę na mnie czekać. O 12.30 dzwonię – żeby odwołać spotkanie – i sytuacja z poprzednich dni się powtarza… Cicho, głucho, telefony w czarną dziurę wpadły.

Piątek

Znów o poranku dzwoni pan Wang, z pytaniem o rozpoczęcie pracy. Znów zapytany o pensję „traci zasięg” ewentualnie „mija policję” i zadzwoni za chwilę, ale w sumie to mogłabym się stawić w siedzibie firmy bla bla, więc przerywam mu – oznajmiając że zatrudniła mnie właśnie fabryka BMW i nie jestem zainteresowana, ale dziękuję za stracony czas. Pan Wang jest oburzony – jak śmiem mu pyskować i negocjować na dwa fronty, w końcu to on mi oferował pracę pierwszy i w ogóle, więc – rozłączam się.

 

Poniedziałek tydzień później

Zgadnijcie, kto dzwoni o mocno pokręconej przez jetlag porze :D

 

Gdy opowiadałam Młodocianemu całą historię, jeszcze trzęsąc się z wściekłości i rechocząc z absurdu całej sytuacji, ten słuchał z uwagą i wyjaśnił, że to typowe dla ludzi z tajwańskiej wsi. A że 90% populacji Tajwanu całkiem niedawno zostało oderwane od pługa granatem i rzucone w „wielki byznes”, to podobne traktowanie petenta/kontrahenta/pracownika nie jest niczym rzadkim, a raczej wręcz nagminnym. I że Młodociany miał podobne przejścia z szefami szkół czy firm w których pracował, jego znajomi również jeździli krajoznawczo po różnych zakątkach Tajwanu zanim w ogóle trafili na jakąkolwiek sensowną rozmowę…

I że prawdopodobnie szef sam nie wiedział co ze mną zrobić jak się mu z nieba objawiłam… Bo tak mu się na wódce z kumplami wymskło, że by może na Europę uderzył z towarem, ktoś to posłyszał, powtórzył, nadał wici i tak do mnie doszło… A że w międzyczasie szef wytrzeźwiał i przespał się z pomysłem, więc mnie zbywał w nadziei że oświecenie „jak te Ełropy gryźć” przyjdzie z czasem albo ja zgodzę się pracować na tych samych warunkach co Tajwanka.

Niestety – nie zgodzę się. Nie dlatego, że to poniżej mej białej godności – ale dlatego, że w wypadku pracy na czarno, bez pozwoleń i ustawowej pensji dla białasa mogę zostać natychmiastowo deportowana bez prawa powrotu za to z niezłą karą do zapłacenia.

Czyli – nie tylko w Polsce szukanie pracy to komedia z tragedią w pięciu aktach.

PS. Osobom wybierającym się na staż na Tajwanie radzę pięciokrotnie analizować umowy i najlepiej finalizować wszystko samemu lub przez POLSKĄ / EUROPEJSKĄ agencję pośrednictwa, z określonymi karami umownymi w ramach straszaka. Bo z Tajwańczykami nigdy nic nie wiadomo, oprócz tych o złotych sercach i szczerych chęciach jest masa takich panów Wangów, lekko mówiąc niesłownych, niepunktualnych, niepoważnych i niewiedzących w ogóle czego chcą.

Ja jechałam „jedynie” 200 km w jedną stronę, miałam gdzie spać i w sumie straciłam „tylko” 2000 NTD czyli nieco ponad 200 PLN. Jeżeli ty, białasie z Polski się wybierzesz do firmy pana Wango-podobnego – stracisz dużo więcej. A Tajwan to nie Anglia, nikt cię tak po prostu nie zatrudni do sprzątania – bo od tego mają lokalsów i Filipińczyków, bileta w Ryjanerze też za grosze nie kupisz. I na panów Wangów nie ma bata, bo w sumie to w czym rzecz, jeżeli to normalna praktyka?

 

Oczywiście, z całego serca życzę wszystkim rozważającym staże i stypendia w tej stronie świata, żeby było tak jak zaplanowano, i żeby był to naprawdę jak najfajniejszy czas – bo na Tajwanie jest naprawdę super.

Powiązane wpisy

1. Kłopotliwe sekrety tajwańskiego szefa

2. Wyprawa z serii Visa Run – Palau

3. O biletach do Hongkongu  innych absurdach państwa nad-opiekuńczego

 

2 myśli nt. „Jak starałam się o pracę na Tajwanie – tragikomedia w pięciu aktach

    • ja myślę, że stamtąd przyszła ta zaraza.

      Ale w Polsce nigdy na gruncie zawodowym nie spotkałam się z aż takim olaniem kogoś, kto przyjeżdża na uzgodnione spotkanie z innego miasta, odległego o pół kraju. Owszem, były rozmaite obsuwy i manewry – ale tak ostentacyjnego robienia w bambuko nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>