Pieskie życie na Tajwanie, czyli Polska to jest raj dla psów!

Niniejszy wpis dedykuję wszystkim właścicielom psów, którzy uważają, że ich czworonogi mają w Polsce źle, są dyskryminowani i prześladowani przez wredną Straż Leśną (za puszczanie psa luzem w lesie) oraz Straż Miejską (sprzątanie kup, chodzenie na smyczy i w kagańcu) jak i rolników (opeer za tratowanie zaoranych/obsianych pól) oraz sąsiadów, którzy czepiają się ogólnie.

 
Już parokrotnie poruszałam kwestię nieco odmiennego podejścia do zwierzaków, niż to, jakie znamy z Europy-Polski-tak zwanego „Zachodu”. Na przykład tu:
Niby Tajwan to buddyści, wiedzą, że mogą wcielić się w ramach reinkarnacji w jakiekolwiek stworzenie, włączając w to mrówkę, kota, słonia, psa, krowę… Ale jakoś nie wywołuje to powszechnej refleksji i lepszego traktowania zwierzaków. Pokuszę się o rasistowskie stwierdzenie, że tajwański rozum skoncentrowany na rozwiązywaniu testów i najnowszych Iphonach – nie ogarnia kwestii współodczuwania, albo co gorsza wcielenia się w czyjąś rolę i postawienia się w cudzej sytuacji. Albo – równie rasistowsko i autoratywnie – że jest to typowy przejaw tutejszego braku myślenia, braku wyobraźni oraz braku empatii i szacunku (o których to jednak wiecznie Tajwańczycy gadają, że takimi empatycznymi i pełnymi respektu dla innych trzeba być).
Przykłady?
Ostatnio był na tapecie kurczaczek. Taki słodki puchaty gadżecik wielkanocny. Problem w tym, że on był ŻYWY, a raczej – ledwo żywy.
Ale nikt nie widział nic niestosownego we wpakowaniu kurczaczka do kubka i obnoszeniu go po mieście. No bo przecież, ściółkę ma, powietrze ma, o co się zatem problem rozchodzi?
 
To może wątek dziczyzny.
Wszyscy wiemy, że ratowanie i dokarmianie zwierzątek zimą czy opieka nad porzuconymi zwierzakami to piękna rzecz. Przygarnąć osieroconą sarenkę – to takie szlachetne. Prawda?
Tej sarence się chyba nie pofarciło z adopcją. Ale właściciel ma sklepik „Pod jelonkiem” i gwarancję tłumów walących aby pogłaskać Bambiego i strzelić sobie słit focie, po czym umieściścić na fejsie i ociekać zajebistością oraz ekologią i umiłowaniem zwierzątek, przy okazji zaś opchną lodzika za cenę ociupinkę wyższą niż w markecie – bo to „na Bambiego”, składka na głaskanie. Bambi zaś daleko nie ucieknie, bo łańcuch ma tak ze 2 m długości.
Młodociany zeznał, że nie tak dawno w liceach modne i trendy było posiadanie „myszek” (przy czym pod tą kategorię podciągamy – myszy, szczury  nawet chomiki), które noszono w piórnikach (taaak, tych do przechowywania kredek i długopisów) albo – w kieszonkach. Oczywiście, myszki były jak najbardziej żywe, nie na baterie. No i takie myszki noszono fantazyjnie i podług tryndów, nie tylko tych kieszonkach na piersi, ale i w tych kieszonkach z tyłu spodni albo z boku spódniczki od mundurka. Nie muszę chyba pisać, jak to się kończyło dla owych „myszek”? Przy czym niezrażeni Tajwańczycy następnego dnia kupowali nowe, i biznes się kręcił, i gadżety często zmieniane więc się nie znudziły… Zresztą, myszki tanie i szybko się mnożą, to co za problem.
Ale miało być o psach? Zatem kilka sytuacji uchwyconej na mojej ulicy lub w okolicy.
Pisałam już wielokrotnie, że Chińczyk/Tajwańczyk lubi się pokazać. Że go stać na coś lepszego, fajniejszego i ładniejszego niż sąsiada. Na przykład drogiego i rzadkiego psa, takiego elitarnego. O, husky idealnie podchodzi !

Jest drogi – kilkakrotnie droższy niż w Polsce. Jest dekoracyjny, bezsprzecznie. A takimi pierdołami jak charakterystyka rasy, zapotrzebowanie na ruch – kto by się przejmował.

Ciuszki się mu kupi pod kolor futra, i obrożę z błyskotkami – od Svarowskiego, żeby było widać, dowiesi się jakieś cekinkowe dzwoneczki i inne badziewie z logo LV… To będzie pies szczęśliwy. Spacer się mu zrobi ze dwa razy dziennie tak z 20 minut, w klatce będzie siedział to szkód nie narobi za wiele i nie pogryzie nikogo – za to sąsiedzi z zazdrości będą wariować. A temperatura?

Że Tajwan trochę bardziej gorący od Alaski? Seeeriooo? Naaaaprawde? No i co z tego???

Eeee, nie ma problemu, sambitny właściciel arktycznego pupila będzie trzymać wspecjalnej przeszklonej  lodówce albo klimatyzowanym boksie zrobionym na wzór lasku – żeby się pies czuł dobrze… Żartowałam, kto by tak kasę marnował.

Tajwańskie rozwiązanie, tanie i praktyczne – się psa ogoli i będzie cacy.
Jedyne, co Polacy są w stanie powiedzieć na taki widok ociupanego na zapałkę haskacza czy alaskan malamuta – to mocno nieparlamentarne wyrazy najwyższego zdumienia i dezaprobaty… Tajwańczycy zaś pytają, co nas tak dziwi i oburza, przecież to normalne i całkowicie popierane działanie w celu ulżenia w temperaturze powyżej 20C (która w mojej części Tajwanu panuje przez jakieś 80% roku, a przez pół roku minumum jest to powyżej 30C)
Spacer? Pisałam już wielokrotnie o „skuterowaniu psa”. Czyli – właściciel jedzie motorkiem przez miasto, a pies w nogach siedzi i kontempluje ożywczy dech spalin miasta.

Rzecz jasna, psy się przywiązuje smyczą do skutera – żeby spłoszone nie uciekły, lub nie oddaliły się w nieznanym kierunku podczas postoju na światłach. Ewentualnie, żeby było bardziej bezpiecznie lub „słodziasznie i uroczaśnie” – wsadzić pieska typu chihuahua/pudel miniaturka/maltańczyk w koszyk na froncie skutera, a takiego większego – do plecaka (żeby nie spadł ze skutera i się nie wiercił -to akurat jestem w stanie zrozumieć)

Nie wiem do czego wsadza się duże psy – ale takich rozmiaru wilczura lub lepiej na Tajwanie jest bardzo mało i nie spotkałam… Aczkolwiek, mogłoby to solidnie wstrząsnąć podstawami mego świata i poglądów – bo po Tajwańczyku można spodziewać się pomysłów typu …nie wiem- doga niemieckiego upchać w karton po lodówce albo w śpiwór.Właśnie, jak już jesteśmy przy wsadzaniu w cokolwiek … Klatka? Wspomniałam coś o klatce? Co w tym złego, w Polsce też psy zamyka się w tzw klatkach kennelowych.  Taaa….
Ale nie tak jak na Tajwanie, gdzie pies jest zamknięty w klatce większość dnia, bez żadnych zabawek czy możliwości wyjścia. A siusiu? Klatka ma ażurową podłogę, więc można załatwić sprawę pod siebie i nie kłopotać pana/pańci zajętej budowaniem potęgi tajwańskiej gospodarki lub grą w Candy Crush.

Tu właściciel zadbał o pieska (bo to kolejna popularna i droga rasa- czyli brązowy pudel miniaturka) – klatka stoi w cieniu, piesek ma wodę i tylko „zażywa świeżego powietrza” przez około 5-6 godzin dziennie w czasie gdy reszta rodziny właściciela zajmuje się ważniejszymi sprawami. A że klatka stoi na ulicy,  która przylega do innej arterii, tłocznej i ruchliwej – więc nie brak ani hałasu ani spalin? A w czym problem i o co chodzi? Proste powiązanie dwóch faktów – „pies ma czulszy węch i słuch niż ludzie” i „ludzie poruszający się po ulicach miasta zakładają maski, żeby nie wdychać spalin i innych odorów” jest procesem myślowym wykraczającym poza umiejętności Tajwańczyka, dlatego moje współczucie dla piesków przywiązanych do skuterów i tkwiących przy ruchliwej ulicy przez cały dzień oraz zdegustowanie postawą właścicieli – jest zupełnie niezrozumiałe. Zresztą, czego się spodziewać po narodzie, co za kratki wsadza nawet kamienie…

Znaleziono na FB
Dokładnie naprzeciwko nadpobudliwego pudla (w tej klatce od rana do nocy drepta i kręci się w kółeczko), którego rodzina zamykała w klatce żeby się wyciszył i nie demolował domu kiedy oni są zajęci czymkolwiek spał sobie drugi piesek, zwany Parszywkiem.

Bok tego auta widać na zdjęciu z pudlem

Parszywek to typowy „nierasowy/wielorasowy” piesek hodowany przez tajwańskie rodziny, którym się rolnicza przeszłość odzywa w ślepym przywiązaniu do tradycji „trzymania zwierząt” i typowo wsiowym podejściu do owego trzymania. Na wsi Burki się spuszcza z łańcucha, żeby sobie luzem pobiegały, prawda? A w mieście? Psa się wypuszcza z domu rano, żeby sobie zorganizował rozrywkę i oszczędził kłopotu z wyprowadzaniem etc zapracowanym właścicielom.

Ta drzemka z językiem na wierzchu i do góry brzuchem :D

Więc Parszywek przesypia dzionek w różnych lokacjach na ulicy, od prawdziwego zdechłego truchełka różniąc się tylko tym, że czasem otworzy oko i oceni sytuację, a gdy jest niezbyt korzystna, to z niechęcią się przesunie. Przy czym pomimo, że zasyfiały, zapchlony, brudny i pokryty rozmaitymi ranami, Parszywek jest chyba najszczęśliwszym zwierzakiem, jakiego dziś opisywałam. Odkąd ujrzałam go po raz pierwszy, odczuwam nieprzemożoną chęć złapania tego stworzenia i umycia w celu stwierdzenia prawdziwego koloru sierści i skóry oraz płci, bo w sumie to może być całkiem ładna suczka platynowy blond…

Zatem kończąc – czy aby te polskie psy takie biedne? Jeżeli porównujemy się z innymi krajami, to spójrzmy nie tylko tam, gdzie trawa ponoć jest zieleńsza, a właściciele na uszach stają żeby psom umilić egzystencję, bo ludzie mają już wszystko, co im było do szczęścia potrzebne.

Powiązane wpisy :oops:

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>