W nocy, o północy…

Jak dotąd, trzęsienia ziemi przeżywałam bezboleśnie – po prostu z rzadka zauważając ich manifestowanie się. Organ od wyczuwania zawirowań sejsmicznych jest u mnie w jeszcze silniejszej atrofii niż ten od wyczuwania tonów (alias pięciu różnych wariacji na temat wymowy jednej samogłoski).

Jak wspominałam wcześniej, nocne wstrząsy przesypiałam, dzienne mimochodem rejestrowałam – ale rozpoznawałam jako „pewnie obok jedzie tramwaj” lub „ależ ta ciężarówka musi być ciężka” i w związku z tym standardowo reagowałam z opóźnieniem, zdziwieniem i finalnym „pffff”. Cóż, dziecko miasta, wynajmujące mieszkanie w bloku z wielkiej płyty koło sporego węzła komunikacyjnego, gdzie szklanki trzęsły mi się regularnie od 4.45 do 23. 
Reasumując – rzecz jasna trzęsienia ziemi miałam za jakąś atrakcję w stylu tego potwora, co rezyduje w kanalizacji i kiedy zasiądę w nocy na kibelku, to potwór ów złapie mnie za pośladki i wciągnie w swoje woniejące szambem królestwo. A dokładniej za odwrotność owego potwora – zielony i pokryty szlamem kanalarz z przegubową łapą wyłaniającą się z odpływu sraczyka nie istnieje, ale i tak się boję sikać po ciemku. Za to trzęsienia ziemi są w 1000% realne – ale jakoś tak lekceważąco usiłowałam fakt ich pojawiania się tu i ówdzie zracjonalizować albo wyprzeć.
Zatem kiedy ciemną nocą (musiało być po 1, bo punkt 1.00 światło w akademiku naprzeciwko moich okien gaśnie odgórnie i nieodwołalnie i w związku z tym u mnie zapadają również mroczniejsze ciemności) ze snu wyrwał mnie stukot drzwi od szafy i charakterystyczne dźwięki kolebiącego się telewizora tudzież stuki poruszających się drobnych pierdółek porozstawianych na każdej możliwej powierzchni. W mroku mego pokoju niosły się trzaski porcelany i szkła tańczącego pogo oraz werbel drżących mebli, a ja usiłowałam albo przysnąć albo wybudzić się na tyle, aby ogarnąć rzeczywistość…
I do jakiegoż to budującego wniosku doszłam?
- Yyyy… ależ to coś się tłucze, dajcie mi spaaaaaać (poduszka na uszy i próba relaksacji)
- Noż cholera, ależ się telepie….
- Uaaaa, szafa mi się telepie, zaraz grzmotnie na mnie wszelki dobytek upchany u góry a noga stoliczka do kawy malowniczo przebije mi głowę i ukatrupi!
- E, nie, stoliczek stoi z drugiej strony, najwyżej połamie mi nogi. A na głowę glebnie mi czerwona walizka, ale jest lekka, to szkód nie będzie zbyt dużych
- Kuffaa, mogloby się tak nie tłuc, bo ja muszę spać! Jak teraz nie usnę, to z rana na zajęciach będę nie do życia i będę pieprzyć jeszcze bardziej od rzeczy niż zwykle…
- A w ogóle, to czemu się tak wszytsko tłucze?
Olśnienie.
- Łóżko mi podskakuje, szafa się kiwa, wieszaki się miotają…
!!! Matko Bosko, moje mieszkanie jest nawiedzone!!!
Obudziłam się na dobre, aż sobie usiadłam z wrażenia.
No bo gdzie ja do diaska na Tajwanie znajdę dobrego egzorcystę?
To tyle w kwestii instynktu samozachowawczego. Zamiast szukać majtek i paszportu tudzież gotówki – i wybiegać na ulicę (ciesząc ewakuującą się w popłochu okolicę widokiem podskakujących cycuchów nieobleczonych w cokolwiek, bo na szukanie koszulki czasu brak), ja rozkminiałam numer telefonu do kolegi w Polsce, który ma znajomego zakonnika misjonarza werbistę. Werbiści bowiem – według kolegi- jako jedyny zakon mają prawo do wykonywania egzorcyzmów na cito bez całej papierkowej roboty i długotrwałej korespondencji ze Stolicą Apostolską, i co więcej, w dziedzinie wypędzania demonów mają duże i poztywne doświadczenie. No i mają na pewno kogoś w Azji na misji, więc luz.
Uspokojona, usnęłam.
I dopiero rano uśmiałam się z prób egzorcyzmowania ruchów tektonicznych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>