Co mają wspolnego hodowla papai oraz baseball?- czyli o filmie „Kano” słów kilka

- Smakuje ci ta papaja?

- Przepyszna, słodka, znacznie lepsza niż inne które znam.Jak to możliwe, Nauczycielu?

- Spójrz w jej korzenie – widzisz tam gwóźdź? To mój sekretny sposób na najsłodsze papaje. Wbiłem go specjalnie, aby przekonać drzewo, że umiera. A kiedy drzewo umiera, wszytskie swoje siły i soki przeznacza nie na wzrost, a na urodzenie jak najlepszych owoców, które zapewnią mu przetrwanie.

(cytat z filmu „Kano”)  Czytaj dalej

Zakupy w tajwańskim markecie – masażery, bejsbole, wibratory…

Dostawszy pierwszą wish-listę* zakupową po powrocie, udałam się na poszukiwania żądanej gadźetowni – na przykład masek na cyc oraz koali i wypasionych wifonków.

Źródłem niewyczerpanym najrozmaitszego dobra, akcesoriów, artefaktów i najdziwniej pomyłkowych przedmiotów-pułapek jest lokalny supermarket „Śledź mydło powidło fasola lód” – czyli powiedzmy odpowienik Lewiatana, tylko w wersji mocno wielobranżowej.
Można tam kupić spożywkę (poza owocami i warzywami świeżymi oraz mrożonkami, to w nastęnym, nieco większym sklepie żywnościowym), chemię domową i kosmetyczną, a ponadto bazylion pierdół, których w Polsce pewnikiem nawet nie wymyślono jeszcze…  Czytaj dalej

Protesty studenckie w Tajpej – zamieszanie wokół Cross-Strait Trade Pact

Przy śniadaniu, o ile przezwyciężę zew Wściekłych Ptaszysk – mam zwyczaj czytywać gazetę. Gazeta jest lotów nienajwyższych, taki odpowiednik SuperExpresu i Faktu, ale umówmy się – mój poziom tzw „Szumieju” (書面語 shūmiàn yǔ, formalny język pisany) jest zblizony do „małoumieju” a wręcz „ch..jaumieju” i czytanie czegoś ambitniejszego skończyło by się drastycznymi scenami i pluciem herbatą z rozpaczy.

Tematem numer jeden są protesty studenckie. Konkretnie rzecz biorąc, studenci zablokowali parlament, zrobili barykady z krzeseł i siedzą, część w środku – a część na zewnatrz.  Czytaj dalej

This ! is ! Taiwan!… czyli typowy tajwański spacer w obiektywie obcokrajowca

Stada skośnookich, wydzierających się Chińczyków są wszędzie, nawet na Nordkappie. Momentami ów odludny raczej Nordkapp wyglądał zresztą jak Plac Tian AnMen podczas obchodów święta partii, gdzie tylko smog zasłonił litościwie otaczające budynki – bowiem zaiste Chińczyk stał na Chińczyku, Chińczykiem się poganiał i o Chińczyka potykał, w kadrze chińskiego smartfona ujmując małe, (kilkusettysięczne zaledwie) grupki pobratymców…

Do globusa się nie dopchałam, nie machnęłam słitfoci z dzióbkiem (choć zawsze o takiej marzyłam…). Ale z kronikarskiego obowiązku zamieszczam znalezioną w necie focię – szczęśliwie, bez pekińskiego desantu emerycko-nowobogackiego.  Czytaj dalej

W nocy, o północy…

Jak dotąd, trzęsienia ziemi przeżywałam bezboleśnie – po prostu z rzadka zauważając ich manifestowanie się. Organ od wyczuwania zawirowań sejsmicznych jest u mnie w jeszcze silniejszej atrofii niż ten od wyczuwania tonów (alias pięciu różnych wariacji na temat wymowy jednej samogłoski).

Jak wspominałam wcześniej, nocne wstrząsy przesypiałam, dzienne mimochodem rejestrowałam – ale rozpoznawałam jako „pewnie obok jedzie tramwaj” lub „ależ ta ciężarówka musi być ciężka” i w związku z tym standardowo reagowałam z opóźnieniem, zdziwieniem i finalnym „pffff”. Cóż, dziecko miasta, wynajmujące mieszkanie w bloku z wielkiej płyty koło sporego węzła komunikacyjnego, gdzie szklanki trzęsły mi się regularnie od 4.45 do 23.  Czytaj dalej