Żółta kaczuszka, żółte myśli i żółte żarty małych żóltych ludzików

O słodkiej i „ło kufa ale wielkiej” Kaczuni odwiedzającej świat pisałam już kiedyś.

Tajwańczycy pokochaliją za  słodkość i ogólne cute -sweet-urocze wrażenie. Stąd i motyw przewodni zdjęć z kaczuszką był – właśnie taki, do zrzygania słodziaszny i ociekający cukrem oraz wazeliną. A okolicznościowa piosenka nie tylko burzyła wodę w kolanach i ścinała cukier w kostkach, ale wywoływała we mnie jakże głębokie przemyslenia na temat sensu istnienia i grubości portfela, który przyjełabym w zamian za zaśpiewanie jakże  skomplikowanego tekstu o bezmiarze radości wzbudzonej przybyciem Kaczuszki na Tajwan. Czytaj dalej

Słodko, kolorowo, bezpiecznie

Tia…. Skojarzyło mi się odpowiednio, ale nie o tym zupełnie miało być…

Na Tajwanie podstawowym narzędziem poruszania siebie, psa, rodziny, zakupów, parasola ogrodowego, drabiny i sprzętu AGD też – jest skuter. Czytaj dalej

Inwazja kosmitów

Gdzieś daleko, w odległej galaktyce, na odludnym posterunku rozległ się alarm.

Ultrawrażliwe czujki wychwyciły nanocząstki niosące prawdopodobieństwa istnienia specyficznej substancji organicznej, oddalonej o znaczny dystans. Cały sprzęt pomiarowy został zwrócony w tym jednym, obiecującym kierunku, z którego dochodził sygnał. Słaby, acz regularny  - potwierdzał pierwszą diagnozę. Tam – gdzieś w przestrzeni znajdowała się niewątpliwie substancja organiczna, o właśnie tych konkretnych, pożądanych właściwościach, idealnej charakterystyce biochemicznej. Czytaj dalej

Sexy i ostro czy słodko różowo – o tajwańskiej rzeczywistości codziennej

Wczoraj padł na mnie zaszczyt rewanżu za wszystkie zadanka domowe rozwiązane na szybko przez Młodocianego w mojej książce ( dzięki czemu może nie błyszczałam intelektem, ale i nie porażałam tumaństwem) – i zasiedliśmy razem nad tekstem angielsko-chińsko-ekonomicznym poświęconej problemom firmy Mattel, chcącej podbić świecący miliardami $$$$$$ rynek łapczywego na zachodnie „nowinki” i bajery świadczące o dobrobycie równym lub przewyższającym amerykańsku-zagraniczny. Firma Mattel wybudowała skrzący się różowo gmach sklepu Barbie – i w obliczu klęski musiała go zamknąć. Chinki nie kupiły ślicznej blond laleczki w wielu wcieleniach, jej chłopaka, dzieci, pieska, kotka, domku, samochodu, sukienek, syreniego ogona etc. Czytaj dalej

O triadach i przestępczości III

Gdyby każdego wytatuowanego osobnika klasyfikować jako mafioza – to na Tajwanie ponad połowa męskiej populacji w wieku 15+ wygląda na związaną z grupami przestępczymi, bo zaiste ilość gówniażerii z wydziaranymi mniej lub bardziej udanymi motywami wszelakimi zadziwia (hasło o pełnoletniości lub zgodzie rodziców w przypadku chęci walnięcia sobie smoka na pół pleców bądź trupiej czachy na cherlawym gimnazjalnym cycku wzbudziło spore „yyy… hellou?”). Kolega od biznesu transportowego cały jest upstrzony wzorkami od Sasa do lasa – i skrzydełka, i diabły i chiński smok i dziada z babą w tym galimatiasie też nie brak (niestety, nie pokażę, bo fejsa zlikwidował, wraz z przedmiotami biznesu i detalicznymi fociami tatuaży)… W przeciwieństwie do Japonii, gdzie publiczne afiszowanie się z tatuażami na znacznych powierzchniach ciała jest niemile widziane (i na przykład wydziaranych na publiczne baseny/sauny/gorące źródła nie wpuszcza się osób z tatuażami- aby trzymać lepkie macki yakuzy z daleka), Tajwańczycy lubują się w dużych, wyraźnych i kolorowych wzorach – i z dumą pokazują kunszt artysty (lub jego brak). No dobra, nie wszyscy się lubują – bo permamentne malunki na skórze wciąż kojarzą się z kryminałem – ale w okresie buntu i naporu każdy chce być zły i mroczny. A laserowego usuwania tatuażu w Kaohsiung nie widziałam – więc potem na całe życie pamiątka zostaje…

Wytatuowany jest tatulo Młodocianego- i to wytatuowany dosyć konkretnie. Aczkolwiek, w jego wypadku (oraz pewnej niezidentyfikowanej acz zapewne sporej, jak to w tajwańsko-chińskiej rodzinie z tradycjami, liczby wujków i kuzynów) – jest to pamiątka po burzliwej młodości, często gęsto urozmaicanej pobytami w „sanatoriach” i „ośrodkach wczasowych Ministerstwa od Resocjalizacji i Korekty”, bowiem tatulo Młodocianego złym chłopcem był, i z triadami związki posiadał bliżej nieokreślone, ale pewne. Wujo (obecnie buddysta wegetarianin) w czasach młodości po raz pierwszy wpadł i zaliczył odsiadkę w jakimś urokliwym miejscu (więzienia lokowane były bowiem na odludziach typu np okoliczne archipelagi- jak na porządny ośrodek wczasowy przystało), bo chcąc zaznać odrobiny ciszy i spokoju wsadził świeżo zdobytego gnata w rozdarty dziób swej siostry – a ta wypaplała wszystko mamusi, sąsiadce i policji… Kuzyn Młodocianego (obecnie kolejny nawrócony wegetarianin, miłujący pokój i pokornie znoszący los) z kolei zajmował się „biznesem transportowym” w branży chemiczno-zielarskiej -ale coś mu nie wyszło.

Tatulo Młodocianego zmądrzał około trzydziestki – kiedy ujrzał, jak komuś obcięto rękę (to w ramach subtelnych i wyrafinowanych metod działań triad… Z ręką może i tatulo przesadził, ale paluchy na pewno obcinano za nieposłuszeństwo), ożenił się z dobrą dziewczyną – mamą Młodocianego, buddystką i wegetarianką, która nadała nowy sens jego egzystencji i nawróciła wszystkie zbłąkane owieczki w całej rodzinie na buddyzm z wegetarianizmem. Od tego czasu tatulo jest mniej więcej dobrym człowiekiem (aczkolwiek z tym buddyzmem i wegetarianizmem to nie tak do końca) i serce mu drżało na dziwne wyczyny młodszego syna, którego jako buddysta nie mógł przełożyć przez kolano i wybić mu z głowy poprzez pośladki buntu z naporem i innymi durnotami… Historia w każdym razie zakończyła się dobrze – drżący tatulo nieco odetchnął, Młodociany zajął się intratnym nauczaniem angielskiego a nie biznesami szemrano-transportowymi, tatuażu sobie jak dotąd nie walnął nawet maleńkiego – i młócąc z pomlaskiwaniem kotlet z kurczaka zaczyna przemyśliwać, że jednak w przyszłości zostanie wegetarianinem, patrząc na mnie i moją wieprzowinkę w pięciu słodkich smakach niezwykle znacząco.

A teraz o polskim akcencie ( a jakże!) w całej sprawie mafijno – triadowsko – przestępczej na Tajwanie.

Skrócona relacja prasowa – TU >>KLIK<<

Finał sprawy był taki, że pan Andrzej w końcu zgłosił się na policję, zaangażował media i mera miasta – i dalej robi i sprzedaje ciastka – z bananem, z orzechem, czekoladowe i z malinami oraz czernicami/ostrężynami i borówkami (sprowadzanymi zresztą z Polski, bo amerykańskie nie pasują do koncepcji wystroju wierzchu placka). Ciastka – no własnie, dla mnie nic niezwykłego (ale dobre, nie waciane i mdłe), polski placek drożdżowy z owocową dekoracją, jakie jada się u nas często. Ale – dla Tajwańczyków to objawienie, eksplozja smaku, kulinarna nirwana i powiew egzotyki.

No i te drożdżowe bąbelki, plus galaretka z owocami na wierzchu, o której nie mają bladego pojęcia co to jest, bo na to, żeby galaretkę wylać na ciasto – zwyczajnie nie wpadli. I ten smak…  I dlatego od siedmiu lat przed stoiskiem ustawia się nieprzerwanie kolejka amatorów słodkości „made in Poland” a część sfrustrowanej konkurencji krew jasna zalewa…

Kończąc temat triad i przestępstw. Są one jak Yeti. Albo teza pracy magisterskiej, z którą biedzi się mój kolega Weasley – czyli „Wpływ Niemiec na politykę fiskalno – monetarną oraz antykryzysową w UE”. Wszyscy o tym wiedzą, słyszeć każdy słyszał – ale bezpośrednich, twardych dowodów na istnienie – brak.

O triadach i przestępczości II

Jeżeli chodzi o Tajwan, leżący na styku Chin i Japonii – powinny występować tu zarówno wpływy yakuzy, jak i triad. Powinny -tak wnioskuję w teorii, w praktyce z jakąś większą czy bardziej widoczną przestępczością się nie spotkałam.

Poza ciężkimi przypadkami:

-kierowców, jeżdżących jak kretyni kompletni (szerzej na ten temat kiedy indziej, jak mi ciśnienie nieco zejdzie)

- dzieci, wyrywających sobie kredki i plecaki Czytaj dalej

O triadach i przestępczości I

Przed pierwszym wyjazdem kolega Jaromir roztoczył przede mną apokaliptyczną i katastroficzną wersję jak to na każdym kroku będę obserwować mafijne porachunki niczym w SinCity albo Gotham, a także szybko zostanę zwerbowana przez owe  triady jako bladolica piękność ( w jakim celu Jaromir już nie dodał, albo mi umknęło) i rozpocznę szybką wspinaczkę po szczeblach hierarchii świata przestępczego etc.

Odrobinę wcześniejsza wizja po ogłoszeniu radosnej nowiny pt.: „Jadę na wymianę, nie z Orgazmusa tylko do Azji i jeszcze będę się uczyć chińskiego!” obejmowała aresztowanie, nawrócenie na ideologię komunistyczną i przysłanie do Polski jako piątej kolumny i arcyzdolnego szpiega – Jaromir bowiem (podobnie jak wiele innych osób, w tym ja sama) miał blade pojęcie o rzeczywistej destynacji mej wycieczki. No dobra, ja miałam nieco mniej blade, bo wiedziałam, że to będzie Tajwan, a Tajwan to nie Chińska Republika Ludowa i komunistów tam tępią zaciekle i zażarcie…

Dygresyjnie, kilka ciekawostek, dokąd to się wysłałam i co z tym było związane

- M.: Tylko uważaj w tej Tajlandii, nie daj sobie nic do walizek wrzucić. I na lejdibojsów też uważaj! (Za przemyt narkotyków w rejonie „Złotego Trójkąta” sankcje obejmują karę śmierci lub 200 lat gnicia w tajskim więzieniu. A co do lejdibojsów, to dla pana, który wyrwał „zajebistą dupencję” pobudka u boku dupencji z zakamuflowanym siusiakiem i dalszy żywot ze świadomością harców podejrzanych orientacyjnie jest chyba wystarczającą karą)

- Mama do mojej przyjaciółki z liceum: ” Magda jest w Wietnamie na stypendium…”. Meri do mnie – „Ty, a co ty w tym Wietnamie, komunistów biłaś, czy jak? Do wojska wstąpiłaś, albo co?”

- Tata: Podczas rozmowy na skype  dzwoni mu komórka. Tata mówi mi: poczekaj chwilę, odbiorę bo to kolega z pracy. Odebrawszy komórkę 50dB głośniej  (ale to standard) odzywa się: Eeee, słuchaj, no, bo teraz to moja Magda dzwoni do mnie, wiesz ona jest w Sin-ga-pu-rze i wiesz,noo, zaraz oddzwonię do ciebie

Standardem było ostrzeganie mnie przed psami w ryżyku i zbytnim liberalizmem, bo u tych komunistów, to wiesz. Inna sprawa, że rzadko podawałam lokację, w której będę uczyć się języka chińskiego – więc Chiny nasuwały się łopatologicznie.

- Cezar (alias mój wierny wielbiciel): To cudownie, że odnajdujesz się w tej szkole zakonnej z wykładowym tradycyjnym mandaryńskim! A czy na przerwach ćwiczycie gimnastykę tai-chi? (przysięgam, on pytał poważnie, nie robiąc sobie jaj!)

***

Usłyszawszy, że jednakowoż nie udaję się do Hongkongu i nie ma co liczyć na barwne relacje z pierwszej ręki prosto z mafijnego podwórka, Jaromir nieco posmutniał, bowiem w szerokim wachlarzu jego zainteresowań oprócz wszelakich spisków, dziwactw i afer, poczesne miejsce zajmują dalekowschodnie organizacje przestępcze. Zwłaszcza te owiane nimbem tajemnicy i otoczone mgłą romantycznej egzotyki, doprawione skośnookim dżentelmenem odzianym w dopasowany garnitur i demonstrującym stosowny poziom władczej męskości… Yakuza i triady zyskały niewytłumaczalną popularność i wielką estymę jako te czcigodne i cywilizowane, uprzejme i kulturalne organizacje.

No cóż.

Uprzejme i kulturalne nie mogą być z zasady – Chińczycy są  mało uprzejmi i jeszcze mniej kulturalni, przynajmniej według naszych, zachodnich norm (moim typowym zarzutem jest zadawanie nowo poznanej osobie pytań typu ile zarabiasz i kim jest twoja rodzina, oraz innych równie mało wygodnych, ponadto pchanie się  tudzież żarcie jak prosięta, publiczne bekanie, pierdzenie, charkanie i plucie oraz darcie japy tudzież kilka innych „kfjatków”). I vice versa, wedle ich kryteriów my nie tylko nie grzeszymy kurtuazją, słoma nam z butów wystaje i ogólnie jesteśmy prości jako te dzidy i buraczani dystyngowaną urodą hektarowego pola warzyw pastewnych.

Teoretycznie uprzejmość i wysoką kulturę osobistą może sugerować to, że zamiast swojskich gangów Baraniny, Cielęciny, Klopsów z Marchewkami i innych Korków, Stworków i Potworków, w Azji pojawiają się „grupy pana Wanga, Changa i Huanga”, przynajmniej w teorii. Tak naprawdę to raczej błąd w tłumaczeniu. Bo azjatyckie organizacje przestępcze do szczególnie subtelnych nie należą…  Ani pod względem zakresu działania (czyli standard – lichwa, przemyt ludzi i towarów, haracze, zabójstwa, sutenerstwo, porwania, handel podróbkami i wszelakie fałszerstwa etc) ani metod. Także członkowie nie zaliczają się do szczególnie intelektualnie rozwiniętych (poza ścisłą „górą”, których rodziców ewentualnie stać było na wykształcenie sukcesorów za granicą) i prezentują raczej poziom dresiwa pospolitego, ganiającego z rozmaitą bronią sieczną po ulicach mego pięknego miasta, tą małą różnicą, że zamiast szeleścić ortalionem i łyskać łysym łbem – Azjaci odziani są w krzykliwe łachy (na bogato!) – wbrew stereotypowemu wizerunkowi skośnookich mafiozów odzianych w gustowne garniturki, doskonale dopasowane do wyrafinowanych intelektualnie posunięć strategicznych.

Być może estyma, jaką darzone są triady wywodzi się z zamierzchłej przeszłości – albowiem „bractwa trzech harmonii” ( 三合會, Sānhéhuì) to klasyczny przykład bardzo szlachetnej organizacji patriotyczno- oświatowo-niepodległościowej, która jednakowoż zeszła na psy. Gdy w XVII wieku w Chinach władzę przejęli Mandżurowie (alias dynastia Qing), nie zyskała ona zbyt wielu popleczników. Oficjalnie walczył z nimi między innymi Koxinga – ten sam, który został zesłany na Tajwan (i tam, z braku Qingów gnębił Holendrów), natomiast szybko stało się jasne, że Qingowie nie będą się patyczkować z niechętnymi im chińskimi możnowładcami ( tym, którzy odmówili ścięcia włosów na wzór mandżurski, z wysoko wygolonym czołem i długim warkoczem – po prostu ścięto głowy), zatem ocaleni pseudo-lojaliści mandżurscy (oraz niedobitki mnichów z klasztoru Shaolin) „zeszli do podziemia, tworząc własnie owe „Bractwa Trzech Harmonii”. Początkowo bractwa zajmowały się knuciem planów „jakby tu dokonać przewrotu i przywrócić dynastię Ming”, ale gdzieś około XIX wieku skupiły się na bardziej intratnej działalności – takiej jak przemyt opium oraz organizacja domów publicznych, na dalszy plan spychając działalność niepodległościową

Filmów z serii „yakuza i inne twory yakuzopodobne” jest wiele. Najczęściej są to „superprodukcje” klasy B, C, D …, gdzie trup ściele się gęsto, przemoc ogólna i gwałty walczą o pierwszeństwo z bluzgami, wszystko spięte jest klamrą ledwie trzymającego się kupy scenariusza – i jest towarem dla pasjonatów. Obejrzałam raz takowe dzieło, w wersji „soft”, pod wiele sugerującym tytułem „Naga broń” – o dziewczynkach szkolonych do roli zabójczyń, używających w charakterze narzędzia zbrodni swych ponętnych i wyćwiczonych ciał…  (yyy? brzmi jak fabuła kiepskiego pornola?)… Najmocniejszym punktem były nawet nie dialogi, a komentarze dodane przez fandomowego tłumacza (recenzja – TUTAJ >>KLIK<<). Siłą rzeczy owo „dzieło”, nawet wysoko notowane w rankingach gatunku, nie zachęciło mnie do głębszego zapoznania się z nurem kina skośnooko-mafinjnego. Zresztą wszelkie kino „mafijno- przestepcze”, wliczając w to klasykę gatunku w wykonaniu  Martina Scorsese jakoś niespecjalnie mnie pociągało.

W weekend padało, więc nudziłam się jak mops.  Młodociany przyjeżdżający z lanczykiem zaproponował zatem -oglądanie filmu, bardzo dobrego i interesującego, o mafii w Hongkongu. Od czasu, kiedy „bardzo dobry i interesujący film” pt „Batman- Mroczny Rycerz”, obejrzałam do końcowych napisów, czekając na obiecany moment „zrobi się bardziej interesująco” – i nie zrobiło się, na filmy sugerowane przez Młodocianego mam lekką alergię i rezerwę. Kiedy usłyszałam jeszcze, że to będzie film po chińsku, zrealizowany w Hongkongu – uzbroiłam się w cierpliwość i zapowiedziałam, że przy pierwszej scenie z fruwaniem przeciwników wyłączam komputer  i wychodzę…

Nie tylko nie wyszłam, ale obejrzałam wszystkie trzy części „Infernal Affairs”. Nie było latających kaskaderów, niekończących się magazynków, bluzgów, ani tępych policjantów, ani moralizatorskich akcentów. Było inteligentne kino psychologiczne o policyjnym wywiadowcy w szeregach najsilniejszej w Hongkongu grupy Sama (subtelnego niczym warchlak) i wtyczce Sama w policyjnej strukturze, o problemach z tożsamością wynikających z bycia „odwróconym”, o trudnym zadaniu stania na straży prawa i porządku, a wszystko podlane buddyjską filozofią. I o dziwo – pomimo, że jest to tryptyk, udało się uniknąć „klątwy sequela”.

Trailer cz1

Trailer cz2

Trailer cz3

„Interal Affairs”posłużyło jako inspiracja dla nagrodzonej OSkarem „infiltracji” Martina Scorsese. Na forach można spotkać diametralnie różne opinie – która wersja jest lepsza. Wiadomo, że wiele zależny od tego, w jakiej kolejności obejrzy się obydwa filmy. Generalnie – uważam wersję HKG za ciekawszą, subtelniejszą (mniej rzucania mięsem i fackami w rozmaitej konfiguracji) i bardziej pomysłową (np zastosowanie alfabetu Morse w komunikacji Scorsese zastąpił łopatologicznym  użyciem komórki). Co do aktorów – osobiście nie mam problemów z odróżnianiem jednego Chińczyka od drugiego (ale z Chinkami jest już gorzej), a pojedynek Nicholsona, DiCaprio i Damona o każda minutę obecności na ekranie średnio mi się podobał. O ile Infernal Affairs obejrzałam od A do Z, to po 40 minutach mordowania się z „Infiltracją” po prostu poszłam spać, bo nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Żadna z postaci nie wzbudziła choćby cienia sympatii (drętwy Damon przegrywał z Andym Lau, a rola Leosia niestety rozpisana była w sposób wybitnie antypatyczny).  Dodać należy do tego jeszcze tło epatujące przemocą, mordobicia i strzelaniny (których nie lubię), wszechobecne „facki” w rozmaitych konfiguracjach, w zagęszczeniu zdecydowanie zbyt wielkim i ogólne zblazowanie z tumiwisizmem stróży prawa… Niestety, Scorsese zabił głębszą wymowę filmu – pozbywając się azjatyckiej, buddyjskiej otoczki nie dał niczego w zamian, przez co amerykańska wersja jest po prostu… amerykańską wersją, dla stereotypowego Amerykanina, co myśleć nie lubi.

W każdym razie – na deszczowy weekend polecam Infernal Affairs.

Nauczanie języka polskiego jako obcego

Kiedyś dawno chciałam być „panią od polskiego” – nie taką, która wbija „rozbiór logiczny i gramatyczny zdania”, tudzież „uje się nie kreskuje” i inne mądrości w rodzaju – Mickiewicz wielkim poetą był. Chciałam wprowadzać obcokrajowców na zawiłe ścieżki polszczyzny, jako że milsze i ciekawsze to, niż użeranie się z gimnazjalistami w okresie buntu i naporu, którzy w dodatku rodzonym językiem posługują się niechętnie i niechlujnie.

Niestety – Ministerstwo Edukacji zablokowało moje plany, wprowadzając obowiązek certyfikacji nauczycieli za pomocą ukończenia sowicie płatnych studiów podyplomowych lub uzupełniających  (wcześniej wystarczył 180 godzinny kurs psychologii, pedagogiki i metodyki). Czytaj dalej