Tajfun stulecia – supertajfun Usagi i moja utrata dziewictwa na niwie huraganów

W czwartek wypadło wolne z okazji Święta Środka Jesieni, które zgodnie z planem spędziłam na wodospadzie w miejscowości Majia. Nieco dreszczyku emocji dodawał fakt, że nadciąga tajfun i w każdej chwili może lunąć tudzież zadąć – a ewakuacja z położonego na stromym i słabo oporęczowanym stoku do odległego o godzinę jazdy Kaohsiung mogłaby być „z dreszczykiem” oraz „z deszczykiem”. Jednakowoż deszczyki i dreszczyki ominęły mnie szerokim łukiem – zabawa w wodospadzie była przednia, woda rześka, powietrze ciepłe, a tajwańskie dzieciaki i dorośli nad wyraz przyjazne i radosne.

Następnego dnia wraz Irkiem i jego znajomymi z Polski zjawiliśmy się na Secret Beach koło Uni. Czytaj dalej

Królik w tajfunie, królik z księżyca – Festiwal Środka Jesieni po raz drugi

15 dnia 8 miesiąca księżycowego wypada w chińskim kalendarzu 中秋 – czyli Festiwal Środka Jesieni. W Chinach z tej okazji przydzielono i tydzień wolnego, na Tajwanie – tylko ten dzień, aczkolwiek Wendzarnia swoim studentom podarowała dłuższy weekend, odrabiając uprzednio piątkowe zajęcia.

Ogólnie cały Tajwan będzie zapchany ludnością przemieszczającą się wte i wewte, albowiem Święto Środka Jesieni spędza się tradycyjnie w rodzinnym gronie, grillując i wpatrując się w księżyc. Czytaj dalej

Bo kaczuszka żółta ta… – Yellow Duck w Kaohsiung

Przed wakacjami ze smutkiem przyjęłam do wiadomości, że niszczejąca powłoka doczesna restauracji „Nadmorski Pałac” zostanie usunięta z doku obok Pier 2, aby zrobić miejsce holenderskiej Żółtej Kaczce Zwiedzającej Świat (przypominajka – >>KLIK<<)

Dobiwszy po europejskich wakacjach do Kaohsiung o obłąkańczej 8 rano zauważyłam drobne jeszcze ślady manipulacji medialnym i towarowym szumem – czyli pojawiły się pierwsze żółciutkie gadżety z pomarańczowym dzióbkiem i zadartym ogonkiem. A potem zaczęło się ich robić coraz więcej… I więcej… I więcej… I więcej… I jeszcze trochę więcej… Czytaj dalej

Włoska załamka

Mój japoński kolega Keisuke lubi swoją kuchnię narodową. Wcina suszi oraz lepko- śmierdliwe natto ze sfermentowanej soi zanurzonej w glutowatym sosie własnym, kitkaty o smaku zielonej herbaty i inne wynalazki z Kraju Kwitnącej Wiśni. No dobra, kitkaów nie wcina – bo stara się żywić zdrowo i odpowiedzialnie. Więc zamiast czipsów o smaku pepsi i innego fastfooda przeżuwa natto.

Natomiast gdy raz na czas nachodzi go ochota na coś egzotycznego i niezwykłego, czego nigdy by nie zjadł u siebie w Tokio – korzystając z rozlicznych delegacji rzucających go po całym świecie nieskolonizowanym dotąd przez osadników z Imperium Wschodzącego Słońca – udaję się do japońskiej restauracji w takiej na przykład Moskwie. Czytaj dalej

W tajwańskim markecie II – szybkim krokiem przez stoisko kosmetyczne

Obok mej nowej hacjendy zwanej wigwamem (z tarasem!) rozlokowały się sklepiki „wszystkomające” z gatunku „śledź, mydło, powidło, czernidło i ser” (bo jest to wersja poszerzona o takie rzeczy, których w życiu bym nie szukała w „Samie”) w liczbie trzech. Plus księgarnia, elektryczno-elektroniczny, sieciowa drogeria Watsons i inne azjatyckie wynalazki typu „prywatna biblioteka z wypożyczalnia komiksów”, gdzie tajwańskie czytelniczki spragnione komiksowej strawy lub urozmaicające sobie nudny wykład  w Wendzarni za pomocą lektury – mogą znaleźć na przykład hitową serię „50 shades of Grey” Czytaj dalej

Miss i mix – o sukcesie pewnej polskiej nastolatki

Kiedyś dawno temu wspominałam, iż Tajwanki bardzo chętnie przytulają się do romantycznych obcokrajowców o białej/w miarę jasnej skórze, a i tajwańscy mężczyźni tęsknymi oczętami wodzą za egzotycznymi kobietami rasy kaukaskiej (jakby to obrzydliwie nie brzmiało, jest formalnym określeniem „białasa”). Właściwie coraz więcej pojawia się takich mieszanych par. W przewadze są te, gdzie to pan domu pochodzi z Zachodu, ale ponieważ rośnie odsetek śmiałych (no dobra, ciut śmielszych) Azjatów oraz samotnych kobiet podróżujących na krańce Azji – to i konfiguracja odwrotna się przytrafia ze wzrastającą częstotliwością. Czytaj dalej

Lody w stylu Yabba-dabba-doo!

Tajwan powitał mnie wczesnojesiennym ochłodzeniem – czyli polskim lipcowym skwarem, który nie sprzyjał czemukolwiek. Nawet spać się nie dało, nie mówiąc o jedzeniu.

Do upału dołączyło przestawienie czasu – na +6 godzin, czyli o śniadaniowej 8 rano dla mego żołądka był wciąż środek nocy, o obiadowej 14 – właśnie nabierałam ochoty na jakiegoś tościka, za to około północy fanaberie soków trawiennych niemal wysłały mnie na poszukiwanie czegoś z ziemniaczkami i koperkiem…

Jedyną rzeczą, którą łasuch Majia może pochłaniać w ilościach gargantuicznych o każdej upiornie parno-gorącej porze dnia, nocy, poranka i wieczoru – są lody. Tajwańskie lody (definicja już kiedyś tu była >>KLIK<<) – to coś bardziej w kierunku sorbetu niż klasycznych włoskich/gałkowych/kręconych/na patyku, z dodatkami dziwnymi bardzo lub nieco mniej. Znając moje upodobanie, Młodociany wyciągnął mnie do portu, na „lody muszlowe” – seashell shaved ice.

Czytaj dalej