O trzęsieniu ziemi – po raz kolejny

Miało być o dniu dziecka, ale tu nie robią aż takiej szopki z kupowaniem miliona HotWheelsów i Barbie… Tajwańczycy kupują zabawki albo- żeby się pokazać, że ich rodzinę stać na top-trendy, albo z okazji dobrych wyników w nauce, albo bez okazji, bo im wolno.

W Chinach – jak w całym bloku komunistycznym, 1 czerwca jest wolne od szkoły, poświęcone na idyllę Międzynarodowego Dnia Dziecka. O tym, jak to wygląda - raportuje Adam Machaj

W Singapurze Dzień Dziecka wypada w październiku (aczkolwiek nie mam pewności, czy jest to data stała, czy ruchoma, bo oparta o kalendarz księżycowy) – i o tym Kura. W Japonii zaś obchodzi się to święto dwa razy, osobno dziewczynki, osobno chłopcy. Chłopcom w marcu wiesza się balono-latawce w kształcie karpi, aby powiewały na zdrowie i szczęście, dziewczynkom zaś wystawia się w październiku na oknach lalki cesarza, cesarzowej, ministrów, dam dworu itp.  A na Tajwanie… Zgadnijcie… No jasne – je się :D I tyle w kwestii Dnia Dziecka.

Za to dziś… Dziś miałam w zamiarze szczytnym pójść na plażę w szerszym gronie. Plażę mam taką fajną, jedną z kamieniami, drugą z piaseczkiem, odludne, spokojne, z ciepłą wodą i falami w sam raz do podskakiwania na nich, a zasolenie wody powoduje, że nie trzeba nawet ruszać małym paluszkiem u stopy aby się unosić swobodnie i relaksowo. Na plaży nr 1 -dokąd dotarłam po zmasowanym ataku komarów w tempie ekspresowym, niestety, kolega Irek nie gustuje w plaży typu chorwackiego, czyli z kamyczkami – więc aby mógł zakosztować kąpieli orzeźwiającej, popędziliśmy kurcgalopkiem na plażę nr dwa, tą od syrenki, gdzie na dnie leży czarny piaseczek. Po drodze zaliczyłam zdziwko, albowiem droga na przełaj brzegiem i kamieniami zupełnie nie przypominała analogicznej trasy, jaką pokonałam niecały miesiąc wcześniej. Nie sądziłam, że linia brzegowa może zmienić się tak szybko!

Po dotarciu do celu zaliczyłam jeszcze większe zdziwko. Na plaży -zawsze pustej, nawiedzanej przez nieliczne grupki studentów Sun Yat Sena – trwał bowiem pieprzony Armageddon. Były i namioty chroniące plażowiczów przed słońcem, i psy z gatunku pudli torebkowym, i dzieci, i babcie w kominiarkach (tak, kiedyś sądziłam, że zdjęcia zamaskowanych Chinek opatulonych od stóp do głów w jakieś ciuchy ochronne przed słońcem to gruba przesada – ale dziś takich pań spotkałam z 5…), i mamusie, i tatusiowie, i biali, i żółci… Uomatkobosko. Najsympatyczniejsi byli gimnazjaliści, co drugi z tatuażem na całe plecki/nogę/brzuch/chuderlawą klatę (nie ma tu bariery 18 lat, jeżeli chcesz mieć tatuaż, to go po prostu masz, jak wyjaśnił mi Młodociany i jego mocno upstrzony takimi malunkami kolega Jason) i petem w dziobie, nota bene- nie zaciągali się, aż miałam ochotę im pokazać jak się powinno palić…. Najmniej sympatyczne były mamuśki z pociechami pętającymi się koło nóg.  Jedna przegięła – myła dzieciakowi ufajdany zadek w zbiorniku, do którego ścieka czysta, słodka woda. Do płukania się, mycia a nawet picia… Generalnie, jak to w dużej zbiorowości Azjatów, było- tłoczno, głośno, brudno i raczej niefajnie.Nawet woda była jakaś taka… lepka i mocno zanieczyszczona/urozmaicona śmieciowymi akcentami Szybko się ewakuowaliśmy , a ja przysięgłam sobie nie przychodzić tam w dni wolne, chyba że zaopatrzona w złego psa i granatnik, który szybko przywróci komfortową ilość Chińczyków na metr kwadratowy.

Irek zaprosił mnie do siebie w okolicę Jeziora Krystalicznej Czystości, żebym się popluskała w basenie – tak, jego mieszkanie w wieżowcu wyposażone jest bowiem w ogólnodostępną siłownię dla mieszkańców, salę konferencyjną na ostatnim pietrze, oraz rzecz jasna basen, nic specjalnego, ale popływać można i dzieci oddzielone są od reszty zbiornika – kratą. A wszystko to za 7000 NTD miesięcznie – plus opłaty za prąd i internet, Dla porównania, ja płacę 5500 plus prąd, mieszkanie mam dwa razy mniejsze, bez kuchni i balkonu. Zamiast ciecia na parterze mam właściciela i jego żonę, symulujących pracę w warsztacie klucznika i pięczęciarza za pomocą gry w Candy Crush, League of Legends,World of Warcraft i Counter Strike, no i roletę z łomotem na pół Ding-dong Lu. Innymi słowy – Irek mieszka jak człowiek, a ja jak student:D

Poszłam sobie do pobliskiej knajpki, podreperować siły przed pławieniem i pluskaniem, Irek poprosił o godzinę dla siebie na chiński, spozyłam zatem tofu i warzywka, gdy nagle poderwał mnie telefon.

-Wei?- odebrałam

-Nic ci nie jest? -pytał Irek, mocno przejęty.

-Nic, a co?

- A bo się przecież trzęsło! I to jak, mi kolumny wywróciło, woda z basenu się wychlupała na trawnik, tak konkretnie!

-Eee, jaja se robisz… Litości nie masz?

-Ty serio nie poczułaś?

-Nie… – no dobra, kątem oka zarejestrowałam, że telewizorem na ścianie z lekka załomotało. I że z budynku obok wyszli ludzie. Ale kto by się takimi detalami przejmował, Tajwańczyków jest jak mrówek i wiecznie gdzieś włażą/wyłażą skądś, spiesząc się niezmiernie. I tak oto przegapiłam kolejne trzęsienie ziemi, ponoć całkiem konkretne.

Ponieważ pojawiły się informacje w polskich mediach (sezon ogórkowy się zaczyna, czas na hot stories z dziwnych zakątków świata…), pędzę sprostować – żyjemy! Ja i 28 milionów Tajwańczyków. Ale napisała już w Al-Jazzeera, i jakaś australijska gazeta, i i TVN Pogoda (na główną stronę jeszcze nie zasłużyło się Formozie), i WP (odzew większy niż kiedy się Tajwan z Filipinami kłócili na sankcje gospodarcze) to przytoczę podsumowanie paniki medialnej związanej z trzęsieniem ziemi półtora miesiąca temu. Podsumowania dokonała po polsku w wersji blogowej i vlogowej  (na wideo chwilę mówi po angielsku, potem już naprawdę dobrą polszczyzną, lepszą niż używana przez spory odsetek Polaków z Polski,  co biorąc pod uwagę, że w Polsce dziewczyna jest gościem, i to rzadkim- jest nie lada osiągnięciem) piętnastoletnia Zofia, mieszkanka Tajpej, w którym trzęsie się znacznie bardziej niż u mnie, w zacisznym Kao.

Generalne przesłanie jest takie – nawet, jeżeli w wiadomościach trąbią o klęskach żywiołowych na Tajwanie – olejcie to. Prawdopodobnie nic wielkiego się nie stało…

 

Zdjęcia z plaży dołączę później…

 

 

2 myśli nt. „O trzęsieniu ziemi – po raz kolejny

  1. Zależy od miejsca. Moje Kao jest raczej spokojne i stabilne, epicentra wypadają raczej w Nantou – środek Tajwanu, Hualien -wschodnie wybrzeże, gdzie trzęsie się właściwie cały czas i na morzu pomiędzy Japonią a Tajwanem.

    Właściwie to – ja trzęsienia ziemi zauważam z dosyć sporym opóźnieniem, bo dla mnie – po mieszkaniu w mieście, w okolicy torów tramwajowych, drgające od czasu do czasu szklanki, telepiące się okna i lekkie podskakiwanie terenu absolutnie nie kojarzy się z katastrofą naturalną, a z przejazdem „16″ czy „10″.

    W każdym razie, większość trzęsień przeszła mi niezauważona, dowiadywałam się o nich z telewizji lub FB. Tajwańczycy są z kolei przeczuleni na tym punkcie i strasznie (w moim, mało doświadczonym odczuciu) panikują. Ale to na Tajwanie, nie w Polsce im w ciągu kilku minut zmiotło pół miasta z powierzchni ziemi… Natomiast gdy mnie pewnego razu zaskoczyła przesuwająca się po stole miska – i pierwsze podejrzenie padło na głupie żarciki koleżanki, potem na poltergeista/nawiedzenie przez inne złe duchy, a dopiero potem na oczywistość drobnych ruchów tektonicznych… Ot, taki luksus życia na spokojnej polskiej ziemi…

    Zresztą – większość Polaków na Tajwanie początkowo przesypia albo nie zauważa trzęsień ziemi, poza tymi akurat pracującymi w biurach na wysokich piętrach wieżowców.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>