Jak to ścigałam się z klimatem tropikalnym…

tu był szczegółowy opis mych dolegliwości, ale doszłam do wniosku, że wam odpuszczę. Jak będę na emeryturze, wtedy będę wszystkim wciskać takie historie, gdzie mi strzykało i tak dalej.

Pokrótce o przyczynach – nie jest mądrym siadanie w polu rażenia klimatyzatora, jeżeli jesteś normalnym Europejczykiem, pocącym się w upale. Za to niezwykle sprytnym przedsięwzięciem jest wzięcie przykładu z braci Azjatów, od dziecka hartowanych luksusami klimy i noszenie cienkiej koszuli z długim rękawem i kapturem, która zasłoni – głowę ( klima to pikuś, gorzej z tymi trzema wiatrakami, które roznoszą ożywczo lodowate powietrze po wszystkich zakamarkach sali).

Nie jest mądrzejszym – decyzja o szybkim powrocie znad morza, gdy włosy jeszcze nie doschły. Kask to nie czapka, i pod kaskiem wicher hula…

Ponadto do listy złych wynalazków przyczyniających się do upadku ludzkości oprócz klimatyzatora, trzeba dodać wiatraki pokojowe oraz lody w miskach wielkości wazy na zupę. Aczkolwiek nad tymi ostatnimi się zastanawiam, widzę możliwość resocjalizacji.

Efekt?

Tydzień zajebistych upałów spędziłam romantycznie – pod kołdrą, opatulona w bluzę z kapturem, nie ruszając się (zatoki przy najmniejszej myśli o zmianie pozycji zaczynały boleć jeszcze bardziej) śpiąc i pocąc się jak mysz. Odwiedziłam panią doktor, która wrzepiła mi anybiotyk (na oko, pytając tylko, czy nie jestem uczulona na penicylinę – bo Azjaci są, i czy nie mam mutacji genu jakiegoś-tam, pierwsze słyszę) oraz syropek, na którym ze zdumieniem przeczytałam – Tinctura Opii, znaczy się roztwór morfinki.

Nie wiem czy to leki( z których szybko odstawiłam 2/3 – taki dawały efekt helikoptera, że podłoga, początkowo tylko z galarety zmieniła się w karuzelę 360)’, czy moje niestandardowe kuracje (płukanie gardła jodyną i nosa wodą z solą), w każdym razie – po tygodniu byłam zdrowiutka. Po dwóch dniach kuracji pisałam egzamin, poszedł mi nieźle ponoć – ale chyba częściowo dlatego, że wyłączyłam myślenie… Zmęczona lub zaspana mówię po chińsku znacznie lepiej niż w pełni świadoma…

Dziś zatem kąpałam się w basenie :D

Kilka uwag o leczeniu w tajwańskiej służbie zdrowia:

- jest taniej niż u nas,

- lekarka bardziej się przyłożyła – zaglądała i w gardło, i w uszy, i w nos, i osłuchała, i temperaturę zmierzyła (38.5… Popatrzyła na mnie i zapytała, czy ja aby nie chcę do szpitala, nie chciałam. Nie wierzyła, że doszłam do przychodni). Wizyta trwała jakieś 20 minut

- leki na trzy dni miałam w gratisie, w torebeczkach na rano, południe i wieczór. Niestety, z tego co widziałam, to taki sam zestaw jest dla każdego, – jedna żółta, jedna różowa i jedna biała piguła.

A z minusów – nie poinformowano mnie o przysługujących mi prawach i nie zawiadomiono adwokata. A poza tym odmówiono złożenia szerszych zeznań i wyjaśnień w kwestii – co to było. Jednakowoż, mając do wyboru – chorować w Polsce i na Tajwanie – wybieram Tajwan.

Na koniec, tak mi się przypomniała reklama z Turbodymomanem… Parafrazując – Klimat chciał się pokazać i rozgrzał termometr do 38C. Majia zawstydziła klimat i zmusiła termometr do pokazania 38.5 (bez zamaczania w gorącej herbacie :))

W Starym Kinie

Młodociany jest filmoholikiem. W małym paluszku lewej stopy ma zestawienia premier i oceny krytyków, w małym paluszku stopy prawej zaś – detale dotyczące obsady, fabuły, reżysera, nagród i o co by jeszcze się nie chciało zapytać. Szczególną atencją obdarza filmy amerykańskie, zwłaszcza z nurtu „Superbohaterowie” oraz „Widowiskowe łubudu, nie próbujcie tego powtarzać w domu, drogie dzieci”. W tajemnicy dodam, że smarka na co bardziej wzruszających scenach, oglądając ze mną na przykład – „Jak wytresować smoka”. Ale… oglądanie filmów z laptopa, z cichym dźwiękiem – to nie to. Yutube i „odcinki po 10 minut – też nie. DVD za drogie… To jak w takim razie obejrzeć star(szy)y film i  w pełni sycić zmysły kolorem, dźwiękiem, akcją, wszystko na dużym ekranie i z dolby surround głośnikami, komfortowo rozwalając się wygodnie kołami do góry na kanapie , z podusią pod tyłkiem, popcornem pod ręką, lepiej jak w kinie bo bez tych wpijających się w 4 litery foteliczków?

- MTV! powiedział Młodociany.

-???- zdziwiłam się dosyć wyraźnie.- KTV znam – to klub karaoke, ale MTV? Znaczy ta stacja telewizyjna z Ameryki? Co ma do rzeczy kanał z muzyką w pomniejszych ilościach przetykaną Kardashianami, Rodziną Hulka i Króliczkami Playboya oraz masą reklam? (tak, zdarzyło mi się kiedyś oglądać Zło Świata Tego w czystej postaci, gdy zaległam z nogą ubitą widowiskowo i przez tydzień mieszkała u mnie koleżanka z siostrą na me posługi, jako kaleki. Dziewczyny oglądały namiętnie MTV jak leci, a i ja z dziwną fascynacją pomieszaną z niedowierzaniem śledziłam takie „SuperSłodkie Urodziny/SweetSixteen” na przykład – więc owszem, wiem o czym rozmawiam. Ale dłużej niż tydzień z tubą współczesnej kultury masowej- chyba bym oci*iała…)

- To wy w Polsce nie macie MTV? – tym razem Młodociany nie wierzył w to co usłyszał o Zielonej Wyspie i Krainie Szczęścia Nadwiślańskiego. - Ooo, to cię muszę zabrać, żebyś mogła potem opisać wszystko na blogu!

Okazja nadarzyła się niebawem, podczas spaceru w porcie, zobaczyłam COŚ, a po cosiu inne coś, w kolorach biało-czarnych. Była konstrukcja, szaro-betonowa na tle siwych chmur, wyposażona w monochromatyczne detale: czarno-białe strzałki z chińskimi napisami i schody udekorowane żwirkiem w dwóch kolorach, po prawicy białym, po lewicy czarnym, i wielkie fotosy, które natychmiast przypomniały mi, że rok temu w Kaohsiungu nakręcono jakiś film o policjantach, na którego premierę o mało się nie załapałyśmy z Kasiorkiem… Oko mi zabłysło i zapytałam Młodocianego, czy to właśnie to. Azaliż, byłże to właśnie ten hit tajwańskich wszechczasów z ostatniego roku. A ja trafiłam dokładnie do nieczynnego już Muzeum Filmu Black&White, będącego także filmowym komisariatem oraz scenerią dla wielu innych serialowych i filmowych epizodów… Zatem naturalną konsekwencją stał się wypad do wspomnianego MTVw celu uzupełnienia braków w mej wiedzy kulturalnej.

 

MTV jest podobne do KTV, tylko w KTV się śpiewa a w MTV ogląda. Też są pokoiczki z wygodnymi kanapami, lista odtwarzania, miękko wytłumione światło, atmosfera relaksu. Seansik w cenie małego bileciku studenckiego do kina niższej klasy, około 150 NT (100 w tygodniu, z kartą zniżkową). W pokoiku jest kanapa z miękkim materacem z dermy (taki, jak z sali gimnastycznej w podstawówce), równie miękkie materaco-poduchy znajdują się na ścianie z tyłu, są poduszki mniejszego kalibru w poszewkach z poliestru, są i kocyki do przykrycia się i polegiwania w komforcie  cieplnym z uwagi na hulający klimatyzator. Prawie się skusiłam na kocyk, tylko Młodociany trzepnął mnie po łapach i szeptem zagroził – Ani mi się waż. Czemu? Ano, podobnie jak na seansach porannych w dużych europejskich multipleksach – bardzo często widzowie, zwłaszcza w konstelacjach parzystych, korzystają z przytulnej anonimowej ciemności pokoików w MTV i – zamiast śledzić fabułę i doceniać walory gry aktorskiej tudzież efektów specjalnych – oddają się uciechom mniej lub bardziej wieńczonym małymi azjatyckimi plemnikami wsiąkającymi w kocyk. Ewentualnie zamiast plemników są inne zjadliwe mikroby, w każdym razie – kocyk n=bierze się tylko w wypadku wyższej konieczności, albo taki z metką z pralni.

Teraz kilka słów o filmie – angielski tytuł „Black and White. Episode 1 The Dawno Of Assault”, chiński:  痞子英雄. Na początku, na fali popularności CSI, Dowodów zbrodni, Nowojorkich Gliniarzy,itp itd, wszelkich seriali policyjnych w wielkim świecie (czytaj – Ameryka) w niewielkim studiu Prajna z niewielkiego miasteczka w Kaohsiung padł pomysł stworzenia czegoś podobnego, ale z lokalnym kolorytem, do czego nie trzeba będzie tworzyć dubbingu i napisów. I tak w Kaohsiung rozpoczeły się zdjęcia do „Black and White”, serialu, który rozreklamował portowe miasto na południu oraz spowodował natychmiastowy skok ilości kandydatów na policjanta, zaś odtwórcom głównych ról zagwarantował status supergwiazd.

 

To nic, że całość jakością nagrania oraz skomplikowaniem scenariusza przypomina raczej W11 niż CSI.  W końcu – lubię oglądać W11 :D Nie dla komisarzy czy megaskoplikowanych spraw jakie zawsze skutecznie rozwiązują – ale dlatego, że akcja toczy się w moim mieście i co rusz jak nie znajomy zaułas, to znajoma twarz się objawi… Raz była to moja koleżanka ze studiów w roli lesbijki- więźniarki, raz sąsiad jako gangster niższych lotów (po tym występie, a były to początkowe odcinki serialu, gdy jeszcze nie wszystkie osiedlowe emerytki przyswoiły sobie, że to fikcja –  starsze sąsiadki ignorowały jego „dzień dobry” wzdychając – Taki był z Mareczka dobry chłopak, a tu proszę, w telewizji pokazywali że to bandzior zły, kto by pomyślał), a to kolega z klubu nurkowego w roli elementu dresiawo-plugawego, a to koleżanka – przedszkolanka w roli życia, jako wijąca się na rurze tancerka z nightclubu (film nagrała przed wakacjami, a po wakacjach zaczęła pracę, i akurat nastąpiła emisja odcinka… Niektórzy rodzice się jej przypatrywali bacznie, oj wyjątkowo bacznie). Parę razy pojawiły się znajome wnętrza (domy i mieszkania znajomych) oraz zewnętrza i tła ze sceneriami, tylko ulice nie wiedzieć czemu nagle nazywały się zupełnie inaczej…

Na pomysł filmu o krakowskich komisarzach jeszcze nikt nie wpadł, ale na fali popularności serialu o Czarnym i Białym (czyli dwóch dość różnych od siebie gliniarzach, z których jeden jest spokojny i bogaty a drugi biedny i zły) Prajna Studio postanowiło szarpnąć się na film.  I to nie byle jaki – bo z budżetem wynoszącym 12 ooo ooo dolców. Nie podali tylko, których dolców – czy amerykańskich czy tajwańskich, a to robi niejaką różnice ( 1 USD= ok 30 TWD)… Aby nie komplikować odbioru tym, którzy serialu nie widzieli na oczy i nie wiedzą kto jest kim – postawiono na prequel, czyli co było zanim Biały poznał Czarnego(panowie poznają się w pierwszym odcinku serialu i od początku pałają do siebie zdecydowaną antypatią, co dalej będzie – nie wiem, bo jestem w połowie odcinka pilotażowego).

Filmu o „Świcie wojny” streszczać nie ma sensu, bo fabuła trzyma się kupy głównie dzięki grawitacji i efektowi Coriolisa. W każdym razie przez dwie i pół godziny przystojny Mark Chao (policjant w białej koszulce) wraz mniej przystojnym Bo Huangiem (cwaniakujące gangsterskie popychadło niższego szczebla) – gonią się, uciekają przed mniej lub bardziej przystojnymi Azjatami z Mafii i Azjatyckimi Siłami Specjalnymi, a ponadto ratują świat przed spiskiem mającym na celu wywołanie globalnej wojny.No! Brzmi jasno, spójnie i logicznie? W tym celu(ratowanie świata, rzecz jasna) na przykład Mark Chao alias Wu Bohater chyżo niczym ta gazela skakał po goleni podwozia lądującego samolotu, w celu naprawienia tegoż właśnie podwozia, po to aby samolot z bombą z antymaterii mógł miękko wylądować bez posłania w powietrze sporego miasta… Jeszcze jakieś pytania? No to trailer :D

Nota bene, Chińczycy nie umieją robić- trailerów, slajdów do PPT oraz konstruktywnych streszczeń. Jak zresztą widać po tym trailerze, który tak właściwie jest spoilerem… Aha, efekty specjalne, poza tymi od mordobicia, też im wychodzą słabo. Wam oszczędzono, ja zaś widziałam ów samolot z 1:23 trailera,lecący w okna Kaohsiung85, skręcający w ostatniej chwili, i lecący wzdłuż okien, a animowany tak paskudnie, że przebił chyba nawet skopane efekty specjalne z polskiej produkcji „Wiedźmin”, czyli bajki o gumowym smoku… Taaak, a oprócz tego, że widziałam owego chamsko naniesionego, rozpikselizowanego wręcz prostacko Boeinga 747 (panowie z Prajny zażyczyli sobie go sprowadzić chyba z Hongkongu, głównie dlatego, że z uwagi na lokację nie w Kaohsiung, Tajwan a w Harbor City, gdzieś w Azji Przyszłości nie można było wykorzystać regularnych tajwańskich linii lotniczych i ich samolotów) przelatującego tuż za szybami, to słyszałam też szefa policji patrzącego w niebo i ze zdumieniem przecierającego oczy – czy tam, na tym kole to nie wisiał własnie nasz kolega Wu Bohater?….

Jak mi się film podobał? Bardzo :D Bo nie o fabułę chodziło przecież, a o to, kto pierwszy rozpozna pokazane na ekranie adresy i miejsca :D Dokładnie o to samo, co w W-11 :D A jeżeli ktoś ma ochotę na nieco lepszych lotów film akcji, to polecam przygody marzącej o podrózach pracownicy infolinii amerykańskiego ZUSu, której pogaduchy (w ramach obsługi systemu emerytalnego) z Brucem Willisem zmienia się w film akcji u boku najlepszych tajnych agentów na emeryturze – czyli RED.

 W ramach ostatniej ciekawostki – to białe autko, którym rozbija się Wu Bohater – to tajwański autochtoniczny samochód marki Luxgen. Z innych typowo tajwańskich produktów wykorzystanych w produkcji – firma taty i kuzyna oraz mojego zeszłorocznego kolegi i zbawiciela KungFu Pandy dostarczała elementy rurzane. Znaczy jakieś tam blachy, rury i inne, raczej słabo lokowane w mediach elementy.

W większości miejsc pokazywanych w filmie byłam, poza Kaohsiung85, bo każą płacić 30 zł za wstęp na pseudotaras widokowy…

Kadr z filmu z zaznaczonymi miejscówkami, które już znacie z moich opisów. A jak ma się to do filmu?

-W Pier22, tam gdzie my kupujemy szarlotki od Grażyny, wybuchała cysterna,i film kończy się właśnie w tym miejscu, gdy Wu Hero przyjmuje zgłoszenie i rusza z piskiem opon po nową przygodę…

- W Love Pier zlokalizowano komisariat, oraz takie drewniane deptaki, po których Wu Bohater lansował się z możliwościami Luxgena

- Między Love Pier a Pier2 odbyło się większość pościgów.

- Na tyłach Pier2, w pewnej odległości od Ludków z Zadami zlokalizowano hotel oraz bar, w którym Xu Dafu planował swój interes z brylantami

-Reszta miejscówek to – słynna szklana kopuła na stacji metra na Formosa Boulevard, dwa wielkie malle – Dream Mall i EDA oraz znajdująca się w pobliżu mojego domu Kaohsiung Arena. Plus ulice i kamienice reszty Kao, robiące za klimat nowoczesno- industrialny

Magia cyferek – czyli romantyzm po chińsku

O tym, że Azjaci zbyt wylewni nie są – wspominałam. O tym, że nie będą sypać wyznaniami o stanie uczuć – też pisałam, podobnie jak o oświadczynach, chodzeniu za rączkę itepe. W każdym razie czytelnik powinien pamiętać – Chińczyk/ Tajwańczyk/ Wietnamczyk/ Japończyk/ inny Azjata nie będzie powtarzał „kocham cię”, a gdy usłyszy taką deklarację to zwieje na drzewo albo wyśle interlokutora do psychiatry.

No to jak deklarują sobie uczucia? Hmm.. Nie słowa, a czyny? Prezenty  Noszenie torebek? Karteczki kolorowe? Nalepki na Line (nie wiem czyt w Polsce to jest, ale to taki komunikator smartfonowy, darmowy, więc jest tu bardzo popularny  I tak dalej, domysłów sporo…

Dziś Tajwańczycy i kultura tajwańska-chińska uosabiana przez nauczycielkę Zheng dała radę zaskoczyć mnie po raz kolejny :D Zaczęło się prozaicznie, od testu, który - o dziwo! wysłała nam na maila, kazała rozwiązać w domu i zapowiedziała, że potraktuje go jak normalny sprawdzian. Od zawiłości gramatyki szybko zdryfowaliśmy w kierunku ustalenia terminu wspólnego obiadu w domu Nauczycielki Zheng, na który to obiad wszyscy bez wyjątku mamy sporządzić jakieś danie kuchni narodowej. Nauczycielka Zheng podrapała się mazakiem po nosie, popatrzyła w kalendarzyk, oko jej błysnęło i zadała cięzkie pytanie:
- Jaki był wczoraj dzień?
- Dziękuję, dobry… Deszczowy.. Pogodny… Gorący… Poniedziałek… – padały ze wszystkich stron klasy odpowiedzi, nieodmiennie kwitowane: Mmm, oznaczającym – „Dobrze, ale nie to autor miał na myśli!”
W Końcu nauczycielka Zheng popatrzyła na nas jak na nierozgarniętych i niegramotnych, po czym na tablicy nakreśliła: 2013 520. Nic mi to nie rozjaśniło, zresztą – nie tylko mi, więc wpatrywaliśmy się spojrzeniem tepo-krowio-przeżuwającym. Osobiście czułam koniczynę, malowniczo łaskoczącą mnie w kąciku ust, a nawet mleko łaciate spływające mi do kartonika umocowanego gdzieś za planszą reklamowego tła z łąką. LeiWen(Szok Kulturowy made in Guyana Fhancuska) po mojej prawicy wyglądał równie inteligentnie i w pełni sił umysłowych, niczym ofiara plemienia dla amazońskiego krokodyla. Podobnie reszta klasy.
- Masz chłopaka? -zapytała znienacka Nauczycielka Zheng najbystrzejszą wśród nas Japonkę Saori. Ta pokiwała głową, że nie. – A ty?- A ty? – indagowała po kolei. Nie, nikt nie miał chłopaka, dziewczyny też.
- Mali?- Francuzka Marie-Helene pokręciła głową – Nie…
- Ale jak to, przecież miałaś chłopaka? – Fakt, miała. jeszcze dziś mijałam ich pod bramą Wendzarni, i nie wyglądali na skłóconych.
- Właśnie zehwaliśmy – oświadczyła Marie-Helene.
- E tam, oszukujesz starszą kobietę, w dodatku nauczycielkę…. A co wczoraj ci powiedział specjalnego twój chłopak? Powinien powiedzieć, jak nie powiedział, to może z nim zerwij? – Mali szukała w głowie pomysłu a na to, co powiedzieć miał chłopak…
Nauczycielka Zheng klepnęła w tablicę, znacząco – dalej nie widzicie zwiążku?
Nie, nie widzieliśmy.
5-2-0 przeczytała – wu er ling… wu er ling (łu ar lin/łuoa lin) – zwiesiła dramatycznie głos
- A! -Zatrybił jako pierwszy Takeji/Yuerh – ło ai ni? (我愛你I love you)?
-Taaaak – rozpromieniła się Nauczycielka Zheng. Przecież brzmi podobnie!
No chyba dla gęgających Chińczyków…

Fakt, ich fonetyka jest nieco odmienna – notorycznie mylą L i N (dla nas odległe realizacyjne jak Kraków z Murmańskiem, gdzie nosowe zębowe N a gdzie boczna dziąsłowa L?), różnica między P i B, D i T, Ki G nie polega jak u nas na dźwięczności/bezdźwięczności, a istnieniu lub braku przydechu. Łopatologicznie – po polsku rozróżnia się P i B oraz resztę przykładając palec do gardła i szukając drgań wiązadeł, drgają - dźwięczna  nie drgają – bezdźwięczna. Po chińsku paluchy (lub papierek, lepiej widać) przykłada się do ust, przy P jest przydech z podmuchem, papierek wdzięcznie faluje, przy B brak wyżej wymienionych. Stąd np.: mój sąsiad z ławki LeiWen(Szok Kulturowy) notorycznie ubezdźwięcznia i mało kiedy zostaje poprawiony, z kolei mi się zdarzyło powtarzać K i K i K a nauczycielka wciąż słyszała tam G, bo mój przydech był za słabo dychający…

No dobra, ale co dalej z tym wczorajszym dniem? – zaciekawiłam się potężnie. Może ciastkami dzielą i się załapię na jakieś reszteczki (ostatnio dostałam prawie połowę tortu z okazji dnia matki, bo ani rodzicielka ani dzieci nie mogły przejeść nadmiaru słodyczy i różowego lukru, mniam mniam)??? Niestety, nie, tym razem obeszłam się smakiem, zamiast materialnych dowodów miłości wypada zadzwonić do lubej i lubego i mu przypomnieć, że dzis 20 maja, wymówiwszy to mozliwie pokracznie uzyska się efekt miłosnego wyznania. Podobny dzień to 30 maja, 5 3 0, wu san ling/ łuosanlin – czyli我想你wo xiang ni, tęsknię za tobą, myślę o tobie, w synonimie – kocham cię. No a rok? 2 0 1 3?  er ling yi san? Nie wiem jakim sepleniącym cudem, Chińczyk i chińskojęzyczny ujrzy tam  -  alin isen, kocham cię na całe zycie -愛你一生

- No to jak, zadzwonił ten twój chłopak, czy nie? Może wysłał ci smsa z cyframi- indagowała nauczycielka Zheng. – Bo jak nie, to powinnaś z nim zdecydowanie zerwać, bo to skandal, żeby nie docenić takiej pieknej i mądrej dziewczyny…

- A właściwie  to nie wiem – spointowała Marie- Helene, – chyba nie… Ale nie ma to znaczenia, i tak słyszę to co rano i co wieczór oraz bez okazji…

- Ale twój chłopak jest Tajwańczykiem jak mój mąż? Mój mąż nie jest taki, jestem zazdrosna!

- Tak, on jest Tajwańczykiem, ale ja nie jestem Tajwanka, więc musi się starać dopasować do mnie…

O! Znowu grzmotnęło! Czyli trochę o napiętych stosunkach, trochę o burzy a trochę o katastrofach samolotowych

Po pierwsze dlatego, że od trzech godzin trwa regularna burza z piorunami – wali deszczem, ulicą sunie górska krynica – mocno spieniona i w kolorze cappucino… W sumie – lepsze to niż ścinający z nóg upał, jaki powitał mnie z rana. Zaczynam się pomału łamac w kierunku odpalenia miotacza grzybni (aliast klimatyzator), może i niezdrowe, ale za to chłodne! Odczuwalna temperatura wynosi już dobrze powyżej 35 stopni, proszek i balsam do ciała z mentolem działają tylko chwilę, a po nocy mam regularną saunę (pokój na wschodnią stronę, okno zamknięte z uwagi na komandosów z komandoskich sił szybkiego reagowania na pojawienie się europejskiej wałówki. Wczoraj otworzyłam okno (za którym jest moskitiera), a tu się okazało, że siły zmroku sforsowały moskitierę i założyły bazę wypadową tuż za szybką. Gdy niebacznie uchyliłam okienko, tylko mi bzyknęły koło nosa i zamaskowały się szafie/pod stołem/za lodówką czekając na stosowną okazję…

Ponadto grzmotnęło znów w przestrzeni powietrznej. Gdyby ktoś nie kojarzył, to wujo KIm znów zaczął świrowac, tym razem z rakietami wypuszczanymi ku uciesze międzynarodowych agencji informacyjnych, Tajwan znalazł się w stanie pół wojny z Filipinami, i teraz rozgrywa tzw taktyczny klops.

Dlaczego klops? A no, Filipińczycy, a jest ich trochę, straszliwie się burzą, i o sankcje gospodarcze (czyli blokadę wydawania nowych wiz pracowniczych – czyli spadek przychodów całej masy ludzi, których rodziny pracują na pobliskim Tajwanie), i o oskarżanie ich na arenie międzynarodowej (że zaatakowali bezbronny kuter na wodach międzynarodowych, bo kuter próbował atakowac ich łódź strazy przybrzeżnej na wodach filipińskich) i o ataki na tle rasistowskim (od zwykłego „Filipińczyków nie obsługujemy” w sklepach, po pobicie, chyba nawet ze skutkiem śmiertelnym, jakiegoś nieszczęśnika w Tajpej. No cóż, gdyby Polakom taka np Anglia/Irlandia/Islandia/Norwegia/Szwecja/Hiszpania/Włochy/ Holandia/Belgia/Francja/Niemcy nagle zabroniła pracować i wprowadziła ostre restrykcje, też byśmy zapewne ujadali, bo pewnie z 25%gospodarstw domowych utrzymuje się dzięki saksom członków rodziny.

Z uwagi na szaleństwa wuja Kima, oraz jakieś manewry i supertajne przez poufne ćwiczenia wojsk wszelakich plus oficjalnie ogłoszone ćwiczenia demonstrujące tajwańską bojową postawę na wypadek, gdyby Filipińczycy chcieli atakowac swoją Finansową Ziemię Obiecaną (jest to jedyna miejscówka w Azji Południowo- Wschodniej, gdzie panuje względny dobrobyt i Filipińczycy mogą liczyć na sensowną pracę w większym kontyngencie ilościowym, pozostałe to – Hongkong i Singapur z bardzo ostrą polityką imigracyjną oraz Japonia, w której fizycznie pracują raczej potomkowie japońskich kolonizatorów zasiedlających Brazylię, niż Pinoye), tajwańskie siły zbrojne ćwiczą na potęgę. Prawdpodobnie nałozyło się na to jeszcze zakończenie cyklu szkoleniuowego pilotów (i być może mechaników), w każdym razie, dziś spadł kolejny tajwański samolot. Do morza spadł, ofiar w ludziach nie było, obaj piloci katapultowali się. Tym razem padło na Mirage 2000, produkcja francuska – moglismy je kupić zamiast słynnych Jastrzębi (jakieby nie były wypasione, uważam, że mogłoby być lepiej niż jest). Tajwan ma ich około 130, więc jest czemu spadać, w związku z tym prewencyjnie uziemiono wszytskie 60 z bazy w Hsinchu, z której pochodził pechowy mysliwiec.

tu -krótka notka z chińskich(komunistycznych) wiadomości

Czemu spadły? oficjalnie podano „usterkę samolotu lub błąd pilota”. Pierwszy f16 to już wiekowy staruszek (Tajwan użytkuje serię A, z lat 80-tych), więc mógł się zepsuć. Drugi, Dessault Mirage 2000 to nowszy nabytek produkowany w latach 90. I nie jest to pierwszy wypadek tego samolotu – w zeszłym roku Mirage Tajwańskich Sił Powietrzych wkomponował się w glebę francuską podczas szkolenia, zginął wtedy doświadczony pilot. Moje przypuszczenie – błąd pilota. W obu przypadkach za sterami siedzieli chłopcy, którzy spędzili około 300 godzin w powietrzu (nie podano, ile  w tym konkretnym typie samolotu, ale fakt, że dzisiejszy pilot leciał w towarzystwie instruktora wskazuje, że raczej od niedawna był przydzielony do jednostki i lotów na Mirage). Najważniejsze, że katapulta zadziałała, rozbitków odnaleziono sprawnie i szybko.

Tajwan ogólnie ma pecha do katastrof lotniczych. Narodowy przewoźnik China Airlines od dawna cieszą się opinią „niebezpiecznych” lub „niezbyt bezpiecznych” z uwagi na zbyt wysoką liczbę katastrof . Było ich 4, plus jeden „incydent”, w wyniku którego pasażerowie zostali ranni Niby tylko 4 – ale do czasu katastrofu SwissAir . Z drugiej strony komercyjna linia lotnicza EVA Air jest sklasyfikowana w pierwszej 6 najbezieczniejszych linii lotniczych świata, z bezwypadkowym rezultatem od założenia w 1989r.

- Incydent (lot Dynasty 006/ CAL 006 z Tajpej do Los Angeles)- w samolocie wysiadł silnik, akurat w strefie turbulencji. Załoga zajęta odpalaniem silnika nie zauwazyła, że samolot się przechyla, a jak już się przechylił o 90 stopni (czyli leciał bokiem) to fiknąl kozła na nos i zaczął nurkowac. Piloci opanowali sytuację, z prze3szło 200 osób rannych zostało 24 osoby, w większości członkowie załogi plus pelętający się luzem pasażerowie.

Katastrofa CAL 140/141 Lot Tajpej- Nagoja – tu zawalili piloci, najpierw jeden przez pomyłkę włączył „odejście na drugi krąg”, potem nie poradził sobie z nagłym skokiem mocy, i w efekcie lądujący samolot spadł w okolicy lotniska, zginęło 264 osoby, ocalało 7 rannych. W wyniku dochodzenia – China Airlines zostały uznane za winne katastrofy i musiały zapłacić odszkodowania rodzinom ofiar, natomiast producent roztrzaskanego samolotu – czyli Airbus, został uniwinniony (czyli – błąd pilota, nie usterka maszyny). To największa katastrofa tajwańskich linii.

Katastrofa CAL 611, lot Tajpej- Hongkong – po 20 minutach od startu zniknął z radarów. Jak się potem okazało, rozleciał się w powietrzu, a resztki (ubrania, dokumenty,zdjęcia, gazetki pokładowe, a nawet zakrwawiona poduszkę z logo linii lotniczej) kawałki metalu znajdywano rozwłóczone w promieniu ponad 100 kilometrów, na przykład fragment kadłuba zlokalizowano w miejscowości Chunghwa, ponad 40 kilometrów od miejsca katastrofy. Samolot  wpadł do morza w okolicy wysp Penghu, pomimo szeroko zakrojonej akcji nie odnaleziono żadnego ocalonego, ba – nie rozpoznano wszystkich ofiar. Co ciekawe, przyczyną tej katastrofy był wypadek, który miał miejsce 22 lata wcześniej, gdy samolot ten uszkodził sobie ster podczas kołowania na lotnisku w Hongkongu, Dziurę załatano – i wszystko było dobrze przez lata, kontrole techniczne kończyły się podbiciem zdolności do lotu… Aż tu nagle w wyniku dramatycznego zdarzenia okazało się, że naprawa przeprowadzona była po łebkach, niezgodnie z wytycznymi i ponieważ zaoszczędzono na wielkości łaty – spoiny nie wytrzymały, i Boeing z 225 osobami runął do morza…

Katastrofa CAL 676 Lot Denpasar/Bali, Indonesia – Tajpej – czyli o lądowaniu we mgle… Pilot najpierw nie trafił w podejście  poprosił więc o drugą szansę. Wycelowawszy w podane koordynaty – wyłączył autopilota i stracił kontrole nad maszyną. Samolot spadł na pobliskie zabudowania. Zginęły 202 osoby – wszyscy znajdujący się na pokładzie samolotu oraz 6 mieszkańców zrujnowanych w uderzeniu domów. Podobno z płonącego wraku wyciągnięto żywego chłopca, który zmarł w drodze do szpitala.

Katastrofa CAL 642, lot Tajpej Hongkong – czyli prawie się udało… Samolot startował w ciężkich warunkach pogodowych, lądował w jeszcze cięższych – rzecz miała miejsce podczas tajfunu (to tak na wypadek, gdyby ktoś, podobnie jak ja kiedyś, zakładał, ze tajfun to taki tam halny z deszczykiem, nic strasznego… Otóż, nie ma tak lekko). Samolot podczas lądowania oberwał podmuchem, uderzył nierówno o pas startowy, w wyniku czego zapalił się silnik a skrzydło oderwało od kadłuba. Z 315 osoób na pokładzie zginęły 3, ponad 200 zostało rannych (ale żywych). Od tego czasu panuje na Tajwanie i w okolicach zakaz lotów w czasie tajfunów, lotniska są bezwzględnie zamykane. Wcześniej zdarzały się wypadki, gdy lądujący podczas załamania pogody pilot nie trafiał w lądowisko, lądował w okolicy lotniska – ale obywało się bez ofiar śmiertelnych.

Policyjna kontrola jakości

Pierwszy oficjalny kontakt z policją – zaliczony.

Pierwszy nieoficjalny kontakt nawiązałam już rok temu, poznając całkiem przystojnego okaza z jednostki SWAT (to ten z lewej i na drugim zdjęciu w środku), który chciał koniecznie mnie zaprosić na spaghetti… No i rzecz jasna widziałam policjantów w TV (wiadomości plus seriale, tajwańskie AT jest bohaterem bardzo popularnego telewizyjnego patrzydła /ruchomy odpowiednik czytadła/, z którego wynika, że głównym zadaniem i celem tej ciężkiej służby jest romansowanie i rozwiązywanie konfliktów wewnątrz własnego małżeństwa tudzież rodziny). Pierwszy pół-oficjalny – gdy Młodociany zarobił mandat w bonusowej stawce z uwagi na to, że udawał ABC, ale się liczy, bo robiłam tylko za tło i uwiarygodnienie bajery. Rzecz jasna, zdarzyło mi się zauważyć także policjantów podczas wykonywania obowiązków służbowych - czyli przejeżdżających obok lub uzupełniających kajeciki.

Tajwańscy policjanci poruszają się radiowozami Mitsubishi, bez kraty i pleksy, ze skórzaną tapicerką (ewentualnie mogłaby to być dermoszpanka, ale zdecydowanie nie plastikowe kanapy) plus obowiązkową firanką na zagłówku. (Młodociany tłumaczył mi, że są stare i brzydkie, normalnie wieś i wstyd, siara z porutą, nie rób Majia zdjęć, nie kompromituj policji mego kraju… He he – jakby się przejechał polskim Poldkiem, Transporterem albo Oplem Hau-Astrą to by szybko zmienił zdanie… Aczkolwiek on żyje w przekonaniu  że u nas policja to się li i jedynie luksusowymi markami, takimi jak słynne primaparilisowe Porsche lub jak najbardziej prawdziwe Alfa Romeo 159 ) Do tego mają jeszcze helikoptery oraz skutery, i nie jest to jakiś obciach czy śmiech na sali, że się gliniarz porusza pierdziawką na sygnale. W Polsce by chyba taki „lotny oddział” zabito śmiechem i celnymi strzałami z sarkazmu, aczkolwiek na Tajwanie, wobec korków na dziesięciopasmowych autostradach* i ogólnego wyje**nego na pojazd uprzywilejowany na sygnale – są bardzo szybkim i skutecznym środkiem transportu. Tajwańczycy jeżdżą zwyczajowo niczym ostatnie pipy, ale gdy w tylnym lusterku zamajaczy się karetka, to zmieniają się w ociekających testosteronem terytorialnych samców i samice alfa i łaskawie odsuwają się w ostatniej chwili… Ale  to też  tak o tyle o ile,  aby czasem nie utracić swojego z trudem wywalczonego postępu o pół metra asfaltu do przodu… Więc karetka musi na łaskawego pana zatrąbić i zapipczeć ze trzy razy, a potem manewrować na odległość włosa od karoserii przeciwnika… Już rozumiem, czemu ichnie karetki mają takiego wyjca, że stać obok się nie da. Naprawdę, w tym wypadku Kraj nad Wisłą zdecydowanie przoduje w dziedzinie uprzejmości i kultury na drodze. Tajwan jest daleko za Murzynami…

Policyjne patrole są na ulicach widoczne – radiowóz porusza się bowiem z cały czas włączonym kogutem/błyskami, bez syreny. Trasę wyznaczają panom policjantom słupy meldunkowe, na których w takiej szafeczce schowana jest książka, którą pan policjant musi okrasić podpisem w wyznaczonym czasie, że tu był, a nie spał w krzakach pod mostem. Zawód: policjant nie jest może jakoś super wynagradzany, ale na brak chętnych nie można narzekać tutejsza Akademia Policyjna. zarobki lokują się powyżej średniej krajowej, a niebagatelne znaczenie dla kandydatów ma fakt, iż jest to profesja o wysokim społecznym prestiżu. No cóz. Polskie gimbazy z pokolenia JP tu nie dotarły, ogólnie policjanta się raczej szanuje – ale to kwestia kultury tutaj.

Wczoraj zaordynowałam Młodocianemu- przerwa w deszczu, jedziemy na obiad i kawę. Nie ujechaliśmy za daleko, bo zaraz po przekroczeniu Mintsu (czyli pobliskiej główniejszej arterii) po skręcie w boczną uliczkę musieliśmy hamować  Drogę zastawiało nam ustawione na skos auto osobowe, dostawczak oraz leżący na asfalcie skuterek z dwiema dziewczynkami, usiłującymi się spod niego wygrzebać. Innymi słowy- kolizja miała miejsce parę sekund wcześniej. Młodociany Ajfon włąsnie okazał się padnięty, więc jego pan kazał mi wygrzebać moją mało używaną cegłóweczkę  i zadzwonić na 110 (czyli policję/pogotowie/straż pożarną w jednej centrali), a sam poleciał ratować dziewice z opresji.

Stałam jak klępa z komórką w ręce, bowiem żywię wielki i uzasadniony lęk przed rozmową po chińsku z obcymi, nie znanymi mi osobami, którym w razie potrzeby nie będę mogła w języku migowym doprecyzować o co mi chodzi. Młodociany mnie zagrzał do czyny subtelnie niczym tur:

- No i czego się gapi? Bierze i dzwoni, ale już!

- Ale … Ale… Ale… Jak? po chińsku?

- Po tajwańsku jak potrafisz też da radę, też zrozumieją, rusz się kobieto! Umiesz już zamawiać żarcie i kolę ,opowiadać o swoim kraju oraz odpowiadać w miarę składnie na zadane pytania z puli ogólnej, i pytać o drogę po wsiach, a nawet nawiązywać znajomości ze starszymi panami siedzącymi na grillach w celu zrobienia zdjęć, to wezwanie pogotowia będzie bułką  z masłem!

No właśnie. Nie było, ale też nie było aż tak skomplikowane, jak by się mogło wydawać. Grzecznie sie przedstawiłam, powiedziałam, że był wypadek, samochód i skuter, że są dwie dziewczynki poszkodowane, jedna ma rękę a druga nogę z problemem, że ja nie widziałam co się stało ale jestem teraz na miejscu, podałam adres i wytłumaczyłam jak dojechać. Młodociany zawisł nade mną jak sęp i bezczelnie podsłuchiwał. Pani z dyspozytorni od mojego „Nihao” czyli dzień dobry, a nawet już chwile wcześniej wiedziała, że nie jestem Tajwanką, a obcokrajowcem,  więc mówiła powoli i wyraźnie. Poleciła między innymi zrobić zdjęcia i w miarę możliwości odblokować ulicę, oraz zabezpieczyć dziewczyny na jezdni, żeby ich ktoś czasem nie przejechał (fakt, z prawa lewa i środkiem, chodnikiem i między tarasującymi autami śmigali Tajwańczycy na skuterkach, nawet nie zwalniając, mało brakło a ja też bym dołączyła do poszkodowanych!).

Skąd pani wiedziała, że do mnie pomału i kwadratowymi literami trzeba? Tajwańskie telefony są rejestrowane przed aktywacją, więc strażakom, szpitalom, policjantom, placówkom urzędowym a nawet zwykłym ludziom wyposażonym w odpowiednią aplikację/usługę na telefonie. Domyśliła się więc, iż Magdalena Dwojga Imion i Długiego Nazwiska nie pochodzi z Pięknej Wyspy, albowiem tutejsi rodzice mają nieco więcej przyzwoitości podczas wymyślania imion dla swoich dzieci, i liczą się z tym, że jakiś Tajwańczyk biedny będzie je kiedyś musiał czytać, stąd imiona jedno-dwu-max trzy sylabowe w przypływie większego szaleństwa oraz nienawiści do krajanów.

Pani zadała mi jeszcze dużo innych, bardziej skomplikowanych pytań, wykraczających już poza moją znajomość chińskiego (medyczne tematy zaczynają mi się na gorączka, ból głowy/ucha/brzucha i kończą na grypie, więcej nie opanowałam), więc słuchawkę oddałam Młodocianemu. chwilę później zadzwonił telefon, zgłosił się szpital i komisariat, sprawdzając – czy to aby na pewno ja wzywałam pomocy i żeby powtórzyć im adres. Po ok 5minutach od pierwszego telefonu przyjechała karetka, potem druga, sanitariusze zebrali z asfaltu obie dziewczynki (jedna z brzydko rozciętym kolanem, druga z wybitym barkiem) i udzielili im pierwszej pomocy (dezynfekcja i oczyszczenie rany tudzież prowizoryczne obandażowanie reki). Pojawiła się także trójka funkcjonariuszy, w tym kobieta, mnie obrzucili z lekka spode łba, po czym, udali się zbierać zeznania od innych, a końcu ode mnie, jak już im ktoś powiedział, że ja coś niecoś daję radę. Ale i tak podeszli do mnie ze sporą pewna taką nieśmiałością.

Oczywiście na obiad z kawą nie zdążyłam - jak tylko karetki odjechały, zaczęło padać od nowa i nici z miłej przejażdżki do grill chaty na wieprzowinkę z ryżem oraz na kawę z lodami. Pocieszyłam się pobliskim  curry i ciastkami z budyniem, po czym poszłam spać, wytyrana deszczem.

Dziś rano- czyli dzień później po całej historii około godziny 9 dzwoni telefon. Pan w języku zbliżonym do angielskiego po-wo-li- i wy-raź-nie (tak naprawdę średnio wyraźnie,ale plus za dobre intencje, które przegrały z chińską fonetyką nałożoną na angielski) pyta czy rozmawia z panią Maa keda rena (tu wygulgotał coś, co pewnie było dwojgiem imion i długim nazwiskiem), która wczoraj dzwoniła na policję. Tak, odpowiedziałam  a o co chodzi? Tu pan się z lekka zacukał, więc przeszłam na chiński. Pan ma pytanie. Czy ja zadowolona jestem z obsługi  (jakby to nie brzmiało…) Powstrzymałam ironię i sarkazm, nie tłumaczyłam panu, że to nie mnie obsługiwano. Pan głosem robota czytał w angielskiemu-podobnym języku pytania, potem jeszcze raz po chińsku a ja miałam mówić TAK/NIE i tTAK-NIE w skali od 1 do 5. Bo tutejsze komisariaty mają odgórnie wprowadzoną politykę kontroli jakości, i każdorazowo po przeprowadzonej interwencji osoby wzywające (i prawdopodobnie osoby biorące udział w zdarzeniu, ale głowy nie dam) są proszone o wyrażenie swojego zdania na temat na przykład: jakości postępowania, kultury osobistej policjantów, atmosfery, profesjonalizmu, chęci pomocy, szybkości reagowania, zaangażowanie w sprawę itp. Kontrola jest obligatoryjna, i komisariat dzwoni do skutku, ewentualnie prosi o oddzwonienie (osoby z zagranicznymi numerami, lub przebywające za granicą). A wszytsko to, aby policja działała lepiej, ku radości obywateli. Ciekawe, jak taki system kontroli sprawdziłby się w Polsce?

Ponieważ rzecz działa się podczas przerwy, na kolejną lekcję się nieco spóźniłam. Nauczycielka Zheng spytała – co to za rozmowę prowadziłaś, Majia? Nowa praca?Sprawy rodzinne? Chłopak?

- Nie, policja… – odpowiedziałam.

- O! – Skomentowała krótko. – A po jakiemu rozmawialiście? (jakby nie słyszała, stojąc tuż obok…)

- Najpierw po angielsku, bo mój chiński nie jest zbyt dobry. Ale szybko wyszło, że angielski policjanta jest jeszcze gorszy, więc przeszliśmy na chiński…

- No tak… Angielski policjantów na południu jest faktycznie … Pozostawia sporo do życzenia, bo na przykład w Tajpej (nauczycielka pochodzi z Tajpej) policjanci muszą mówić płynnie w języku obcym, do wyboru japoński, angielski, niemiecki, hiszpański i inne… Ale to dlatego, że w Tajpej mieszka więcej ludzi i jest większa konkurencja w każdym zawodzie, także policjanta. A tak, w Kaohsiung do koleżanki Majii dzwonił policjant mówiący najlepiej z całego komisariatu po angielsku, a i tak trzeba było po chińsku. I właśnie dlatego powinniście jak najwięcej ćwiczyć mówienie po chińsku!

* dziesięciopasmowe autostrady – pojawiły się w wywiadzie z Tytusem, który na Tajwan przyjechał prawie rok temu, nie mówi po chińsku ani słowa poza - herbatę z kulkami proszę i” pu cy tao”, czyli nie wiem. Natomiast wywiadu udzielił, i trochę go fantazja poniosła. Ogólnie ma chłopak trochę racji – Tajwan to fajne miejsce, ale… Dziesięć pasów to na autostradzie tu będzie chyba tylko na dojeździe do bramek, ewentualnie na zjazdach i to licząc z obu stron (ale i tak lepiej niż w Polsce z jakością i ilością dróg), Miesiąc Duchów na pewno nie wypada w październiku, wi-fi na skwerze ciężko złapać (chyba,  że mowa o wi-fi komercyjnym np na lotnisku, za które się płaci, ewentualnie mowa o tanim internecie w komórce, który tu mają wszyscy za grosze), fantastyczne parki w starszych dzielnicach mają wielkość ogródka przy balkonie ( w nowszych jest trochę lepiej, ale w Tajpej mimo wszystko metry2 są na wagę złota i diamentów, więc tereny zielone nie są super wielkie), zanieczyszczenie powietrza jest w normie po deszczu lub tajfunie(w Tajpej więcej pada, więc bardziej zbija smog w dół, ale i tak jest to „wysoka” norma), ognisk w Miesiącu Duchów nie pali się na ulicy a w specjalnych piecykach – i nie o ognisko tu chodzi, a o spalenie przedmiotów ofiarnych dla duchów itp. Tajwan usunięto z ONZ nie na wniosek ChRL (która wtedy członkiem ONZ nie była), a na wniosek USA zmieniono reprezentację „jednych Chin” w ONZ z Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową, i tak dalej.

Wywiad z Tytusem polecam mimo błędów merytorycznych przeczytać – przede wszystkim dla zdjęć, ale raczej odradzam brać go za rzeczowe źródło. W kręgu wtajemniczonych te autostrady stały się popularnym synonimem szczególnego wykwitu fantazji i optymizmu… W każdym razie, optymistyczny Tytus klimat wyspy opisał w miarę realnie… Witamy na Pięknej Wyspie…

Moknąc w deszczu

Ze zdziwieniem, rozbestwiona słonecznym szaleństwem i tropikalną aurą Kaohsiunga - skonstatowałam  iż PADA. Ośmiela się od dwóch dni siąpić, kropić, lać i walić żabami, ze zmienną amplitudą i natężeniem oraz interwałem. Odkryłam też, że Tajwańczycy potrafią jeździć na rowerze/skuterze, trzymając jednocześnie rozłożony parasol. Poluję od rana na szybką focię takiego delikwenta, bo bez dowodów nie sądzę, żeby ktoś uwierzył, że jegomość raźno pedałuje, paląc papierosa i trzymając nad głową metrowej średnicy deszczochron w kolorowe ciapki.

Plusem  intensywnych opadów jest to, że powietrze nieco się oczyściło, smog osiadł na ulicy i spłynął do morza. Ponadto trawa i roślinność odżyły i odzyskały intensywne kolory. Odrobinę się ochłodziło (aczkolwiek nie jest to mróz polarny czy po prostu zwykła zimnota, każąca zadziać polarek i wbić się pod kocyk z kawusią i książką). A z minusów – od dwóch dni jestem zombiakiem, ledwo chodzącym (w okolicy nie ma dobrej kawy a na substytut szkoda mi kasy i żołądka, a ja jestem na równi hipochondryczką i meteopatką). Życie towarzyskie i wyjścia musiałam ograniczyć. No i najbardziej irytujące – komary pchają się do domu drzwiami, oknami, klimatyzatorem i rurami. Jak to rurami? Też nie wierzyłam, ale tutejsze owady mają chyba szkolenie w SWAT zanim wylegną w poszukiwaniu wyżerki. Bowiem źródłem zaopatrzenia w krwiopijców jest – uwaga – dziurka ściekowa (czyli odpływ wanny/prysznica, gdybym miała wannę lub kabinę prysznicową) oraz odpływ umywalki. Taaa, też mnie zatkało. Ale przyjęłam do wiadomości, że dranie potrafią nurkować i prowadzić urozmaicone formy desantowania

Drzwi do łazienki bowiem zamknięte, okno zabezpieczone moskitierą, pokój okadzony kadzidłem, opsikany sokiem z trawy cytrynowej, wypłaszacz komarów podpięty do kontaktu, cisza i spokój ani bzyknięcia. Idę pod prysznic… Wiadomo, mydlenie , pilingowanie etc chwilę trwa. Po spłukaniu piany odkrywam – cztery bąble – dwa na szyi, dwa na nodze (przed myciem ich nie było) oraz dwa połowicznie napełnione krwią komary przyczajone w okolicy kolanka od umywalki. Idąc za radą nauczycielki Ye, zakryłam odpływ wody kubkiem po soku, takim plastikowym. Wracam do domu po szkole, przeprowadzam inspekcję- a w kubku wygłodniałych wampirów sztuk cztery…. Jak te dranie są w stanie pokonać kolanko???

Ponieważ akurat trafiło się okienko pogodowe, postanowiłam odrobinę sfufanemu Młodocianemu (Zejdź z mej wymowy chłopcze drogi, i powtórz „W Szczebrzeszynie Chrząszcz brzmi w trzcinie” cwaniaku, a w ogóle mów do mnie po angielsku, bo popełnię samobójstwo ubrana w czerwoną kieckę – czytaj wrócę pośmiertnie jako duch) pokazać nowe zakątki odkryte podczas spaceru z Keisukiem. Najpierw byli kulturyści, i Młodociany prężący podrośnięte muskułki w pozach konkursowych. Japonki nieco psuły wrażenie ogólne…

Potem zaś dotarłam do „czegoś”. „Coś” migało, psikało parą wodną, wydawało dziwne dźwięki, takie trochę jak łódź podwodna. a częściowo jak ścieżka dźwiękowa z filmów o kosmitach. Bo i wyglądem  nieco przypominało „Coś” mózg operacji, odrobinę podobne było do sterowca, trochę wyglądało na chmurę, a do tego wyposażone było w peryskop. Taka sztuka nowoczesna, widowisko światło dźwięk. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym metalowym pałąku obok zainstalowano ukrytą kamerę, a potem zmontowano fajny filmik o użytkownikach i oglądaczach tegoż wynalazku.

Potem było zaś takie ciekawe, opuszczone miejsce, które zagrało w jednym filmie – i zainspirowało mnie do wieczornych rozrywek (ale o tym kiedy indziej), w obowiązkowych futurystycznych betonach i szkle, utrzymane w czarno-białej kolorystyce (dlaczego tak – obiecuję, będzie wyjaśnione niebawem). Po drugiej stronie rozpościerała się panorama wieżowców:  Kaohsiung85, bliźniaki wyglądające z daleka jak roboty- wartownicy pilnujący Środkowego  Sztywnego Palca Azji, oraz dwie wielkie łodzie, z czego jedna wedle krążącej po mieście plotki - należy do rosyjskiego multimiliardera. Druga zaś wyglądała na produkt z drugiej ręki.

Panorama Kaohsiung Love River

Następny punkt programu został zasponsorowany przez Panią Chmurkę i Panią Mżawkę-Siąpawkę, która umknęła ze sceny wydarzeń, robiąc miejsce dla – ordynarnego, grubego Pana Deszcza w najbardziej chamskim i upierdliwym wydaniu  Innymi słowy – zaczęło lać jak z cebra, więc schroniłam swój aparat i odwłok (w dokładnie tej kolejności) pod artystyczną konstrukcją z kontenerów. Nie byłam jedyna, wraz ze mną, aparatem i Młodocianym kibicowaliśmy panu, który pomiędzy kolejnymi falami bardziej chlupiącej ulewy zarzucał wędkę. Czy ryby biorą w deszcz? Czy on po prostu musiał się odstresować, bez względu na pogodę i rezultat wędkowania? Ściana wody była tak mocna, że odległy o ok 500 m Kaohsiung85 zniknął zupełnie z widoku. Aczkolwiek- znaleźli się i tacy zapaleńcy, co w strugach deszczówki kontynuowali bieg czy jazdę na rowerze…

 

Stojąc pod przeciekającym kontenerem i tępo gapiąc się w deszcz, usłyszałam smutną wiadomość. Stara chińska barka, w dawnych czasach będąca restauracją „Morski Pałac”, a obecnie malowniczo murszejąca po niedostępnej stronie kanału portowego (wejście tylko dla pracowników z identyfikatorami) – zostanie niebawem rozebrana i usunięta, aby zrobić miejsce dla nowszej generacji sztuki.

Innymi słowy – dla Gumowej Kaczuszki, czyli wielkiej dmuchanej paskudy o wymiarach 16.5 x 20 x 32 metry, wykonaną przez Holendra Florentijna Hofmana i wystawianej po świecie. Wedle ogłoszonego na FB planu, ma w październiku zawitać do Kaohsiung (mieszkańcy są proszeni o wpisywanie się na listę entuzjastycznie witających)…

Ale! Być może do tego nie dojdzie – właśnie wyczytałam, że w środę 15 maja kaczucha się sklęsła w tajemniczy sposób … (tia, przeszło mi przez myśl wysłanie tam naszego czołowego eksperta od kaczych katastrof, ale chyba nie możemy tego jako Polacy zrobić ludzkości???)

Więcej zdjęć Rubber Duck z tournee „Spreading Joy Around the World” przystanek Hongkong – tutaj >>KLIK<<

W każdym razie, gapiłam się tępo w deszcz, oddając rozmyślaniom o przemijaniu i niszczeniu oraz plastikowej (wybaczcie wpadkę, gumowej) kulturze zastępującej tradycję, gdy z zadumy wyrwał mnie Młodociany: „Coś tak się zasępiła, Księżniczko? deszczu nie widziałaś? Taki deszcz to nic, dopiero w tajfun to jest coś, biga biga siamsing” zaszwargotał w czingliszu (big big something, tak mniej więcej wymówi to statystyczny Chińczyk). No tak, jak pamiętam z prasy, telewizji i zdjęć – tajfun to nie w kij dmuchał… Woda wtedy wali jak oszalała, przez dzień – czasem dwa, studzienki i rynny nie nadążają z odprowadzaniem, w dodatku Pogotowie Energetyczne prewencyjnie wyłącza prąd żeby wicher nie porwał drutów ( a jak porwie, to aby zbyt wielu postronnych nie popieścił prąd). Można spodziewać się wszystkiego - osunięć gruntu, lawin błotnych, powodzi, podtopień, zawalenia co słabszych konstrukcyjnie budynków (to zdjęcie to nie fake, 4 lata temu temu tak właśnie widowiskowo omsknął się w nurt rzeki hotel z Taidong po tym jak na Tajwanie narozrabiał tajfun Morakot).

Tajwańczycy sobie z tym jednak radzą.  najbardziej narażonych miejscach (wschodnie wybrzeże – Taidong, Hualien, Pingdong) domy buduje się – za górką i na palach, słupy elektryczne też stoją na postumentach (takich 4-5 m wysokich), partery domu są wyposażone w dodatkowe drzwi „anty-powodziowe”, które co prawda przepuszczają wodę, ale w znacznie mniejszym stopniu, no i na wyposażeniu rodziny oprócz zwyczajowego skutera znajduje się też łódka/ponton/motorówka. A poza tym – dopóki działają słynne „delikatesy 7-eleven”, nie jest źle :D Zawsze można popłynąć po wałówkę, choćby nawet na grzbiecie rekina. Trzeba tylko pamiętać o kasku, żeby nie dostać mandatu :P

Nadmorskie spotkanie Japończyka i Syrenki

Japończyk – to poznany w zeszłym roku w Krakowie Keisuke, który podczas urlopu odwiedził Tajwan.

Keisukowa firma bowiem nader szczodrze nagrodziła go dwutygodniowym wolnym, w podzięce za trzy lata wytężonej pracy bez opuszczenia ani jednego dnia. Zatem Keisuke tydzień postanowił spędzić u mamusi w Japonii, rozpieszczając żołądeczek wymęczony europejskim żarłem, i tęskniący za swojsko cuchnącym natto (czyli sfermentowaną soją), które jest bardzo zdrowe i Keisuke w Japonii jadał je trzy razy dziennie, oraz rzecz jasna tempurą, udonem i innymi lokalnymi specjałami, kiepskawo podrabianymi na Zachodzie. Dziwne? No to wyobraźcie sobie, że o ile kolega ma ochotę zjeść coś niezwykłego, to w te pędy udaje się do japońskiej restauracji w jakimkolwiek europejskim mieście i ma – coś, na co w życiu żaden Japończyk by nie wpadł, przygotowując np suszi, czy inne wodorosty. Ranking dziwacznych wynaturzeń i gwałtów na japońskiej tradycji kulinarnej otwiera Moskwa oraz Petersburg, nie wiem gdzie znalazła się Polska, bo Keisuker jest nienagannie uprzejmy i mi nie powiedział…

Przybył Keisuke w okresie szalejącego SARSa, i dzielnie zjechał na południe. Na południu straszyła akurat fala upałów, takich pod 35 stopni wściekle prażącego słońca, nie zakłocanego nawet nbajmniejsą sugestią chmurki, ale Keisuke – aby mnie nie zgorszyć, zadział uwaga – adidasy (obnażanie paluchów u stóp to nietakt) , dżinsy (kwintesencja casual dresscode dla hetero, sztruksy są bowiem nieco za mało sztywne i za bardzo pedalskie jak na japoński gust), oraz koszulę z kołnierzykiem (dobrze, że rękawy chociaż podwinął…), Tshirt (który objawił później  na moją stanowczą prośbę, bo bałam się, że udaru biduś dostanie) plus rzecz jasna – aparat fotograficzny z całym plecakiem szpeja. Nikona miał ,takiego 5200, kupionego za 600 EUR w MediaMarkcie, z dwoma obiektywami…

Ja z zazdrością patrzyłam na jego aparat, on na mój z nie mniejszym podziwem, i wzajemnie podejrzewaliśmy się o Bóg wie jakie umiejętności fotograficzne. Tymczasem długie ustawianie się do zdjęcia Keisuke praktykował, bo to jego pierwszy „poważny”aparat, kupiony tuż przed wyjazdem – i nie bardzo wiedział, gdzie naciskać… :D… Brzmi znajomo?  Co do mnie, to podsumowałam swoje osiągnięcia w  tej dziedzinie, prawda?

Ponieważ Japończycy kochają chodzić, taksówkami się Keisuke rozbijać nie chciał, więc przegoniłam go jakieś 4-5 km bo nabrzeżu, przez Pier 2 do Sizihwanu. Tak, żeby pożałował skąpstwa taksiarskiego.

Wyciągnęłam go nawet na plażę – aczkolwiek odkryłam wówczas iż Keisuke nie należy do osób chcących zamoczyć choć czubek paluszka w morzu. No to, żeby mi na czarnym piachu nie wyciągnął kopytek obutych we flagowy produkt firmy z łyżwą, zaordynowałam krótki spacer do wybudowanych na skałach ogródków, domków i przebieralni (ciąg dalszy Hawajskiego Ogrodu). A tam w altance siedziała syrenka. I to nie byle jaka, pozazdrościłam jej ciałka – biust bowiem miała spory a okrągły i trzymający poziom, grawitacją nie zmęczony; do tego brzuch jak deska płaski i wciętą talię; pupkę całkiem całkiem… Nogi nawet miała całkiem całkiem jak na Tajwankę i syrenkę.

Jak wyszpiegowałam – byli to studenci Szkoły Plastycznej, ćwiczący do egzaminu. Oboje zwiesiliśmy smętnie wzrok w kierunku odmętów syrenowatego stroju kąpielowego i oglądaliśmy postępy w pacykowaniu dziewczyny, a po dłuższej chwili kontemplacji zapytałam o możliwość wspólnego sfocenia się, ku ich radości wielkiej. 

Potem półżywego Kesiukę wywlokłam do fortu na wyspie Cijin, kazałam mu biegać pod górkę w upale, ale – warto było. Szczęka mu z lekka opadła :D Wiedziałam, że takie umocnienia zrobią wrażenie na miłośniku historii. A na sam koniec dnia, jeszcze wynalazłam fajny kramik z kawą, gdzie wreszcie mogłam się pochwalić znajomością języka. Niestety, znajomość znaków kany, wbijana Japończykom do główek od podstawówki, była przez cały dzień po stronie Keisuke,. Sprzedawcy od razu widzieli wielki neon „American Pie” nad moją głową, nad czarnym poczochranym łebkiem Keisuke zaś świeciło trudne do przeoczenia „Made in Japan”, w związku z tym uczynni sprzedawcy, sklepikarze i dzieci darły się za nami – Hellou i Konnicziła. Zaś jeżeli chodzi o zamawianie jedzenia, niestety poległam w rozgryzaniu 200 pozycyjnego menu z lodami, więc Keisuke się odrobinę ze mnie natrząsał. Dopiero kiedy pan od kawy zaczął ze mną konwersować, keisukowi szczęka opadła. Bo tak szybko i płynnie… Nie umiał całe szczęście ocenić moich niuansów tonalnych (yyyy… opuśćmy temat litościwie, OK?), więc wydawało mu się, że jestem już na poziomie stratosfery w dziedzinie konwersacji, a znaczki to tak dla funu myliłam… Komentarz pana od kawy- hahahaha, Azjata i nie rozumie po chińsku, pomagać mu musi białas… :D

Wizyta Kesiuke wyjątkowo mnie ucieszyła… Wreszcie – mogłam pogadać po angielsku, bez ciśnięcia na chiński, chiński, ćwicz, ćwicz, ćwicz, wreszcie nikt mnie nie poprawiał,nawet jeżeli powiedziałam coś źle -ale zrozumiale (jak dotąd bywało). Niestety, w związku ze zbliżającym się egzaminem końcowym, moi znajomi w zupełnie dobrej wierze dostają szału pału i w absolutnie szczytnych intencjach wymagają ode mnie pełnych wypowiedzi wyłącznie po chińsku. Psiakość. Doceniam, ale czasem mam dość, więc miło było odetchnąć. No i absolutnie nie zrobiły na mnie wrażenia japońskie czekoladki, które kolega przywiózł w ramach prezentu – bo ja nie lubię przecież mleka, czekolady, białej czekolady, wafelków, słodyczy… :D Jakby jeszcze do tego – ogórka kiszonego przywiózł, kefirek i ziemniaczki z koperkiem…

Grom w raju! Będzie wojna?

I nie chodzi o Koreę. Korea jest daleko, Północną rządzi upasiony pajac, Południowej nie lubię z uwagi na Korasicę („koleżanka” z zeszłorocznych zajęć, która koncertowo obrabiała mi pupę do tego stopnia, jej świta bała się ze mną i Katarzyną wejść do łazienki – bo pogryziemy, krew wyssiemy i jeszcze kiblu utopimy), produkty firmy Scheissung (kupowate wyjątkowo) oraz LG (to już bardziej osobista sprawa) i kilku innych firm. Koreom zatem na pohybel, jak dla mnie mogą się tłuc, przeszkadzać im nie będę.

O nie, moi drodzy. Groźba wojny, a jak nie wojny to poważnego konfliktu międzynarodowego spotkała mnie na własnym, tajwańskim podwórku. Pewnie w Polsce o tym nie pisano, bo ważniejsze były sztuczne cycki Angeliny i afera z nożownikami na Juwenaliach – więc streszczę. No dobra, nigdzie w Europie nie pisano, poza branżowym BBC i jakimiś portalami o tematyce azjatyckiej.

Pamiętacie Xiao LiuQiu, małą wysepkę rybacko- kurortową? Otóż rybacy pochodzący z tamtej wysepki zostali podczas połowu ostrzelani na łowisku przez filipińską straż przybrzeżną, jeden z nich zginął na miejscu. Co się stało nie wiadmo, czy Filipińczyków fantazja poniosła i chcieli se postrzelać (pamiętacie wypadki pażdziernikowe, gdy Straż Przybrzeżna 4 krajów lała się armatkami wodnymi?), czy Tajwańczycy wykazali się tajwańską odpornością na wiedzę (pisałam o tym też, pytasz takiego „umisz, rozumisz?”, ten kiwa głową zapewniając, że tak tak -i dalej robi po swojemu, aż ręce świerzbią do przylutowania w celu poszerzenia kumatości) i zignorowali ostrzeżenia… Jakby nie było, zrobił się skandal.

Najpierw uciekł filipiński „ambasador” z Tajpej. Potem zniknęła moja koleżanka z klasy, córka „attache d/s pracowników na emigracji Filipińskiego Biura Kulturalno- Gospodarczego”(czyli de facto konsulatu Manili w Kaohsiung), oraz inni Filipińczycy, zamieszkujący moją ulicę. NA FB pojawiły się mniej lub bardziej stonowane wpisy, głównie w temacie – Philippinos są spoko i nie winimy pracujących na Tajwanie robotników, ale strzelanie do rybaków to gruba przesada! I tak narastała lekka psychoza, Tajwan domagał się przeprosin -oficjalnych, a nie twitta lub posta na wallu, grożąc za ignorowanie zaleceń sankcjami gospodarczymi – zwykłą odmową wystawiania wiz dla filipińskich pracowników (na Tajwan załapał się zwiększony kontyngent wietnamsko- tajsko-indonezyjski robotników fizycznych) oraz wycofaniem ze wspólnych programów gospodarczych. Manila łaski nikomu nie robiła, chętni do pracy zamiast Filipińczyków znaleźli się bez problemu.

Dziś problem oczekiwania na przeprosiny przybrał na sile. Tajwan – pomimo swoich mikrych rozmiarów (jakby kto nie wiedział, z góry na dół jakieś 350 km, z lewa na prawo w najszerszym miejscu pewnie ze 130 w linii prostej rzecz jasna)jest jedną z najprężniejszych gospodarek świata. Ma czwarte lub piąte na świecie rezerwy walutowe oraz rezerwy złota, i zapewnia względny dobrobyt milionom w sąsiednich krajach dzięki robotnikom z uboższych regionów, skrzętnie ślącym „dulary” do domów.

Siedziałam w poczekalni gabinetu lekarskiego i czekałam na swoją kolej. Wiszący po lewej telewizor emitował telenowelę,zaś ten w lewym kącie korytarza ustawiony był na wiadomości. W dole ekranu zegar odliczał sekundy pozostałe do zakończenia negocjacji w Manili (miały się skończyć o 18, czyli 12 czasu polskiego). Dodatkowo atmosferę podsycały przebitki – a to relacja ze sprowadzenia zwłok rybaka do domu, płacz rodziny, pretensje najbliższych i mieszkańców XiaoLiuQiu utrzymujących się z rybołówstwa  a to pokaz siły – czyli manewry Marynarki Wojennej i Sił Powietrznych. Cztery wielkie statki wypłynęły dziś z portu w Kaohsiung (aż żałuję, że nie byłam wtedy na nabrzeżu Cijin, gdzie niemal można ręką dotknąć co większych jednostek opuszczających port), F16 latały jak wściekłe, wysłano jednostkę AWACS nad Filipiny…

Tak, Tajwan ma swoje własne AWACSy, czyli te dziwne samoloty z UFO na dachu, służące do przechwytywania transmisji i ogólnych zadań radiolokacyjnych, podczas gdy Polska swoje wypożycza w ramach NATO. Tajwan ma też swoje  myśliwce (ponad 300 sztuk, z czego ponad 100 F16 A i ponad 100 francuskich Mirage), rakiety (przeszło 1000 sztuk, wszystkie bez głowic nuklearnych), łodzie podwodne, niszczyciele i kutry rakietowe. Tak, taki smieszny Tajwan wielkości województwa, z ludnością nie przekraczającą 25 milionów obywateli…

Co było dalej? USA wysłało komunikat z prośbą, aby obie strony dały sobie na wstrzymanie, wszyscy zastanawiali się, jak ten pasztet dyplomatycznie pokroić – Tajwan nie istnieje na mapie ONZ, więc sankcji za jego zignorowanie nie będzie, ale z kolei pozwala sporej ilości filipińczyków żyć godnie, wysyłać kasę do domu i napędzać konsumpcję, w dodatku szczodrze finansuje rozmaite programy współpracy regionalnej, badania itp.

W każdym razie, napięcie stopniowane było wzorowo. Wczesnym popołudniem odbyły się coroczne obowiązkowe dla wszystkich ćwiczenia ewakuacji na wypadek ataku lotniczego i bombardowań, potem zaczęłam oglądać relację z rozmów na szczycie, protestów Filipińczyków (sami cisnęli swój rząd, żeby się ogarnął i wydał oficjalne przeprosiny), migawki z tajwańskich działań (czyli wysłania okrętów), i nagle zimno przeleciało mi po krzyżu. Przez ekran przesuwał się pasek – „Z ostatniej chwili” – samolot F16 podczas lotu szkolno -treningowego z bazy Taidong zniknął z radarów, nie ma z nim kontaktu”. Osz… 

Szybka analiza sytuacji:

? Będzie prowokacja czy nie będzie? Samo spadło czy ktoś pomógł? I szybkie rozliczenie możliwych wariantów oraz pewników i hipotez

-> Tajwan nie jest członkiem ONZ, nie jest uznany jako państwo, rząd   Tajpej traktuje się z lekkim przymrużeniem oka, można ich żądania ignorować, olewać i mieć gdzieś, bo kto pogrozi paluszkiem?- ups

-> z uwagi na brak ropy USA demokracji tajwańskiej bronić nie będzie bardziej niż tej w Syrii -> ups do kwadratu, brak jakiegokolwiek bodźca do rozejmu, poza komunikatem amerykańskiej dyplomacji o konieczności uspokojenia się obu państw

-> Tajwan będzie dążył do pokazania się jako jednakowoż w miarę silne państwo, a przynajmniej nie aż tak „pussy”, więc może dojść do eskalacji konfliktu, jakichś prób zaakcentowania swojej siły militarnej. Nie jest to śmieszny tłuścioszek z Korei, który żyje w oderwaniu od rzeczywistości, a prezydent z partii głoszącej chęć dominacji nad Chinami

-> prezydent filipiński Benigno Aquino III pokazał Tajwańczykom gdzie ich miejsce, przypominając dobitnie o polityce jednych Chin i wybraniu Pekinu jako reprezentanta. Taipei zaś swoje żądania może sobie w buty włożyć – głosiło przesłanie. Zignorował sporą ilość robotników, nagle odcinanych od kraników z kasiorą…

-> Chiny taktycznie wstrzymały się od głosu (na chwilę obecną). Należy pamiętać, że Tajwan to „zbuntowana prowincja” i przy próbie oficjalnego zatwierdzenia niepodległości i suwerenności wyspyna arenie międzynarodowej, Macierz ChRL może tu oficjalnie i prawomocnie wpaść z małymi grupami wojska (takimi po 2-3 miliony zaledwie) broniąc swojej integralności terytorialnej i spełniając marzenie dziadzi Mao o podbiciu cholernych nacjonalistów i zdrajców Czang Kaj-Szeka. Obecnie tego nie robi, bo nie ma w tym pretekstu ani interesu. Tajwan nie ma poważnych sojuszników politycznych, no chyba że Watykan by wysłał gwardię papieską i zastępy moherów z Polski, bo reszta tajwańskich popleczników dyplomatycznych to rakietę widziała na obrazku, z marynarki wojennej ma tratwy i czółna, a w ramach uzbrojenia piechoty – nowoczesne ośle szczęki i ogony wielbłąda. Są to takie potęgi jak – Palau, Wyspy św Tomasza, Suazi, Tuwalo, Burkina Faso.

-> W razie draki nie udam się do ambasady (bo najbliższa ambasada RP znajduje się – do wyboru: w Pekinie, Manili, Tokio, Seulu,Hanoi,Dżakarcie, plus konsulaty w Szanghaju, Hongkongu, Ho Shi Minh itp.). Nie polecę rządowym Tupolewem, sorry, Boeingiem, Embraerem itp. Dobrze, że draki nie było.

No dobra. Na chwilę obecną pan prezydent opublikował oficjalne przeprosiny, i sprawa przycichła. Informację opublikowała Al-Jazeera i BBC, w Polsce dalej straszy Angelina i jej usunięty biust. Dlatego prasówka dziś tylko w języku barbarzyńskich Brytów.

Pilot F16 odnalazł się żywy i mocno zakłopotany faktem, że skasował maszynę za kilkadziesiąt milionów dolarów i to nawet bez udziału pancernej brzózki dalekiego zasięgu oraz mgły, helu, bandy ruskiego specnazu dmuchającego w lewe skrzydło itp.

A ja mam się dobrze, Korea też, tylko azjatyckie fundusze poleciały w dół. Ale powinny się odbić.

Pocztowe przeprawy – część druga

A mądrość ludowa jasno rzecze, że sequele znacznie gorsze są niż części pierwsze… I takoż się stało…

Rok temu z kawałkiem wraz z Kasiorkiem miałyśmy poważny problem, gdzie upchać nasz solidnie rozrośnięty majdanek, i to w arcysprytny sposób, pozwalający na uniknięcie odpowiedzialności finansowej za nadbagaż, a jednocześnie gwarantujący szybko dostęp do dóbr przesiedleńczych (czytaj – prezentów dla rodziny i innej chińskiej gadżetowni). Rozwiązaniem stały się dwa solidnych rozmiarów kartony, wypchane po brzegi rozmaitymi rozmaitościami, powierzone Chunghwa Poczcie.

To jakby kto miał choćby odrobinę wątpliwości, jest stan naszego pokoju przed wylotem, przy selekcji -> do pudła, -> do walizy,  ->do „darów losu”, którymi uszczęśliwiłyśmy nasze zakonne koleżanki.

Ku naszemu zachwytowi – Chunghwa Post czyli Narodowa Poczta Chińskiej Republiki kartki bożonarodzeniowe doręczyła w trymiga, w ciągu niecałego tygodnia, paczuchy dotarły równie szybko – pomimo, że nie wykupiłyśmy opcji „teleportacja błyskawiczna” i pozostałyśmy przy „normalnej prędkości poczta lotnicza”

Wracając w zamierzeniu na rok, i nie będąc pewna kwestii powrotu na ferie zimowe (naprawdę, wróciłam ze względu na tzw „okazję”), musiałam zabezpieczyć się we wszystko, zwłaszcza zaś w ciuchy, leki, polskie słodycze na nostalgię itp. Zatem rzeczy niekoniecznie potrzebne od zaraz zostały pozostawione zwinnym rączkom mego brata i rozdysponowane do wysyłki. Niestety, pojawiły się schody, opisywane TUTAJ >>KLIK dla przypomnienia<<.

Summa summarum, po długim oczekiwaniu tuliłam wytęsknioną paczkę do łona i Bambinej główki. Ku memu zdziwieniu – karton fachowo oklejono po kontroli celnej (te wysłane do Polski były dziewicze i nie tknięte śladem nożyczek, i chwilę zastanawiałam się, czy panowie celnicy nie zajumali jakiego suwenira. To zielone w dwóch językach informuje o przejściu przez kontrolę celną i dotąd nie wiem, czemu akurat moje sweterki oraz łakocie i witaminy kopsnął taki zaszczyt jak dogłębne macanie przez male chińskie rączęta.

Mniej więcej w tym samym czasie co szczęśliwy odbiór mojego zamorskiego dobytku, odbyła się wysyłka balsamów na bóle kręgosłupa dla Kasiorka. Minął tydzień i drugi, i nic. Po miesiącu wróciłam na Tajwan, Kasiorek upewniał się, że paczkę wysłałam, ale pan z niemieckiej poczty zalecił cierpliwość (bo te towary od skośnookich to na cle lubią potrzymać, nawet do trzech miesięcy, nie ma co się martwić), więc czekałyśmy w pokorze i spokoju… Miesiąc, i drugi nawet… W końcu zaczęła Katarzyna bombardować DHL żądaniami ustalania, gdzie owe cudotwórcze balsamy w kulkach utkwiły, ja zadałam podobne zapytanie Chunghwa poczcie … Obie instytucje zaczęły zabawę w „golone – strzyżone”, „paczka opuściła Tajwan w dniu 18 01, dotarła do Hongkongu i stamtąd na pokładzie tajskiego odrzutowca nr lotu TG – XXXX odleciała do punktu przeładunkowego we Frankfurcie” – informował tracking ChP, „pytajcie Niemców, bo to już nie nasza broszka” – doradzał miły głos z infolinii.

Tymczasem analogiczny tracking DHL zatrzymał się na 20% i jasno pokazywał, że wedle germańskich oprawców Słowian „paczka osiągnęła centrum przeładunkowe w Tajpej- Taoyuan” i dalej ani drgnęła. Gdy koszt połączeń z centralą i infolinią Chunghwy przekroczył 1500 NTD (czyli moje planowane  dwutygodniowe wydatki na jedzenie), w końcu pani po drugiej stronie słuchawki (za każdym razem inna, więc trzeba było referować sprawę od początku… po dwóch dniach już bez zająknięcia recytowałam po chińsku całą historyjkę…) nakazała iść na pocztę wypełnić formularz poszukiwawczy, bo ona tej paczki tu na pewno nie ma.

Formularz wypełniłam 3 razy. Bo – a to nie dotarł do centrali, a to znów nie było go w systemie, a to cośtam. Za czwartym razem, gdy  władająca angielskim pani oddelegowana do obsługiwania mnie podała asystującemu mi Młodocianemu (pani angielski miała opanowany w stopniu mniejszym niż powinna i Młodociany musiał robić za tłumacza, bo się tempejszczale nie chciało zrozumieć mojego angielskiego ani chińskiego) charakterystyczny zwój papieru, w który miałam wpisać po raz kolejny wszelkie detale … nie wytrzymałam. No dobra. Ile razy można pisać ROGGENSTEINERSTRASSE???

Normlanie wyszłam z siebie i stanełam obok. Najpierw padło „kao yao” – „stul dziób” w kierunku Młodego, a potem poleciały bluzgi, w trzech językach. Pani została nazwana tępą krową przynoszącą wstyd rodzinie, i tak dalej i tak dalej. Ze trzydzieści osób czekających w kolejkach obserwowało rozwój sytuacji. Gdyby nie szyba, to bym ją chyba pogryzła. I taki oto popis chamstwa i buractwa – zdał egzamin. Nagle okazało się, że nie muszę płachty wypełniać po raz kolejny. Mam tylko poczekac na potwierdzenie z DHL, że oni tej paczki nie mają, bo Chunghwa wysłała (pocztą rzecz jasna) zapytanie. Miotnęłam kilka soczystych wyrazów w języku polskim i ociekając ironią zapytałam pani, czemu nie gołębiem pocztowym, skoro ja mailem otrzymałam tą informację już dawno temu…

I tak dalej, mi trochę zeszło ciśnienie ale piekliłam się dla utrzymania należytego standardu obsługi. Stanęło na zwrocie kasy, na dzień – dobry 1000 NTD, ale kto wie, może uda się wynegocjować coś bliżej wartości paczki… Co ciekawe, komu nie mówiłam, to oczy przecierał  bo Chunghwa Post cieszyła się niepokalana opinią. Wchodzę na forum Obcych na Formozie – i patrzę: osób z problemem pokrewnym mojemu albo takim samym tylko w druga stronę (paczka z domu zniknęła) zrobiło się nagle ze 30… A zatem, jak mawia ksiądz Natanek – wiedz, że coś się dzieje... (kto będzie chciał, znajdzie sobie kazanie o miękkim Nju Ejdżu i innych kwiatkach satanisty Harrego Pottera)

A tymczasem – fejsbukowa recepta. Jak z paczki średnio-szybkiej najtaniej zrobić błyskawiczną?

czyli poczciwego białego gołębia przerobić na wyścigowego koguta o mężnym sercu, w dodatku kanibala…

…… ……

Czekam na decyzję Chunghwy odnośnie dalszej procedury. Ciekawe kiedy mnie powiadomią…

O miłości i partnerstwie w klimatach Dalekiego Wschodu I

- Mogę cię wykorzystać?- zapytał którejś nocy mój polski znajomy.

- Yyy, raczej tak…  A w jakiej sprawie? Bo jak pożyczka albo zakupy z dostawą do domu, to nie…

- Nie, nie o to chodzi… Wiesz, moja koleżanka wyszła za mąż za Japończyka, wyjechała tam, urodziła dziecko i teraz ma zonka, bo ani mąż ani teściowa nie chcą jej wyręczać i bawić, a dla niej to udręka i rzecz niezrozumiała, taki brak wsparcia, więc i szykuje się do rozwodu… A ja się tak zastanawiam, czy to norma u was skośnych czy ona tak trafiła niefartownie…

Na ile znam Japończyków, i jacy by nie byli uroczy, to – norma, zwłaszcza, gdy żyje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Mój kolega Keisuke opytany na tę okoliczność rzecz jasna entuzjastycznie zaprzeczył istnieniu jakiegokolwiek seksizmu w Cesarstwie Wschodzącego Słońca, ale mina srającego kota na hasło – „przewijanie, spacery, karmienie, niunianie” mówiła sama za siebie. Odpowiedź jest prosta: Japończycy nie pomagają na równych prawach w opiece nad dzieckiem, bo po prostu nikt im nie powiedział, że tak trzeba. Podobnie jak ja – dopóki nie zobaczyłam pewnej reklamy, nie wiedziałam, że włosy mogą się „puszyć”, i owo „puszenie”jest naganne estetycznie. No cóż. Moje puszystością jakąkolwiek wykazują się w dość nikłym stopniu tylko kilka godzin po umyciu i robią za grządkę szczypiorku po ataku piorunów, potem smętnie zwisają. A japońskie bobasy świetnie się mają pod opieką mamuś ( bo nikt ium nie uświadomił, że tatuś ma psi obowiązek czytać bajki i oglądać teatrzyki tudzież entuzjastycznie uczestniczyć w życiu pociechy, a jeżeli nie – to wywołuje straszliwe zmiany na psychice dziecka i powinien w związku z tym co najmniej się powiesić), i tylko jakaś (walnięta w potylicę) Polka uważa, że cała japońska rodzina powinna współuczestniczyć w trudach macierzyństwa, bo tak jest w Europie przyjęte… Swoją drogą, nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu, będąc dokładnie taką samą Polką, walniętą dla odmiany w czółko.

Powyższe zdarzenie natchnęło mnie do baczniejszej obserwacji ogólnych relacji partnerskich na Tajwanie. Zatem wnioski w sposób syntetyczny przedstawiam poniżej

1. Faza wstępna –  poznali się i…?

Tutaj uprawia się podchody. Fakt uderzenia w ślinkę z kimś na imprezie nie oznacza automatycznie „uzwiązkowienia”. Tu trzeba się „propose”, czyli tak jakby oświadczyć się w celu uzyskania wiążącej odpowiedzi, czy się panna będzie czy nie będzie prowadzać się. A takie oświadczyny – to może nie klękanie z bukietem róż czy innymi biżutami, ale na przykład zaśpiewanie wiele mówiącej piosenki w karaoke. Przy czym zanim do tego dojdzie, to „nierandkowe” spotkania trwają i z pół roku, ale najczęściej „nierandkuje” się tak z miesiąc-dwa. średnio ze 2 razy w tygodniu. Ważne – mężczyzna powinien za wszystko płacić, ale na to nie musi zgodzić się dziewczyna. Jak to mi ładnie ujęła TangXin – jej mama mówi, że jeżeli nie chcesz spędzić reszty życia z tym panem, to nie powinnaś pozwalać mu na wyłączne sięganie po portfel i raz na czas zaprotestować z gracją, zapłacić za siebie czy nawet coś zafundować.

2. Są razem i…?

No właśnie – i??? Co wyróżnia Tajwańczyka w związku? Ano to, że swojej pani tacha torebunię… Serio :D Popyla po mieście z przewieszonym przez ramię symbolem kobiecości, nieważne – że różowy, koronkowy, cekinowy, z dumą ukazuje światu zwisający z chuderlawego ramionka dowód swej atrakcyjności i uprzejmości. Drzwi nie otworzy, paltocika nie przytrzyma, w tachaniu siat nie wyręczy – ale torebkę niósł będzie wiernie i wytrwale. Czego zrozumieć nie mogą obcokrajowcy – że o co kaman z tą torebką, weź się kobieto ogarnij, chyba nie sądzisz że „to” załaduję sobie pod pachę i tak się po mieście będę lansował jak Pinki-Winki???

Tajwankom zaś w głowach się nie mieści, że Pan Romantyczny, który umie śpiewać po francusku, ma taki słodki bajer i jest taki mniam mniam przystojny i superwspaniały – że na kobietę usiłującą mu tą torebkę jakoś dyskretnie wtrynić za pomocą aluzji popatrzy jakby się owa istota posługiwała dialektem wenusjańskim, totalnie nie przyswajając treści komunikatu. Położony przed nosem przedmiot sporu ominie, nie zauważając, ewentualnie się potknie – i pójdzie dalej, zaś wciśnięty bezpośrednio w łapę przytrzyma jakieś 10 sekund, po czym położy w jakimś bezpiecznym miejscu…

Drugi wyróżnik – to koszulki, tzw matching outfit. Czyli – takie same toćka w toćkę, albo w kolorach kontrastowych, albo z pasującymi do siebie elementami graficznymi. Tajwańczycy w ogóle mają lekkiego szmyrgla na punkcie uniformów, jednakowości ubioru i okolicznościowych ciuszków, więc warsztaciki, gdzie pan lub pani wyprodukuje w trymiga koszulinkę z wybranym wzorkiem są nader popularne, a i co krok jesteśmy zachęcani do zakupu na przykład – klubowego Tshirta sekcji wspinaczkowej, wydziału, kibica itp.  Wykonanie jest z reguły całkiem przyzwoite (albo Tajwańczycy piorą ciuchy za rzadko i w dodatku w zimnej wodzie, więc nie ma się co dziwić, że wzorek się nie spiera… Też możliwe…)

Trwają spory, skąd pochodzi podbijający cały świat a bijący rekordy popularności słodki trend wszech-dopasowania. Ponoć – wymyślili go Koreańczycy, sprzedający do dziś najwięcej „pasujących” koszulek i gadżetów (breloczki do komórek, okładki na Iphona, kółka do kluczy, smyczki, pierdołki wszelakie). Ale reszta Azji wcale się nie poddaje i też produkuje oraz kupuje owe słodkie wyznaczniki parzystości na potęgę… A nie są to wbrew pozorom tanie drobiazgi.

A co z całowaniem? Publiczne obściskiwanie się jest mocno niemile widziane. Za ucałowanie kolegi w policzek na powitanie w knajpce zostałam zmieszana z błotem i zbluzgana oraz odsądzona od czci i wiary jako niemoralna wywłoka ze zgniłego Zachodu… Czyli buzi- buzi nie bardzo, publicznej wzajemnej eksploracji rejonów migdałkowych też nie przeprowadza się zbyt często .. Aczkolwiek parę razy zdarzyło mi się przyhaczyć gównażerię gimnazjalną oddają się z lubością i zapamiętaniem zgłębianiem tajemnic dentystyczo-laryngologicznych (komentarz Młodocianego: eeech, a ja nawet w technikum to mogłem sobie o tym pomarzyć tylko, bo jakby mnie kto złapał na realizacji, to miałbym z d… jesień średniowiecza).

I dotyczy to zarówno pań, jaki panów, we wszystkich konfiguracjach! Gejów się tu akceptuje, ale nie dzięki temu, że kreatury pokroju posła Biedronki. nie płaczą zbyt głośno o straszliwych homofobiach społecznych, tutejsi homoskesualisci mniej rzucają się w oczy. A jest ich – zapewniam- sporo. W Weznao znakomita większość panów woli panów. Przy czym są w miarę cisi i bezwonni, wyróżniają się głównie całkiem sensownym wyglądem i dbałością o siebie.

Będąc razem, można chodzić na spacery, trzymać się za rączkę, jadać razem obiady, chadzać do kina – i Tajwańczycy to robią. Przydałoby się też po jakimś (stosownym) czasie znajomość z gruntu platonicznego przenieść w pielesze sypialniane… I tu pojawiają się różnice tajwańsko- polskie, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nie ma się co oszukiwać, tajwańskie gimnazjalistki w słoneczko nie bawią się powszechnie. wiek inicjacji seksualnej spada, ale wciąż lokuje się znacznie powyżej 18 lat. Nie ma rozmów uświadamiających, nie zdradza się szczegółów alkowianych, nie dywaguje na temat walorów i umiejętności pań i panów. Natomiast licealiści Tajwańczycy mają lekcje „wiedzy o rodzinie”, do których  podchodzą  - jak do każdego innego przedmiotu - nad wyraz poważnie i zakuwają jak małe dzięciołki wszelkie potencjalnie ważne detale. Ale obyczajowo są dosyć pruderyjni, nieśmiałość skutecznie przykrywa porywy chuci.

Wiedza ta jest albo dość dobrze wpojona, albo jednakowoż robienie dzieci nie wychodzi Tajwańczykom za dobrze, współczynnik dzietności i wskaźnik urodzeń od lat na Pięknej Wyspie jest żałośnie niski (średnią podciągają mamy obecnych studentów i nastolatków, które miały i po troje- czworo dzieci, „próbując ustrzelić” męskiego potomka, tak ważnego dla dziadków, zwłaszcza ze strony ojca, którzy cisnęłi bezlitośnie o kolejne próby, i dlatego TangXin ma 3 siostry i dopiero na braciszku skończyła się prokreacyjna misja rodziny Hsu). Ciąże nastoletnie, studenckie i przedślubne zdarzają się z rzadka. Na hasło, że moja kuzynka urodziła mając lat 17, moi koledzy i koleżanki zrobili wielkie oczy – bo tu taka skaza na życiorysie  masa wydatków i utrudnień dla całej rodziny to rzecz nie do pomyślenia. No i taki wstyd! Taka hańba! Takie problemy dla wszystkich dookoła! Nie podniosłam zatem tematu ciąż gimnazjalnych i zabawy w słoneczko, wzbudziłam wystarczającą zgrozę w biednych tajwańskich serduszkach.

Aborcja na Tajwanie jest legalna, zabieg jest odpłatny (ale cena nie jest zaporowa), wymagana jest obecność osoby pełnoletniej, ale nie musi być to rodzic  czy członek rodziny. I tyle. Pigułki nie cieszą się olbrzymim wzięciem, głównie z uwagi na cenę, za to prezerwatywy są w smakach, kolorach i odmianach wszelakich. W ogóle – na tajwańskich sex-shopach nie ciąży odium „zła i brudu moralnego”, są to sklepy z fikuśnymi gadżetami wszelakiego rodzaju, w tym w sporej części asortyment u nas zaklasyfikowany zostałby jako „śmieszne rzeczy” – obok prezerwatyw i wibratorów leżą pałeczki do ryżu z penisową końcówką, popielniczki ze sprośnymi lub żartobliwymi tekstami,maski goryla, Tshirty z rozmaitymi nadrukami… tak sobie przypomniałam, że jadąc zarówno do Gorących Źródeł jak i na Wyspę z Rafą w pokoju obok jednorazowej szczoteczki i pasty do zębów, ręczniczka, szamponu itp znalazłam także przydziałowy kondonek z kotkiem…

Jak wygląda kwestia partnerstwa w związku? Bardzo różnie. Są pary gdzie on ją tłucze (bo tak i już) – zwłaszcza tyczy się to małżeństw mieszanych, między Tajwańczykami z niższym wykształceniem i obyciem, z braku innych kandydatek ściągającymi sobie spragnioną lepszego życia na granicą – narzeczoną z Wietnamu, Filipin, Kambodży, Indonezji, Tajlandii… Aczkolwiek sytuacja poprawia się coraz bardziej, zagraniczne żony są instruowane o swoich prawach i egzekwujące je… Tyle teoria, w praktyce – jest chyba podobnie jak w Polsce lat temu 20-30, gdy nie ważne jaki buras, ważne, że zagraniczny i stanowił przepustkę do lepszego świata, co stanowiło niejaką karierę społeczną. Do tej pory obsewruję takie stanowsko zwłaszcza w mniejszej miejscowości i pośród Ukrainek, dla których małżeństwo z potencjalnymi pieniędzmi oznacza gwarancję szczęścia na wieki.

Ale z tego co obserwuję – kobiety na Tajwanie są raczej wyemancypowane, pracują i są mniej lub bardziej niezależne od mężczyzn. Rozwody są też coraz bardziej powszechne i nie obarczone aż takim piętnem wstydu dla kobiety jak late temu kilka-naście. Mężczyźni uczestniczą w procesie chowania potomka już nie tylko w charakterze portfela i Kary Ostatecznej… Na przykład – w domu Młodocianego gotują mężczyźni, bo mama tego nie lubi i nie umie. Podobnie jak ja, nie trzyma się przepisów i wymyśla z rozmaitym skutkiem dania mniej lub bardziej odległe od oryginału, Młodociany robi za pralniczego i zmywarka i jest to jak najbardziej normalne. Na historię o Polkach skaczących dookoła swoich mężów jak koło pisklątek, i o facetach zalegających przed telewizornią gdy kobieta miota się między kuchnią, przedpokojem, odkurzaczem, dechą tortur oraz pralką – zapytał… — Eeee, serio?, NoWay! Ale już w domu moich nowo poślubionych znajomych – Mandy stwierdziła, że nie będzie pracować, ona zajmie się gotowaniem dla rodziny (czytaj – siebie i męża), a Nick ma zapewnić jej stosowny poziom siedzenia w domu.