O rajskiej wyspie, białych plażach, zielonych żółwiach i czarnych duchach

A wpis o kanonie urodowym leży w zanadrzu i straszy już nawet kiedy lodówkę otwieram…. Więc aby uniknąć pań z dynastii Tang, Qing, Ming i pomniejszych z wielką ulgą zerwałam się z zajęć, oddaliłam od nawiedzonej lodówki i udałam w kierunku czegoś, co zowie się „Małą Okinawą”. Duża Okinawa do wielkich też się nie zalicza, na wysepkach należących do Archipelagu Riukiu, rozrzuconego na Morzu Wschodniochińskim i Pacyfiku, żyje powiem około miliona mieszkańców 0 czyli mniej niż 1%całej populacji Kraju Kwitnącej Wiśni. Zresztą, z Tajpej na te wyspy to już tzw „żabi skok” – o ile znajdzie się samolot/łódkę udającą się w tamtym kierunku…

Ale – północ Tajwanu jest zimna i deszczowa i w dodatku droga. Japonia – jeszcze droższa. Zatem pomknęłam chyżobusem, z lekka tylko rozklekotanym – na południowy wschód…

W hrabstwie Pingdong, w mieście Dongguan (czyli Wschodniej Przystani) trwało gorączkowe malowanie, rozwieszanie dekoracji, zamiatanie, kolorowanie elewacji itp. Powód? Ano, zbliża się sezon na czarnego tuńczyka (polskiej nazwy brak, angielski odpowiednik to pacyficzny tuńczyk błękitnopłetwy… szczerze mówiąc, znam tylko dwa gatunki tuńczyka – z puszki w stanie” papki z mięsa mechanicznie oddzielanego od ości” oraz „z puszki w nieco większych kawałkach”, ichtiologiem nie jestem…). I co z tego, że zbliża się sezon? Ano, do miasta zwala się masa wszystkożernych Japończyków, łapczywie rzucających się na sashimi z owego nad wyraz super hiper smakowitego tuńczyka… Sashimi takowe kosztuje zatem odpowiednio, w sam raz na kieszenie bogatych obżartuchów z krainy wielkookich kreskówek… Zdarza się, że i 50-60 PLN za kawałek, taki na jedno kichnięcie i jeden ząbek…

Większość rybaków skutecznie umiejących wytropić i złapać owe smakowite potwory, ważce po kilkaset kilogramów i mierzące nawet i 3m długości – pochodzi z wyspy XiaoLiuChu, zwanej też – małą Okinawą, z racji na swoje umiejscowienie.

Ponieważ mało kto chce być rybakiem, z uwagi na brak nowych adeptów rybołówstwa oraz nieuniknione starzenie się i przechodzenie na emeryturę starszej generacji pogromców mórz i sardeli, wyspa XiaoLiuChu zaczęła się przebranżawiać – z osady portowej o długoletniej tradycji w kurort. Ma do tego wszelkie warunki…

Po pierwsze -leży około 20 km od brzegu, a więc smog z fabryk i hut Xiaogangu (największa tajwańska huta, stalownia, walcownia, odlewnia i diabli wiedzą co jeszcze, w każdym razie kombinat większy niż doskonale mi znana krakowska Huta im. Tadeusza Sędzimira, co z patriotycznym bólem serca przyznaję na forum…) oraz z stref przemysłowych Pingdong tam nie dolatuje.

Po drugie, wysepka położona jest bajkowo – na rafie koralowej otaczającej dawny, bardzo stary i wygasły wulkan.

Po trzecie – w tych warunkach zwłaszcza morska fauna rozwija się znakomicie, pozwalając mieszkańcom produkować urozmaicone posiłki złozone z owoców morza na wiele sposobów. Oraz rzecz jasna dostarczając romantycznej scenerii do podziwiania. Tajwańczycy pływać nie lubią, a opalanie się w stylu europejskim uważają za absolutną durnotę i poddają się takowemu zabiegowi, zwanemu „ludzkim grillowaniem” – przypadkowo albo w ramach kary za wyjątkowo wielkie przewinienia.

Po czwarte – religijna społeczność dawnych rybaków pobudowała na tej niewielkiej wysepce tyle świątyń, że bogowie łaskawym okiem spoglądają na rajsko-biało-szmaragdowy klejnot pośród szafiru i granatu okolicznych mórz.

Po dotarciu na wysepkę za pomocą szybkiej łódki raźno podskakującej na falach- - odkryłam wiele ciekawych spraw, związanych z wyspami koralowymi…(Powierzchnia tego kawałeczka raju wynosi niecałe 7km2, objeżdża się ją  dookoła skuterem w 20-30 min, przy czym na to 30 min to się trzeba solidnie napracować i jechać tak szybko, że prawie do tyłu…

Plaże koralowe są do-ba-ni!. To nie jest sypki złocisty piaseczek z Mielna, o nie… To drobno lub grubiej pokruszony żwirek, po którym chodzić się da, ale wylegiwanie się to raczej zadanie dla masochisty…lub fakira. Ponadto, do wody włazi się wyłącznie w butach i podkoszulku. Buty – bo nierówna powierzchnia skał koralowo- wulkanicznych jest schronieniem dla licznych stworzonek, na które nie chcesz nadepnąć no i fale ostro rzegotają nieco większymi kamyczkami w strefie przyboju, łatwo o kontuzję paluszka i paznokcia… Podkoszulek – bo smarowanie się kremem z filtrem jest niewskazane z uwagi na to, że substancje chemiczne zawarte w ochronnych balsamach mogą podrażnić lub wytruć okoliczne zwierzaki zamieszkujące rafę. A zwierzak może cię zaatakować i ugryźć. A stworki morskie są wielkokortnie bardziej jadowite od tych lądowych. A na plazy nie ma ratownika z antidotum na morskie neurotokstny, ani flaszek z octem ani nawet kotłów z wrzącą wodą (to w celu denaturacji trującego związku organicznego zawartego we wstrzyknietym jadzie). Aha. 

Ale za to można udać się na nurkowanie… Juppi! No, nie tak juppi… Moje nurkowanie -czyli skafander, butla, płetwy – to coś znanego mieszkańcom XiaoLiuChu tylko z filmów. Turysta chcący nurkować dostaje – pajacyk z lycry, butki neoprenowe (takie same jak moje w Polsce), kamizelkę ratunkową unoszącą na wodzie dostojny zezwłok, oraz rurkę i maskę. I tela. Może wsiadać na skuter, wiozący go do plaży. Aha, jeszcze kółko ratunkowe, po jednym na parę, spięte smyczą. Kółka się trzymamy, zanurzamy paszczaki i podziwiamy podwodny raj, a pan przewodnik nas ciągnie niczym skuter wodny, głośno omawiając mijane ciekawostki….

Prawie jak w szkole z „Gdzie jest Nemo” :D

Rozumiałam tak pół na pół jego chiński, ale w sumie, dużo mi tłumaczyć nie musiał. W końcu nurkuję od jakiegoś czasu i zgłębiam mimochodem zagadnienia związane z tzw pedalskimi kolorowymi rybkami, które można podziwiać w Egipcie, Chorwacji czy innej ciepłowodnej destynacji nurkowej. Dlaczego pedalskie? Takie powiedzenie z mojego pierwszego klubu, gdzie usiłowano mnie przerobić na niemal komandosa z Formozy, nurkującego w cienkiej piance w zimie,targającego ze sprzętem kilometrami, stojącego w opozycji do „egipskich nurków”, co to miętcy są i ciency jak wężowy zadek… Głupio się przyznać mi było, że ja to bym wolała jednak oglądać te pedalskie rybki kolorowe, tylko mnie nie stać na wyjazd do Egiptu, więc teraz zachwycam się okoniami i płocią-trocią-ukleją. No ale- przyszedł w końcu czas na oglądanie w wersji live kolorowej rafy koralowej :D

Zwieńczeniem wycieczki było bliskie spotkanie z ośmiornicą (zwinęła się w kłębek w norze i wystawiła tylko jedną mackę ze sporego rozmiaru przyssawkami i w odwłoku miała starania przewodnika w celu wywabienia jej z nory) oraz  wpadnięcie na żerującego żółwia. jak zapewnił pan przewodnik, żółw jest wegetarianinem, tak jak buddyści i krzywdy nam nie zrobi… Ale był spory, tak z 70 cm do metra długości. I minął mnie dostojnie machając płetwami – może o jakieś 5 m, wynurzając się co chwilkę aby zaczerpnąć powietrza (i rozejrzeć się, czy te głupawe człowieki zniknęły z horyzontu, czy nie).

Oj, jak płakałam w duszy, że nie mam swojego małego podwodnego aparacika… Żółw według mojego rozeznania – był żółwiem zielonym, osiągającym do półtora metra długości skorupy i do 500 kilogramów masy. Wbrew nazwie, jest raczej brązowawy, zielonkawą barwę ma za to jego tłuszcz.

Dzień drugi spędziłam na na objeżdżaniu wyspy dookoła na skuterku… Ulic jest tam 4 na krzyż, jakby się nie błądziło, tak się się wybłądzi po maksymalnie 5 minutach jazdy, po prostu trafi się na już wcześniej odwiedzony kawałek terenu :D Do tego 100 świątyń (od całkiem malutkich po takie pięciopiętrowe, z teatrzykiem dla duchów i fajerwerkami), 3 podstawówki i jedna Junior High oraz baza wojskowa i jakieś tam niby zabytko-atrakcje. Dlaczego 3 podstawówki? Nie wiem, ale w każdej z nich – a są to budynki słusznych rozmiarów, większe niż nasze polskie tysiąclatki – w każdym wielkim budynku uczy się tylko jedna klasa (albo rocznik, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam pana Yao, od którego wynajmowałam pokój i który jest kopalnią wiedzy o wyspie). W Junior High jest więcej klas, ale też nie za wiele – a po ukończeniu gimnazjum biedne dzieci piątek świątek sztorm i susza musza płynąć do Pingdonga, do najbliższego liceum (około pół godziny szybkim promem)… I nikt nie płacze, że muszą o 7 rano stawić się na sprzątanie terenu wokół szkoły…

Atrakcje XiaoLiuChu są – niezbyt imponujące  Przyzwyczajona do pozytywek i wodotrysków z Europy, czasem z trudem przestawiam się na lokalne „podziwianie scenerii” będące powodem do targania godzinę albo i dwie w jedną stronę, Zwłaszcza że owa sceneria sprowadza się do np kawałka skały oblegane przez turystów…

Tutaj za atrakcję robią-

- opuszczony fort artyleryjski ze ściągą dla celowniczego na ścianie

- pod fortem tzw „korytarz ekologiczny”, gdzie można do ręki wsiąść - rozgwiazdę, kraba, ślimaka morskiego, jeżowca i inne pomniejsze stworki, które dla ciebie złapaie i opowie o nich specjalnie wyszkolony pracownik

- ścieżki pomiędzy skałami wyrzeźbionymi przez erozję w arcyciekawe kształty – na przykład kalafior (miejscowi widzą tam wazon z kwiatami, ale dla mnie to bezdyskusyjnie owo biało-zielone, mało romantyczne warzywo)

-jaskinie

Jaskiń są dwie większe – ale niestety tzw „Beauty Cave” akurat była umacniana i remontowana, więc pozostało mi tylko i wyłącznie udanie się do „Groty Czarnego Ducha/Groty Czarnego Krasnala”. Legenda mówi, że ukrywali się w niej czarni niewolnicy, znalezieni na holenderskim statku, który złupił Koxinga – legendarny załozyciel tajwańskiej państwowości, poplecznik upadłej dynastii Ming uciekający przed zemstą manzdżurskiej dynastii Qing. Ale prawda jest nieco smutniejsza…

Mała biała wyspepka była od dawien dawna (podobnie jak reszta Tajwanu) terytorium Aborygenów, spokrewnionych z Maorysami i Polinezyjczykami, ciemnoskórych (wyraźnie ciemniejszych niż jasnożółci Chińczycy Han), wielkookich (Aborygeni mają normalne oczy bez tzw mongolskiej powieki, określane automatycznie jako „ładne, duże oczy”) myśliwych  rybaków i zbieraczy. Gdy podczas sztormu o rafę rozbił się holenderski statek zmierzający z lub do Indii, rzecz jasna resztki załogi spacyfkowano, a dobra zutylizowano. Taki występek przeciwko Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej nie mógł, zgodnie z polityką firmy, ujść bezkarnie. Gubernator Formozy otrzymał stanowcze polecenie ukarania bezczelnych „czarnuchów” – bowiem mocno opalonych Aborygenów właśnie tak nazywali Holendrzy. Mieszkańcy wyspy chronili się w jaskiniach, skąd atakowali karną ekspedycję. Holendrzy wycofali się z bardzo nikłym sukcesem – zdobyli dowody na obecność białych rozbitków i rozszabrowanie żaglowca (monety, miedź a nawet kapelusz o charakterystycznym kroju) i rozpoznali teren, lokalizując główną grotę. Trzy lata później kolonizatorzy powrócili. Grotę-schron zablokowano, szczelnie zamykając wszelkie otwory, poza obstawionymi przez wojsko niewielkimi dziurami, które wypełniono tlącą się siarką i smołą. Opar i dym niósł się do wnętrza groty. Po ośmiu dniach gazowania, gdy krzyki zamkniętych wewnątrz ucichły, jaskinię odblokowano, niedobitki płci męskiej wywieziono precz, na plantacje Batavii (obecnie Indonezja, Dżakarta), dziewczęta i kobiety zaś trafiły na Tajwan, gdzie służyły w domach Holendrów. Około 300 ciał wrzucono do morza. Depopulację wyspy – czyli usunięcie rdzennych mieszańców – zakończono 10 lat później, gdy chiński dzierżawca XiaoLiuChu, przejmując teren od Holenderskiej Kompanii Wchodnio-Indyjskiej, wysłał na Formozę ostatnich 10 autochtonów.

Mała wysepka, ale wypoczynek -bajkowy. Udała mi się i pogoda, i dobre dni wybrałam – mało tłoczno. Kiedy wracałam, akurat mijałam – chmury znamionujące zwyczajową po pełni Księzyca zmianię pogody oraz łodki szczelnie wypchane turystami.

SARS i inne przypadki

Kiedy radośnie byczyłam się na rajskiej plaży, pomna uwag mojej nauczycielki o zbawiennym wpływie oglądania telewizji na poprawę rozumienia ze słuchu i szybkości czytania (Chińczycy, Tajwańczycy i Japończycy posiedli wspaniałą i budzącą podziw umiejętność błyskawicznego czytania – i wystarcza im mignięcie 10-15 sek napisu na szerokość ekranu, czyli powiedzmy takiego zdania zbudowanego z 20 słów, a by ze zrozumieniem przyswoić sobie jego zawartość), postanowiłam solennie poświęcić tak z godzinę z rana i wieczora na oddanie się podstawowej aktywności czasu wolnego człowieka nieprymitywnego. Komputera nie zabrałam, mój telefon jest mega- łopatologiczny i do smartfona mu daleko, więc padło na płaski telewizor zwisający ze ściany (Tajwan to zagłębie technologii LED i plazmowej, więc ekrany o przekątnej przeszło metr wiszące sobie na wolnym powietrzu, na przykład przed wejściem do akademika nikogo nie dziwią).

No i co mogłam obejrzeć? Ano, telewizję śniadaniową, durną jak to standardowy program poranny, z dziwnymi konkursami i piszczącą prowadzącą, słodką jak syrop ze stewii (ponoć 400 razy słodszy niż cukier).

Chucka Norrisa, Jackie Chana i inne serialo-tasiemco-twory, produkcji mieszanej (tzn albo amerykańskie, albo chińskie/tajwańskie/made in Hongkong).

Wiadomości! Nie wiem co mówili i o czym rozmawiali, bo dyskusja dotyczyła hermetycznych zagadnień tutejszej polityki fiskalnej, ale uwagę moją przykuł biegnący dołem pasek. Biegł powoli i się powtarzał, więc mogłam zrozumieć. Otóż – 24.04.2003 wykryto i potwierdzono pierwsze tajwańskie zarażenie się SARS. Pierwszą ofiarą był tajwański przedsiębiorca robiący interesy w Macierzy/Chinach Kontynentalnych, który został zatrzymany podczas rutynowego w przypadkach pogotowia epidemiologicznego pomiaru temperatury ciała osób przybywających na terytorium lotniska.

Będąc pierwszy raz w Hongkongu widziałam ową służbę epidemiologiczną w akcji, ze stoiskami ustawionymi w zwężeniach ciągów pieszych (np przy ruchomych schodach), operującą dziwnymi pistoletopodobnymi przyrządami kierowanymi w stronę tłumu. Sądziłam wtedy, że to normalne w regionie, gdzie każdy pomyka w maseczce na buzi. Dopiero z kolejnymi wizytami na lotnisku Perły Orientu przyszło oświecenie…, gdy nie zauważyłam zamaskowanych, urękawicznionych umundurowanych tachaczy termometra… :D

Podczas epidemii SARS klapła tajwańska ekonomia (widać to było po wskaźnikach produkcji, importu, eksportu, produkcji, oraz obrotu towarowo pienieżnego), ludzie bali się wychodzić z domu i korzystać z np metra, przychodni, restauracji. Szpitale w których zamknięci byli chorzy i poddawani kwarantannie zamknięto i otoczono kordonem policji, panował kategoryczny zakaz zbliżania się. Efekt? Hospitalizowano 346 chorych, 37 osób zmarło, kolejnych 36 pacjentów zmarło w wyniku „komplikacji innych niż zarażenie wirusem SARS”.

Tu światowy przebieg epidemii. Tak naprawdę przychylam się do stwierdzenia, że epidemię to my mamy, ale - postępującego skretynienia, HIV, alkoholizmu i narkomanii oraz chorób pasożytniczych, a nie ptasiej grypy, na którą zeszło 5-7 000 osób na świecie. Takie owsiki ma 80-90% populacji, próchnicę niemal 100%, a komplikacje tych dwóch niegroźnych schorzeń mogą być bardzo poważne – nieleczona próchnica prowadzi do uszkodzeń wsierdzia, zapalenia kłębuszków nerkowych, chorób układu oddechowego

Teraz wtręt polityczny. Pod naciskiem Chin, Tajwan wykluczono z obrad WHO odnośnie epidemii, więc lekarze i eksperci mogli ewentualnie czytać nowości i opracowania na stronie Światowej Organizacji Zdrowia. Dlaczego? Ano, bo Tajwan formalnie nie jest członkiem ONZ, nie jest w związku z tym członkiem WHO, MKOL, Unesco, WTO i wielu innych organizacji działających pod auspicjami ONZ. Ewentualnie w ramach ochłapka ma status „obserwatora”, taki sam jak np.: Palestyna.

Jakby nie było, Tajwańczycy dali radę ogarnąć swoich chorych, udało się im znacznie lepiej niż w sąsiednim Hongkongu, gdzie śmiertelność sięgnęła 20%, czy w Chinach,  gdzie (według oficjalnych statystyk) zaniemogło przeszło 5000 osób, zmarło ponad 300. Aczkolwiek, podczas lekcji nauczycielki raczyły nas materiałami wspominkowymi z tego okresu – i nie było słodko wówczas. Łatwiej było mi zrozumieć maseczkowo- chusteczkowo- psikające alkoholem po rękach nawyki Tajwańczyków, które początkowo nieco mnie bawiły. Bo wyobraźcie sobie dżentelmena charkającego flegmą po trotuarze, za pazurami żałoba po kocie, zębiska rudo-czerwone od tytoniu i betelu, ogólna ocena wizualna i zapachowa wskazująca na odbycie ograniczonej w zasięgu kąpieli i prania z prasowaniem odzieży w dosyć sporym od chwili obecnej odstępie czasu – i ten jegomość z namaszczeniem psika sobie łapencje odkażalnikiem i mierzy złowrogim spojrzeniem mnie, kaszlem maskującą zakłopotany śmieszek…

Dokładnie 10 lat od zarejestrowania pierwszego tajwańskiego przypadku zespołu ostrej ciężkiej niewydolności oddechowej w wiadomościach w czwartek 24.04.2013 potwierdzono pierwsze tajwańskie zarażenie. Znów jest to osoba pracująca w Chinach w rejonie występowania epidemii. O ile poprzedniego delikwenta wyłapano na lotnisku, teraźniejszy przypadek sam zgłosił się do lekarza, ponieważ czuł się źle. Natychmiast zamknięto członków jego rodziny i szpital, do którego się udał. Objęci kwarantanną wcale się nie cieszą – w wiadomościach pokazywano  osiedle -blok ogrodzony przez policję i mieszkańców machających z okien do kamer wielkimi płachtami transparentów – Wypuśćcie nas! My wcale nie chcemy tu być! Jako rasowa egoistka z zachodu wysyłałam im mentalne wyrazy współczucia, ale osobiście wolałabym, aby swoje zarazki trzymali we własnym gronie, nie posyłali ich w świat.

Zwłaszcza, że moja sytuacja w wypadku ewentualnego trafienia do lekarza z objawami grypowymi i co gorsza zostaniu zakwalifikowaną do kwarantanny nie wygląda różowo. Nie posiadam bowiem karty ubezpieczenia zdrowotnego tajwańskiego, w związku z czym pokrywam pełną odpłatność za wizytę lekarską i koszty hospitalizacji. Dopiero potem na podstawie faktur mogę ubiegać się o zwrot pieniędzy od polskiego ubezpieczyciela. Koszty leczenia na Tajwanie są podobne do polskich, a nawet nieco niższe, ale mimo wszystko mogą uderzyć po kieszeni.

Przykład?

- wizyta u laryngologa , wraz z lekami na 3 dni – ok 60 zł.

- wizyta u „lekarza rodzinnego” z lekami – 40-60 zł

- masowanie – od 20 zł za krótki masażyk, 30 zł za mój kręgosłup lędźwiowy, 50 zł za pełen kręgosłup, 100 zł za dwie godziny relaksującego masażu całego ciała, 60 zł za leczniczo terapeutyczny, cholernie bolesny masaż stóp

- wizyta u lekarza tradycyjnej chińskiej medycyny z paskudnymi proszkami na tydzień – 50-70 zł

- plombowanie zęba – 100-150 zł

- aparat ortodontyczny stały na jeden łuk 6000 PLN plus wizyty kontrolne ok 100 każda i nie pytajcie czemu tak drogo, bo nie wiem.

Nie mam pojęcia, jakie są koszty hospitalizacji, ale zapewne w 100-200 zł dziennie się nie zamkną, zwłaszcza w wypadku co bardziej skomplikowanych badań. Nikt mi nie jest w stanie powiedzieć, bo Tajwańczycy (poza ortodoncją) placą od 10 do 50% tego co ja, i mają blade pojęcie ile co kosztuje bez zniżek. Ale z tego co mi powiedziała moja nauczycielka – jeżeli z grypą ptasią zgłoszę się do szpitala i trzeba mnie będzie izolować, to zapłacę ja. Ale, jak mnie zwiozą nieprzytomną z ulicy i zdiagnozują, że to złowroga H7N9, wówczas pobyt na kwarantannie sponsoruje mi rząd tajwański.

No cóż, poczekamy na rozwój wypadków. Na razie jest ten jeden pan w ciężkim stanie oraz 20 osób objętych kwarantanną. W każdym razie – czuję się bezpiecznie, nie będę uskuteczniać podróży w kierunkach epidemiogennych (wirus nie lubi ciepła, w Kaohsiung panuje miły tropikalny upałek), i ponoć po około 40 dniach ognisko zarazy wygasa samoczynnie. A, i w sprzedaży pojawiły się nowe modele masek, szczelniejsze i wirusoodporne.

A moim ulubionym serialem po chińsku szybko stały się – CSI wszytskie trzy serie, puszczane z napisami. Co ciekawe, rozumiem w niemal 100% dialogi :P

Ratując meduzy

Pojechaliśmy do Wetland Parku, odpocząć wśród zieleni nieco mniej sprzyjającej atakom komarów niż solidnie zacieniony park z Wieżą Tygrysa i Smoka. W jeziorku alias bajorku pływały biało-żelowate meduzy, uparcie dążąc do altanki na krańcu zalewu. Skąd falujące meduzy? Ano, z falującego morza, które połączone jest z AiHe, Rzeką Miłości, a woda z AiHe swobodnie wpływa do bajorka Wetland Parku i powoduje jego falowanie w rytm dobowy cyklu pływów, sterowanego księżycem  Tak więc sączymy lemoniadki z prawdziwej cytryny zmieszanej z dużą ilością drobno pokruszonego lodu, napawamy się widokiem półprzeźroczystych parasoli snujących się pośród fal, gdy nagle Młodociany stwierdził całkiem poważnie – Majia, ale my musimy je uratować…

Zmieniłam się cała w wielki znak zdziwionego zapytania. Co ratować?

- Bo one płyną do brzegu i tu utkną, bo woda jest za płytka, żeby mogły uciec, a słońce je poparzy, zobacz!

Rozejrzałam się i załapałam. Faktycznie, jedna z najbliższych meduz apatycznie falująca w jednej z nieco głębszych niecek wybitych w płyciutkim dnie brzegu bajorka wyraźnie przypominała pół ścięte jajko podczas procesu smażenia jajecznicy – tu i ówdzie błyskając sparzoną bielą pośród transparentnej glutowatości. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zastanawiałam się zbytnio nad systemem nerwowym meduzy, pamiętając z lekcji biologii w szkole podstawowej, że meduzy rozróżniają jasno-ciemno jakimiś narządami na brzegach kapelusza i tyle. O klinice leczenia oparzeń specjalizującej się w parzydełkowcach uszkodzonych przez promieniowanie UV nie słyszałam. Obiły mi się tylko o uszy historię o mniej lub bardziej niebezpiecznych kontaktach z parzydełkami tych uroczych zwierzątek, i o zbawiennym wpływie octu na obrażenia odniesione podczas zaplątania się w okolicę takie krążkopława czy stułbiopława.

I Młodociany zastygł na brzegu rozważając, jakby tu te meduzy uratować. Bo ja je dotykałam ostatnio, i nic mnie nie poparzyło. Dopiero po dłuższej chwili odstygł, pokiwał z rezygnacją głową i podreptalismy do motoru. Ale humor miał już zwarzony do końca dnia, nawet wielki puchar lodów z czekoladą i truskawkami jakoś nie pocieszył go za bardzo.

Sama nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Idea ratowania meduz jest dosyć absurdalna, a podobną kwestię w Polsce podniosłoby dziecko w wieku przedszkolnym. Jest to jedna z rzeczy, które podobają mi się w Tajwańczykach – mają zupełnie inny niż Europejczycy poziom empatii.

A potem przypomniała mi się powielana w wielu mailach/postach/motywatorach etc historia, będąca swobodnym nawiązaniem do „The Star Thrower” autorstwa  Loren Eiseley.

Na specjalne życzenie, mogę przetłumaczyć tą historyjkę. Ale tylko na bardzo specjalne. Ćwiczyć angielski trzeba :D

Tajemnica azjatyckiej wiotkości

To zapewne kojarzy każdy – wśród Azjatów najpopularniejszym kodem wizualnym jest – czarnowłosy, czarnooki, szczupły i niewysoki, w dodatku o perfidnie miękkich ruchach (poza sumitami i ewentualnie przedstawicielami pewnych grup etnicznych w obrębie Wielkich Chin i Cesarstwa Japonii)… A dziewczyna – nóżki jak patyczki, rączki jak zapałki i wiecznie na diecie (aczkolwiek nie zawsze tak było, krótki zarys kobiecego piękna w przekroju przez dynastie – już niebawem, siedzi na warsztacie i czeka na zlitowanie).

Właśnie… Tajwanki, jak wszystkie kobiety (poza ortodoksyjnymi Arabkami i Hotentotkami oraz osobnikami z olewactwem, tumiwisizmem i pełną akceptacją swego ciała vide Grycanki) – się odchudzają. W znakomitej większości w sposób pasywny, czyli są na mniej lub bardziej udziwnionej diecie. Widziałam już – dziewczątka opychające się hot-potem, ale nie zupą z tegoż, po lokalna wiara mówi, że kalorie z hotpotowych – mięsek, tofu, makaronu, warzyw i innych przechodzą do rosołu… Dziewczątka pijące rozmaite koktajle zdrowotno-dietetyczne. Dziewczątka wcinające wyłącznie wodorosty z ryżem. Dziewczątka łykające cud-pigułki (ściana poświęcona tematyce odchudzania w tutejszej aptece jest znacznie większa od ściany ze środkami na ból głowy, niemal równie długa jak ściana z preparatami na wieczną młodość i ściana z witaminami tudzież preparatami na lepszą koncentrację i ufałdowanie mózgu oraz napojami/pastylkami/batonami/listkami/maściami „energetyzującymi”). Nie dziwię się zupełnie. Jedzenie tajwańskie niekoniecznie należy do najpyszniejszych, ale – zdecydowanie idzie w biodra. Dużo węglowodanów – jak nie ryż biały (o ryżu brązowym czy czarnym nie słyszeli, jaśminowy to fanaberia), to kluchy, jak nie makaron – to pierogi. Do tego na okrasę trochę smalczyku, mięsko smażone na głębokim tłuszczu, koniecznie „very sweet” czyli z sadełkiem… I mleko sojowe lub inna cola na przepitkę… I chudnij tu człowieku  zgodnie z zachodnimi zasadami dietetycznymi… Toć od samego patrzenia zaczynasz widzieć te fałdy, celulullu, galarety w miejscach strategicznych itp.

Poniżej – mała ilustracja. Od kiedy sama z siebie schudłam w klasie maturalnej, prezentowałam wagę w przedziale 50- 55 kilogramów z tendencją spadkową, i wyglądałam jak mniej lub bardziej wypasiony pogrzebacz. Potem we wrześniu 2011 poleciałam na Tajwan po raz pierwszy… I się zaczęło. Najpierw 52 kilogramy zmieniły się w 55, 58,59 – niedostrzegalnie dla mnie, zajętej rzucaniem palenia i smakowaniem nowego świata. 60, 62… spodnie się nie dopinały, nawet te z założenia luźne… 63,64,65 – na frutti di mare, ostrygach, kawiorach z jajecznicą serwowanych co rano na śniadanie i innych egzotycznych przysmakach dotrwałam do powrotu do Polski… Najłatwiej to ocenić oceniając mój gabaryt w stosunku do koleżanki, która – nie przytyła podczas pobytu tu, a przynajmniej – nie odbyło się to w sposób lawinowy i znaczący a raczej symboliczny, o ile w ogóle miało miejsce. Na ostatnim zdjęciu stoję po lewej.

W ojczyźnie  zaczął się hardkor. Pomijam komentarze – od taktowanego: „Ale zdrowo wyglądasz” mojego brata, przez rozmaite uwagi dotyczące jakości i objętości poszczególnych rejonów wygłaszane przez mniej taktownych i bardziej dowcipnych. Fakt. W sprzęt do nurkowania się ledwo mieściłam (a mam taki skafander, który nie musi być obcisły). W ciuchy – żadne, a nadeszły akurat mrozy stulecia… W każdym razie, udało mi się zbić wagę do rozsądnych wartości, głównie zasługą były – fajki, mało regularne posiłki, stres i jazda na rowerze oraz dużo warzyw i owoców przepijanych kawą w ilościach gargantuicznych. A potem poleciałam na Tajwan po raz drugi, pełna obaw odstawiłam papierosy (tu naprawdę jest zbyt gorąco by palić, a przede wszystkim - nie mam tu większych problemów, nerwów, wyzwań, zadań bojowych, etc etc)

Więc? Jaki jest mój tegoroczny sposób na ograniczenie przyrostu wszerz? I w dodatku korzystną zmianę lokalizacji krągłości?

Azjatycki sposób na brzuch i biust

A poważnie – sama nie wiem, jak to się dzieje. Trochę ćwiczę, trochę uważam na to, co wcinam. A ta herbatka to produkt japoński (w nazwie, producent to pewnie Coca-Cola Company), reklamowany w Tajlandii, nie Tajwanie – i nie widziałam go jak dotąd w sklepach.

Tajwańskie pupilki

- Ty, te psy to tak naprawdę??? – zapytała Agga zszokowana widokiem spasionego labradora wiezionego na spacer.

- No, a jak? na niby? Wkleiłam w Fotoszopie?

- Nie no, może one mają w zadzie jakiś magnes, albo kawał żelaza, że tak siedzą, bo mój by nie usiedział…

To niezaprzeczalny fakt. Bronisław to ADHD w opakowaniu teriera. Chociaż moje prywatne zdanie jest takie, że jakby od szczeniaka był tresowany metodami mojego taty, to by stał na baczność, tańczył, śpiewał  recytował…, a  nie ganiał po całym samochodzie.. Ale – mój tata jest postacią w rodzinie legendarną, której pojawieniem nakłaniano pociechy do wtranżalania kaszki czy sprzątania pokoju „bo przyjdzie wujek Janusz, to zobaczysz…”.Tak na marginesie, zwracam uwagę na dwa zjawiska… Pierwsze z nich to butki stosowane do  jazdy na skuterze – a są to klapki i szpilki, i czasem zdarza się , że na skrzyżowaniu można pół sklepu zaopatrzyć w pojedyncze sztuki obuwia, co komuś spadło… Nie wiadomo im o niestosowności i niedogodności prowadzenia wszelakich pojazdów w obuwiu na wysokim obcasie lub łatwym do ześlizgnięcia, czy jak? Kwestia druga – kluczyki tkwiące w stacyjkach… Niejednokrotnie przez kilka godzin. Na Tajwanie złodziei jest mało, ludzie raczej nie kradną, więc nic dziwnego, że mało kto zaprząta sobie głowę zabraniem kluczyków, gdy opuszcza skuterek „na chwilę”…

Był to jeden z wielu szokujących widoków na początku mojej tajwańskiej odysei – idę sobie chodnikiem, mija mnie wolno jadący skuter, do kierownicy przytroczona smycz, na końcu smyczy spasiony labrador/pudel/kundel zasuwa raźnym truchcikiem, pan pali papierosa… Po osiągnięciu końca chodnika i rzucenia kiepem do kanału – pies wskakuje panu pod nogi, rozsiada się, wywiesza jęzor – i jadą do domu. Bowiem na Tajwanie psów się nie wyprowadza  Przysłowioe lenistwo Tajwańczyków doprowadziło to powstania nowego zwyczaju – skuterowania czworonoga. I wielkie zdziwienie budzi=ą moje oczyska wybałuszone już nie jak 5 złotych,, ale jak piłeczki pingpongowe… No bo jak to, u was się psy WY-PRO-WA-DZA? tak… spacerem? Albo nawet jedzie za miasto, żeby sobie pobiegały? Eeech, bujdy prawisz kobieto :D

Drugą tradycją jest oblekanie włochatego kadłuba. W grę wchodzą nie tylko stroje ( i to nie przaśne sweterki/płaszczyki, które co wrażliwsi właściciele wychuchanych czworonogów dziergają na drutach lub kupują w zoologicznym) – ale i butki, smyczki oraz prawdziwe kreacje z falbankami i cekinami, a nawet przebrania. Znów… Ja byłam od zawsze zdania, że to katowanie psa, i po to ma futro, żeby mu zimno nie było, a jak marznie, to pobiega i mu od razu zrobi się cieplej. A wciskanie jakiegokolwiek zwierzaka w ludzkie ciuchy (podobnie jak karmienie go ludzkim obiadem) – to robienie mu krzywdy i świadectwo co najmniej zdziwaczenia. Rzecz jasna, poza uzasadnionymi przypadkami np psów pracujących odzianych w odblaskowe kamizelki, ewentualnie odzież ochronną i butki. Nieco później obrodziło w mediach zdjęciami szczurowatych wynalazków typu york i cziłała, wyglądającymi z torebek i „czekoladą dla psów”, psimi truflami, lakierami do pazurów… Ostatnią osobą, która moje europejskie myślenie sprowadziła do parteru, był Młodociany, który zaprezentował mi live swojego Formosa Mountain Dog odzianego w gustowny T-shirt z Mario Bros…

I faktycznie – pies zdawał się być zadowolonym wyjątkowo ze swojego ubranka. Na nightmarketach (co to za wynalazek, szerzej napiszę w przyszłości,a  skrótowo – to taki bazar ze wszystkim, głownie średnio potrzebnym wszelakim badziewiem oraz jedzeniem i rozrywkami, otwierający swe podwoje po zmroku) równie popularne jak kramy z ubraniami/biżuterią/pierdółkami do włosów/majciochami/innymi, są te z psimi/kocimi stroikami, często-gęsto obsadzone zresztą psem właściciela…

Króluje rozmiar pokurczastego pudla – yorka-maltańczyka- meksykańskiej rasy chihuahua, ponieważ takie właśnie kieszonkowe szczekacze cieszą się największą popularnością, także z uwagi na niewielkie gabaryty tajwańskich mieszkań oraz wstręt Tajwańczyków do aktywnej pracy z większymi czworonogami. Co ciekawe – popularny u nas wilczur, czyli owczarek niemiecki – jest tu kojarzony z wyznacznikiem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. Popularne są labradory, a także jamniki, na które Młodociany reaguje radosnym piskiem – patrz Majia, idzie palówka kiełbasa :D (postępy w nauce języka polskiego w dziedzinie przekąsek/obiadów/posiłków/deserów robi znaczące… jeżeli pojedzie do Polski, głodował nie będzie…, ale RRRRRR mu za nic nie wychodzi, mówi dllllll i tyle).

Mój sąsiad ma regularnego husky…

Na zdjęciach wyraźnie widać, że Tajwan nie bez kozery dzierży palmę pierwszeństwa w dziedzinie produkcji psich ubranek… Zaiste- każdy, nawet najbardziej pokręcony i wymagający koneser znajdzie sposób, ażeby emanację swej osobowości zamanifestować na psim grzbiecie…

Nie powinno więc nikogo dziwić kuriozum w rodzaju farbowania psiej grzywki jako reklamy usług fryzjerskich…

Dodam, że widziałam tez mopsa czy innego maltańczyka usadzonego na podusi w salonie manikiuru i kosmetyki, robiącego za żywą reklamę i przyciagacza uwagi. Na moją uwagę, że nie pozwoliłabym sobie na to, żeby pryszcze wyciskała mi jakaś pańcia głaskająca swojego zapchleńca, Młodociany chwilę pomyślał  przyznał mi rację w kwestii higienicznej, po czym wyjaśnił, że zarówno właścicielka  jak i pracownice oraz klientki uważają jednakowoż, iż ów piesek jest „cute” czyli słodziaszny, i wcale się nie męczy na tym kontuarze, w oparze woni toaletowo-kosmetycznych.

No dobra. Każdemu  komu by się zdawało, że Tajwan to prawdziwa oaza psiej szczęśliwości, gdzie każdy piesek ma swoje ubranko, wybajerzony kojec, milion zabawek i przysmaczków z pańskiego stołu – przypomnę. Po pierwsze – po Kaohsiungu biega cała masa nierasowych kundli, które ktoś wyrzucił i tak sobie żyją, żywiąc się odpadkami i śpiąc na ulicach. Zresztą, do spania układają się bardzo sprytnie – niejednokrotnie tworząc figury geometryczne, okupując przestrzeń pod samochodami (cień i szczątki oparu klimatyzacyjnego), czasem tylko wpadają pod auta…

A rozmiar tego zjawiska jest regulowany polowaniami na psie mięsko. Niedawno w wiadomościach było o odkryciu policji w hrabstwie Yulin, gdzie jeden z obywateli prowadził przez kilka-kilkanaście lat knajpę z pulpetami z domieszką Burka i Azorka…, jako metodę utylizacji resztek z bardzo dochodowego procederu produkcji wywaru na psich siusiakach, sprzyjających zachowaniu płodności i podniesieniu możliwości seksualnych. Przy czym Młodociany, który mi tego njusa pokazał, kazał zaznaczyć, że amatorzy psiny są mniejszością spotykającą się z dezaprobatą społeczną, i że niejednokrotnie są to osoby – stare, ubogie i emigranci z gorzej rozwiniętych krajów.

No dobra. Powiązane notki – w tym także z treściami uznanymi za drastyczne i kontrowersyjne (w tym o jadłospisie chińsko-wietnamisko-koreańskim, opartym na psinie w pięciu smakach) oraz mniej drastycznymi, aczkolwiek wartymi uwagi:

1. Japoński symbol wierności – opowieść o Hachiko >>KLIK<<

2. O tajwańskich psach. O rasie Formosa Mountain Dog oraz o chińsko-wietnamskich kluskach z psinką na okrasę. >>KLIK<<  Tu można znaleźć treści drastyczne, obrzydliwe, niekaceptowane społecznie itp

3. Jeszcze o psach, tym razem z moim kolegą w roli głównej. >>KLIK<<  Kolega jest buddystą, a o jego wyczynach ze zwierzętami poczytać będzie można niebawem

Polka w wiadomościach po raz wtóry

Przeszło tydzień temu w nadmorskim kurorcie Kending odbywał się Wiosenny Festiwal Muzyczny, czyli – dużo młodych ludzi, spore grono białych imprezowiczów, laski w bikini pośród piany mydlanej etc. Serio, te laski widziałam w telewizji… Musiało być im zimno – bo standardowo ze Świętem Zamiatania Grobów nadeszła wiosna, a z nadejściem wiosny – pojawiły się kolorowe chrząszcze czy inne robale oraz – wiosenny deszczyk. Taki… monsunik, ciepły i wilgotny. No dobra, wilgotny, a ciepły – może w porównaniu z nadwiślańskim klimatem

Koledzy ze szkoły – w tym opisywany przeze mnie Michał i mój sąsiad z ławki, Roman zwany Marianem, alias LeiWen (Szok kulturowy/Wstrząsająca Kultura) rodem z Gujany Francuskiej i inni wybrali się celebrować 5 dni wolnego do Kending i potem na słynną górę Alishan, znaną z pięknych, zapierających dech w piersiach widoków.
W Kending bawili się średnio, bo pomimo optymistycznie słonecznej prognozy pogody - mżyło,  siąpiło oraz kropiło i wręcz lało. A jeżeli chodzi o widoki z Alishan – to LeiWen zapamiętał tylko jedno, dobitnie rzucające się w oczy - chmury  mgłę i chmurzyska…

Wczoraj Młodociany pyta mnie na fejsbuku – Majia, Sara Wantulok to polskie nazwisko?
- Ano, może być i polskie, może być też czeskie, słowackie i nawet ukraińskie, a ponadto- brytyjskie, amerykańskie, niemieckie, holenderskie, belgijskie (zależy dokąd emigrowali rodzice/dziadkowie owej Sary). A czemu pytasz?
- A bo w wiadomościach pokazywali studentkę i mówili, że z Polski, to się wolałem upewnić…

No cóż. Znalezienie się w tajwańskich wiadomościach kojarzy się raczej niezbyt fortunnie. Aczkolwiek Katarzyna i ja znalazłyśmy się dwukrotnie w gazecie, chyba nawet w okolicy pierwszej strony :D raz za sprawą Wendzarniowego Pikniku dla Sierotek, w którym ochoczo wspomagałyśmy nasze koleżanki, a raz za sprawą wycieczki do podstawówki w pobliskim PingTungu, gdzie udzielałyśmy dzieciom lekcji z polskiej (czytaj- zagranicznej) kultury i sztuki. A dlaczegóż to pani Sara znalazła się w materiałach publikowanych przez tajwańskie serwisy informacyjne?

Pamiętacie historię aparatu Canon, który znalazł się na plaży w Taidong?

Pani Sary akurat morze nie wyrzuciło pod nogi szczęśliwego znalazcy blond egzotycznej piękności, ale historia jest nieco podobna. W każdym razie morskie fale niosące najmniej spodziewane przedmioty – grają w niej sporą rolę.

Studentka pewnej krakowskiej uczelni  trafiła do tajwańskiego Hsinchu w ramach międzyuczelnianej wymiany, i wzorem chyba wszystkich obcokrajowców nie wiedzących co z sobą zrobić podczas z założenia rodzinnego święta Dnia Zamiatania Grobów – pojechała poimprezować do Kending. Tam w ferworze świetnej zabawy zapomniała o tym, że posiada jakąś torebkę… (no dobra, w tekście jest takie słówko oznaczające zgubić, zapomnieć, stracić). Zorientowała się po fakcie, gdy była już w drodze powrotnej do Hsinchu. Zapłakana zadzwoniła na komisariat w Hsinchu, informując o tym nieprzyjemnym fakcie, więc gliniarze z północnego Tajwanu w ramach pomocy skontaktowali się z tymi na południowym wschodzie. Niestety – torebki w klubie nie znaleziono… Sara była niezwykle zmartwiona, bowiem wśród zagubionych/skradzionych przedmiotów znalazły się jej dokumenty, przez co mogłaby mieć problemy z opuszczeniem wyspy.

W domniemaniu,  być może był to jej paszport? Jeżeli tak, to faktycznie, z uwagi na skomplikowane położenie geopolityczne Republiki Chińskiej, mogłaby mieć dziewczyna zgryz… Bowiem organu mogącego wystawić tzw dokument tymczasowy na Tajwanie Polska nie posiada, bowiem nie nawiązała stosunków dyplomatycznych ze „zbuntowaną prowincją”, i zamiast ambasadora/konsula w Tajpej rezyduje „radca handlowy” czy inny „przedstawiciel/pracownik Warszawskiego Biura w Tajpej”, wystawiający wizy dla Tajwańczyków jako „placówka Tokio II”

Ale… wszystko skończyło się dobrze. Podczas patrolu jeden z funkcjonariuszy Straży Przybrzeżnej zauważył unoszący się na falach szary przedmiot, który po wyłowieniu okazał się być damską torebką. Po sprawdzeniu zawartości stało się jasne, że jest to ta właśnie torebka, o którą pytał komisariat w Hsinchu, a wśród znalezionych w środku dokumentów była między innymi legitymacja tajwańskiej uczelni. Jeden z funkcjonariuszy, będący absolwentem owej Alma Mater  - spakował się w samochód i wyruszył w przeszło 400 kilometrową podróż, aby osobiście wręczyć zgubę studentce… :D

No i jak tu nie lubić Tajwanu?

Link do chińskiej gazety. Niestety, translator robi z tego straszną sieczkę.

Weselny rytuał fotograficzny

Nieodmiennie, każdemu tajwańskiemu weselu towarzyszy pstrykanie zdjęć. W Polsce niby też, i niby też mamy albumy weselne lub nawet płyty DVD (które, podobnie jak komunijne – każdy ma, ale jakoś mało kto ogląda… Chyba, że się mylę i znajdę osoby bez końca wracające do uwiecznionego na nośniku wielkiego wydarzenia?). Ale…. Nie spotkałam się jeszcze z – albumem z sesją ślubną, wyłożonym do publicznego oglądania, ani też PPT/animacją ze zdjęciami pary młodej, puszczanym ku uciesze gości i dla zabicia czasu podczas wesela…

Natomiast tu – to tradycja, bez której zaślubiny należy uznać za nieważne i osiągające szczyty obciachu, chaosu i tymczasowej niewyróbnej prowizorki. Wiocha i tela. To jak góralskie wesele bez obowiązkowej bitwy na „śtachety”, albo jak jakiekolwiek wesele bez przynajmniej jednego wujka śpiącego błogo pod stołem w ramach przepicia…

Pierwsze zetknięcie ze zjawiskiem „dnia sesji ślubnej”, podczas której młoda para spędza cały dzionek, od świtu do zmierzchu albo i dłużej, na uwiecznianiu siebie w wersji upiększonej, w rozlicznych pozach, ubiorach i lokalizacjach – przyszło w zeszłym roku, wraz z odkryciem na FB zjawiskowych fotek moich tajwańskich znajomych. Znajomi ci byli amerykańskimi stypendystami, którzy tzw „gap-year” czyli w tym wypadku rok przerwy między ukończeniem szkoły średniej a rozpoczęciem studiów, postanowili spędzić w przyjaznej atmosferze Tajwanu, na koszt rządów USA i Republiki Chińskiej. Ich miesięczny plan zakładał środki na dłuższą wycieczkę w celu zaznajomienia się z tajwańską kulturą, scenerią i obyczajami, więc pewnego wiosennego popołudnia przekonali swoją opiekunkę Abby do konieczności zamiany kolejnego wyjazdu na lokalną sesję zdjęciową, typowo tajwańsko-kulturalną. Efekt? Wooow.

(W celu lepszego i dokładniejszego obejrzenia obrazków, proszę na nie kliknąć :D. To – na wypadek gdyby ktoś nie wiedział. Można też otworzyć obrazek w nowej karcie)

Kilka innych przykładów sesji weselnych … Służę obrazkami. Tak na marginesie – te chińskie stroje raczej rzadko są wybierane przez Tajwańczyków, tak jak Polacy i Polski raczej w drodze wyjątku do sesji zdjęciowej małżeńskiej użyją strojów regionalnych. Tajwańczycy pozują na zachodnio, na bogato, na wieczorowo i na elegancko. Ta trzecia kolumna z mniej intensywnymi kolorami, niezbyt wyraźna to tzw behind the stage, materiał z tworzenia… Od razu widać ile zyskuje się dobrym obiektywem, filtrm, fotoszopą, doświetleniem.

Nick ( imię chińskie – Dzi-dzia) i Mandy (już nie pytałam, powalona tą dzidzią…). Jak widać – oprócz tradycyjnych ujęć w strojach ślubnych, są i takie wieczorowe, i nawet trampki na obcasie tez miały swoje 3 klatki filmu :D

U nas nie jest to nic niezwykłego – wszak każda para młoda ma albumik. Ale… chyba nie jest to aż tak celebrowane? Z tego co kojarzę, to młodzi „urywają się” na godzinkę-dwie z imprezy i tyle… No chyba, że robią zdjęcia u znajomego fotografa, to mogą liczyć na np wieczorną sesję pod gwiazdami w dodatku do standardu. Oczywiście – obowiązuje jedna, góra dwie kreacje i zazwyczaj jedna miejscówka typu – (w Krakowie) Wawel, Kładka Bernatka i Podgórze/Kaziemierz,  Ogród Botaniczny, Skałki Twardowskiego udające Chorwację (wtedy my, nurkowie, z wody zawsze wrzeszczymy do pana młodego – nie bądź głupi, rzuć ją,  my powiemy że to był wypadek… Tak, wiem, wiocha – ale nas to bawi wyjątkowo), zamek lub okoliczności przyrody w Niepołomicach, ruiny w Ogrodzieńcu, klasztor w Tyńcu. Mniej ortodoksyjnie – widziałam sesję na samolotach w Muzeum Lotnictwa ( a nawet w replice zabytkowego samolociku podczas pikniku lotniczego, na oczach 20.000 gapiów para młoda pozowała na tle Jenny należącej do tragicznie zmarłego Marka Szufy. O panu Marku Szufie TU, a Curtiss JN4  „Jenny” w przelocie  nad płocką skarpą – TU), była sesja na polu golfowym w Paczółtowicach, w Teatrze Groteska, sesję podwodną na basenie Wisły też widziałam. Ale – mimo wszystko króluje klasyka, znacznie mniej rozbudowana niż w tajwańskiej kulturze obrazków wrzucanych na twarzo-książkę.

W Kaohsiung pary cierpliwie stoją w kolejce do cyknięcia foci na tle wielkiego znaku AI (love) w Art Parku, tabuny się uwieczniają w otoczeniu mizernej jeszcze roślinności Wetland Park, panny młode stadnie zadzierają kiece i człapią pod górę, ku latarni morskiej na Cijin oraz obowiązkowo - romantycznie szargają (wypożyczony) przyodziewek na czarnej plaży/ poszarpanych skałkach Sizihwanu.

Każda firemka fotograficzna ma zresztą przykładowy album, i wcześniej wybiera się – to wnętrze, tamto tło, tą budowlę, te i te stroje, ten ten i ten plener. Po całym dniu ganiania w sukni, z welonem i trenem i innymi gadżetami – w efekcie dostaje się około 50 ujęć, z czego 10-15 jest drukowanych w formie albumu.Należy wybrać  także foto na sztaludze witające gości, zakładki ze zdjęciem i wizytówki oraz zaproszenia z motywem oblicz oblubieńców. Koszt takiej fotosesji to przeszło 1000 PLN, bliżej 2000 nawet. Ale -uważam, że się to opłaca, zwłaszcza porównując poziom wizualny polskich sesji moich znajomych z tymi tu (aczkolwiek widzę poprawę, coraz więcej fantazji, personalizacji i dostosowania do np zainteresowań czy osobowości młodej pary)

Jakieś pomysły na ciekawą sesję ślubną? Pani fotograf pytała się mnie, czy nie chciałabym zapozować w oryginalnej, zachodniej wersji katalogu z białą twarzą dodającą blichtru i powiewu wielkiego świata :D Czekam na sugestie….

Szok weselno-kulturowy w lekkim wydaniu

Mandy i Nick (nowożeńcy) oraz wynajęta przez nich firma weselna dołożyli starań, aby wesele było „prawie jak” z zachodniego filmu. W porównaniu z weselem polskim widać było pewne drobne i mniej drobne różnice…

  1.  Pytam Młodego – to nie jedziemy do urzędu/kościoła/świątyni?

Młody, setnie zdziwiony – a po co?

Tutaj nie ma obyczaju pospólnego uczestniczenia w ceremonii zaślubin  sprowadzającej się zresztą zazwyczaj do podpisania odpowiednich formularzy w urzędzie. Dokonują tego sami młodzi, bez świadków, gości, przemowy, mszy, szampana, błogosławieństwa, marsza Mendelssohna puszczonego z taśmy etc.

  1. Pytam Młodego – te, laluś, a kwiatki gdzie masz?

    -???

    Kwiatków się tu nie daje, nie daje się także – pościeli, serwisów kawowych, talerzy, ekspresów do kawy, mikserów, robotów kuchennych i innych mniej lub bardziej ciekawych weselnych podarków, które potem albo przydają się na nowej drodze zycia, albo gniją w szafie i ewentualnie zostają przekazane dalej kolejnym biorącym ślub nieszczęśnikom.

  2. Po przywitaniu przez „ciocię” (aiyi, czyli tytuł grzecznościowy zarezerwowany do wszystkich starszych od nas kobiet, których nie znamy zbyt blisko, włączając w to – sprzedawczynie, pasażerki w metrze, panie pytane o drogę etc. Tu „ciocią” była matka pana młodego) podpisaliśmy się w księdze gratulacyjnej wyłożonej na ladzie okutanej w fioletowy filcyk/aksamicik, po czym Młody wyjął zza pazuchy czerwoną kopertę i wręczył innej cioci, pełniącej funkcję cerbera przy owym kontuarze. Ciocia zanotowała Młodociane nazwisko, kopertę (podpisaną) otworzyła, przeliczyła zawartość i odhaczyła na liście.

    Czerwone koperty są w Azji tradycyjnym elementem gratulacyjnym, a gratulacje – to kasiora. Czerwone koperty wręcza się także dzieciom na Nowy Rok, przy czym umowny koniec tego miłego zwyczaju przypada na początek podjęcia pracy zarobkowej przez latorośl, ewentualnie ukończenie studiów. Z czerwonych kopert oszczędne tajwańskie pacholęta potrafią uskładać całkiem niezłe sumki :D

  3. Sala w bardzo eleganckim fiolecie z lekka przywodziła mi na myśl dom pogrzebowy i stypę… Ale, symbolika kolorów w Azji jest nieco inna, i tutaj wskazywała na – dyskretny szyk, wyczucie stylu oraz pro-zachodnie, liberalne i nowoczesne nastawienie młodej pary. Aiyi pokazała nam stolik niedaleko wejścia  ale szybko inna Aiyi popatrzywszy w płachtę ze schemacikiem rozstawienia gości po kątach kazała nam zwinąć się i teleportować w inne miejsce – tuż przy scenie, rzutniku oraz stoliku dla rodziny państwa młodych. Tak zwane superhonorowe siedzenie, byłam doprawdy wzruszona… No dobra, mi to wisiało, ale Młodociany był szczerze zaskoczony takim potraktowaniem jego skromnej osoby.

    No właśnie – stoliki rozrzucone były po całej sali, bo na tajwańskich weselach (poza aborygeńskimi) się nie tańczy. A co się robi? Ano, się patrzy, i się je. Oraz je. I jeszcze je.

  4. Rzutnik.

    Ooooo, tutaj naprawdę nie ma analogii z Polską :D Z rzutników leciało.. PPT ze zdjęciami pary Młodej, potem także filmiki o ich związku i nawet jakieś krótki transmisje z tego co dzieje się na scenie… O sesji ślubnej napiszę osobno, bo to temat rzeka… I duuuużo zdjęć :D


  5. Jedzenie.

    Podano 12 potraw. Ponoć to super dużo i na bogato, takie wypasione menu. I co z tego, jak i tak wyszłam głodna??? Były jakieś kluski szczęśliwości, ryż na dobrobyt, krewetki, jakaś zupa, druga zupa z kurczakiem (standardowo, łba mu nie odcięli  więc łypał na mnie oczodołem i rozdziawiał dziób… Chciałam sprawdzić  czy mu język nie dynda, ale niestety, w miejscu publicznym nie wypada bawić się jedzeniem), jakaś duża ryba, którą trzeba było dzielić na kawałki za pomocą pałeczek, jakieś ciasteczko.. Ogólnie ponoć bardzo frymuśnie itepe. Jak dla mnie – ubożuchno, po polskich weselach z kiełbasianą rozpustą i innym żarciowym przesytem. A wszystko spożywane ze zgodnym tłem w postaci ciamkania, mlaskania i nawet parę stłumionych beknięć się trafiło.

  6. Tradycyjne elementy.

    Czyli toasty. Był obowiązkowy toast pary młodej na scenie, gdzie stali wraz z najbliższymi, był toaścik spełniany gdy para młoda nawiedziła nasz stoliczek i trzeba było im gratulować… – i tyle. Alkohol? Taaa, w ilości: butelka wina na 10 osobowy stolik, przy czym mało kto pił, więc pod koniec imprezy wciąż była pełna w połowie.

    Toast na scenie – od lewej – konferancjer, teściowie od strony JEJ, ONA, ON, teściowie od strony jego. Oni winem, my soczkami. Wódki nie było pod żadną postacią.

    Potem – powitanie w rodzinie (no dobra, nie wiem czy to element chiński, czy nie, ale w Polsce tego nie spotkałam) – czyli starannie wyselekcjonowane pociechy do lat 8 miały na scenie powiedzieć jakiś wierszyk, odpowiedzieć na pytania po czym powiedzieć „witaj w rodzinie drogi wujku/kochana ciociu oraz zainkasować torebunię z okolicznościowym wkładem cukierkowo-gadżetowym..

    8. Panna Młoda – na początku nie było jej widać, po czym zrobiła wielkie entree. 

    Taka chińska tradycja – podczas zaślubin pan młody nie widzi wybranki… To relikt czasów małżeństw kojarzonych przez swatki, gdy ważne było, aby pan się nie rozmyślił na przykład na widok zeza, dziobów po ospie czy ogólnego złego wrażenia. Panny młode odziane w ceremonialne czerwone szaty, z obowiązkowym welonem (lub zasłonką ze sznurków i koralików) zakrywającym buzię podróżowały do rodziny męża w szczelnie osłoniętej lektyce, w akompaniamencie gongów i głośnej muzyki, odstraszającej złe duchy. Z drugiej lektyki panny młodej pilnowała zaufana niania, wioząca „wino ślubne” czyli mocny trunek z dużą ilością cukru, nastawiony w dniu urodzin dziewczyny biorącej teraz ślub  mający osłodzić ewentualne rozgoryczenie pana młodego… O tym, że panna młoda też mogła być rozgoryczona – nie pamiętał nikt. Taka kultura, zorientowana na synów, córki traktująca jako zło konieczne, hodowane na korzyść nowej a nie własnej rodziny.


    Mandy objawiła się poprzedzana przez całkiem ładnie ubraną parkę chińskich cherubinków sypiących kwiaty,  w białej krynolinie, w której z ledwością mogła manewrować miedzy stolikami… A powłóczysty tren musiała za nią nosić kelnerka, w jednej łapie taca z talerzami, w drugiej tren, full romantyzm … Potem przebrała się w coś złoto- szampańsko -falbaniastego, w czym od biedy dało się usiąść, a gości żegnała w kolejnej bezowato-parasolowej sukni na stelażu (stelaż – klatka, sztywny, a nie wszyte kółka), tym razem w chińskim kolorze weselnym, czyli czerwonym. Zazwyczaj panna młoda przebiera się dwa razy – z zachodniej w tradycyjną sukienkę, ale jak już wspominałam, oboje państwo młodzi lubią się pokazać. Fakt, że sukienki ładne, ale osobiście nie zapłaciłabym tyle – Nick bowiem zamiast wypożyczyć (co robi się zazwyczaj) kupił wszystkie trzy, co z dumą podkreślali oboje.


     ( W kółeczku – buty mistrza ceremonii… vide – Ach, gdzie ci Azjaci świetnie prezentujący się w garniturach? Ach, gdzie te niegdysiejsze śniegi… A ja się czepiałam Młodocianego i jego chodaków czekoladowy brąz)

    9. Elementy rozrywkowe

    Tańców i orkiestry nie było. Był za to – wrzeszczący konferansjer (drugi senior Młodocianego i kolega Nicka), z przejęciem zapowiadający kolejne fazy i objaśniający filmik na temat przebiegu związku szczęśliwych nowożeńców. Był taniec w wykonaniu Pana Młodego i jego kolegów. Był tort, który- nie wiem czemu, pan młody ciachał mieczem (tortem nie częstowano, stał tylko taki bajerny i kłuł mnie w oczy i pusty żołądek). 

    Było rzucanie bukietem – w wersji przystosowanej do pomieszczeń o niskich sufitach, czyli – bukiet miał przypięte 10 wstążeczek  z widowni wybrano 10 koleżanek panny młodej i każda z nich dostała koniec kokardy do ciągnięcia w swoją stronę. 

    Był wreszcie konkurs na „jak dobrze się znacie”, gdzie pan i panna młoda udzielali za pomocą butów podnoszonych wysoko w górę (nie widząc się wzajemnie)  odpowiedzi na pytania w stylu: kto z was częściej się upija/kto pierwszy wpycha jęzor przy całowaniu (Nick, ty zboczeńcu, wiedziałem)/kto więcej pierdzi/kto dzieli kasą itp.

    Była przydługawa przemowa pana w dżinsach i podkoszulku, z uroczym irokezem, który dość rozwlekle opowiadał coś po tajwańsku (nie rozumiałam ani słowa). Jak się potem okazało, był to lokalny polityk, zabiegający o wyborców w nadchodzących za dwa-trzy lata wyborach. Właśnie – jak widać po przykładzie pana polityka, nie obowiązywały szczególnie ortodoksyjne stroje czy fryzury. połowa bardziej wyjściowa, drugie pół na luziku. 

    No i była loteria.

    Na każdy stolik przypadły 2 losy, ukryte pod krzesłem. W tym – jeden pod mymi szanownymi 4 literami… :D Jak się okazało – wygrałam 200 NTD (około 25 zł)!!! Jest to wyczyn, bo w tajwańskiej loterii ciężko wygrać :D

    Po około 2 godzinach towarzycho rozpełzło się won, do domów :D I tyle z weselicha…


    Zdjęcia niebawem. Muszę je poskładać, a czasu mam niewiele. No dobra. Udało się dziś :D

Zaszczycam swą osobą tajwańskie weselisko…

Po wielu latach prób, wyrzeczeń, noszenia torebki, kupowania rozmaitych pierdół drenujących kieszeń i zmuszających do brania olbrzymiej ilości nadgodzin, fundowania wakacji i robienia innych rzeczy upewniających o szczerej chęci związania się z Mandy, nadszedł oto dla Nicka dzień ostatecznego przypieczętowania owej szalonej decyzji, czyli ślub i wesele. Mnie owo zjawisko dotknęło nieco nieoczekiwanie w Norwegii.

Siedzę sobie i poleruję mój chiński, dukając przez Skype z Młodocianym, gdy nagle ów zagulgotał coś nieco niezrozumiale. Na widok moich oczu znamionujących szczerą i niewinną chęć pojęcia przeszedł na angielski

- Majia, bo ty piszesz bloga o Tajwanie, prawda? Ano piszę.

- I tam piszesz o różnych tajwańskich sprawach kulturalnych i obyczajowych, prawda? Zdecydowanie prawda, czasem się pojawi takowy temat.

- A pisałaś już o ceremonii zaślubin? Oczywiście, że nie, bo i skąd miałabym mieć materiał badawczy?

- A może chciałabyś napisać? No, może i bym chciała…

- Bo wiesz, mój senior z pracy (senior to tytuł z automatu przysługujący komuś starszemu od nas, czyli senior na studiach jest rok wyżej, senior w pracy pracuje trochę dłużej niż my itd) się będzie żenił i zaprosił mnie na ślub, z osobą towarzyszącą, a nie mam z kim…- To idź z bratem, niech się chłopak zabawi zanim wstąpi do klasztoru… (brat Młodocianego planuje zostać mnichem buddyjskim, na razie jest tylko wegetarianinem i robił za ogolonego wolontariusza w świątyni)

- No coś ty! Pomyślą, że jestem gejem… Poza tym słyszeli, że mam białą dziewczynę, to chcieliby ją poznać, bo to honor i splendor i ogólnie szpan że ho ho.

Aha. Kurde flak, Młody, skrócę cię o głowę, ty niepoprawny bajerancie.

I tak zaczęło się poszukiwanie europejskiej kiecy, która pozwoli mi na tym weselu godnie reprezentować Stary Kontynent, jego wysoką kulturę i niebanalną tradycję eleganckiego ubioru, jednocześnie nie będzie zbyt ostentacyjna (nasze sukienki weselne z satyny i inne bardziej wieczorowe kreacje odpadły w przedbiegach – za eleganckie i rzucające się w oczy), będzie pasowała do Młodocianego gajerka i krawatki – i jeszcze ja zgodzę się ją założyć… Masakra. W roli konsultanta wystąpiła mama Młodocianego oraz Młodociany w charakterze tłumacza- ale odpadli po 30 propozycji, którą wciąż była nie taka… Bo na tajwańskim weselu obowiązuje inny dress code niż u nas. Stroje casual w rodzaju dżinsiki i tiszercik oraz getry z tuniką w panterkę nie są wcale be.

Ponieważ Pan Młody nakłonił swoich kolegów do wystąpienia w gajerach – ja nie mogłam niestety odziać się w słynną zieloną sukienkę… Tudzież – odpadły – dżinsy, bojówki, rybaczki, legginsy w kropki, szeroka gama bluzeczek letnich itp. Stanęło na granatowej kreacji kupionej na obronę, ale dla pewności do walizy zapakowałam jeszcze 4 inne, tak jak mawiają Tajwańczycy – just in case, na wszelki wypadek. I kategorycznie zabroniłam wtrącania się w celu konsultacji…

Bardzo cieszyłam się na Azjatów w garniturach. Ich szczupła budowa doskonale pasuje do klasycznego gajera, nie wystaje im żadne brzuszysko, mogą założyć i kamizelkę i marynarkę bez efektu opiętego balona, w dodatku spodnie w kantkę doskonale maskują tzw płaskodupie pospolite, Azjaci lubią klasykę więc nie będzie żadnych śliwek i fioletów/krasnych kropków,kratków, ptaszków, kwiatków i innych nowomodnych tryndów… Nastawiłam się na armię klonów w oficjalnym wydaniu, coś a’la specgrupę dyskretnie jednakowych funkcjonariuszy BOR w strojach wyjściowych… Nie muszę chyba mówić, że -srodze się zawiodłam, już w momencie kiedy w me drzwi zapukał wbity w lekko ciasnawy garniaczek Młodociany… Który z lekka zastygł ujrzawszy mnie w tzw „gali”, na obcasie, z makijażem itepe. No dobra. Każdy tak reaguje, głównie dlatego, że na co dzień strój, wizaż, stylizację etc traktuję mocno po macoszemu. Więc różnica jest znacząca. Popatrzyłam na znieruchomiałego Młodego…. i nastąpił zgrzyt. Yyyyy. Czy ty masz zamiar iść w tych butach??? -obrzuciłam krytyczno- niedowierzającym spojrzeniem kamasze na oko o dwa rozmiary za duże, w dodatku – ewidentnie czekoladowego koloru. Taaaaak, a co, złe? No tak jakby, za duże i kolorystycznie z lekka odstają od matowej czerni garnituru, białej koszuli i błękitnego krawata… Eeee, czepiasz się, przecież to buty od garnituru, kolega mi pożyczył bo moje się rozkleiły…

*** spuśćmy zasłonę milczenia na resztę mojego prostego wykładu o podstawowych zasadach doboru kolorów w strojach oficjalnych i nietakcie polegającym na zaniechaniu pastowania obuwia do poziomu lustrzanego błysku (mój tato i brat to dwóch pedantów, zawsze jak spod igły, więc mam dobry materiał porównawczy). Młodociany pojął chyba różnicę oraz niuanse, bo stwierdził, że tak czy tak musi kupić nowy fraczek z uwagi na rozbudowę objętości klaty i ramienia, więc będę ciałem doradczym ***

Odsztafirowani udaliśmy się do restauracji weselnej, napotykając pewien drobny problemik w postaci lokalizacji celu podróży. Data 31.03.13 wedle chińskiego fengshui i innych wróżb była bowiem datą niezwykle pomyślną, stąd wiele imprez weselnych w tym dniu. A lokal, do którego nas zaproszono to 7 pięter restauracji, na każdym piętrze 3 sale, w każdej sali para młoda celebrująca swe zaślubiny …  Nick i Mandy jako szpanerzy pozujący na nowoczesnych i bogatych zdecydowali się na wybór droższej wersji, „w stylu zachodnim”.

CDN….

Tańczący Bogowie

W tradycji chińskiej wyróżnia się dwie główne religie (buddyzm i dao). Na Tajwanie współistnieją one harmonijnie i równolegle, często przeplatając się wzajemnie – w świątyniach dao pojawiają się postaci z buddyjskiego panteonu, niektóre święta są wspólne .. Ale tak naprawdę, nikt mi dotąd nie wytłumaczył jasno i klarownie, co jest czym. Nie wiem dlaczego – czy wynika to z jakiegoś tabu w rodzaju – nie rozmawiamy o religii, albo – jak można tego nie wiedzieć?, w każdym razie Młodociany potrafi podać przykłady, co jest inne, a co takie samo, ale sam pląta się w zeznaniach. Bo teoretycznie jest buddystą jakimśtam, ponieważ odmian buddyzmu jest wiele i jego buddyzm i buddyzm jego cioci z Japonii to dwa inne buddyzmy, co nie przeszkadza mu modlić się i w jednym i w drugim a dodatkowo uderzyć do świątyni dao przy okazji… Ale – konkrety podawał tak mgliste, że odpuściłam mu dalsze indagowanie.

Zagroziłam tylko, że opiszę wedle własnego rozeznania, i jak napiszę bzdury – to na jego barki złożę odpowiedzialność.

Prosta różnica. Dao widać, buddyzm jest „low profile”. Fakt. Jeżeli ujrzysz na Tajwanie świątynię, na widok której dostaniesz oczopląsu i bólu głowy, bo jest tak kolorowa, złocona, zdobiona, umajona i udekorowana – to jest to dao.

Jeżeli gdzieś miastem tupta/jedzie na samochodach-platformach parada z muzyką (vide „napiep..nie pokrywkami, o którym wspominałam) i lektyki z bogami podskakujące na sprężynach – to jest to dao. Jeżeli w świątyni ktoś jara szluga popijając piwkiem – to jest to świątynia dao (gdybyś nie zorientował się po oczojebnych kolorkach na wejściu). Jeżeli przed świątynią odbywa się teatrzyk i nie ma miejsc siedzących dla publiczności – to jest to dao, i teatrzyk dla rozrywki bogów.

Najciekawsze dla mnie w dao są właśnie parady, z rozmaitych okazji. Bóg ma urodziny – parada (a bogów jest wiele tysięcy, więc okazji do świętowania co niemiara). Święto takie/siakie/owakie – parada. Parada może być skromna, ot, takie wyprowadzenie lektyki z buddą/bogiem na spacer po dzielnicy, albo taka bardziej wypasiona – z muzyką, fajerwerkami, tańcami, przebierankami… Takie coś jest unikalną tajwańską tradycją, niestety – praktykowaną coraz rzadziej i przez tzw doły społeczne (powiedział to Panda, serdecznie żałując, iż lepiej sytuowani Tajwańczycy niestety są zbyt zajęci pracą, by uczestniczyć w tego typu wydarzeniach religijnych).

A już wyjątkową nietypowością mieszaną z rzadkością są – tańczący bogowie. Udało mi się zobaczyć takie widowisko całe dwa razy, więc mogę spokojnie uznać się za szczęściarę – bo to rzadkość, i niektórzy obcokrajowcy znają je tylko ze słyszenia… Ponieważ dao pomału wymiera, podobnie jak nasza tradycja kolędowania (prawdziwego, przebraniami Heroda,Śmierci, Cygana, dziada z babą itp, a nie łażenia z szopką i zawodzenia jednej strofki „Luuulaaaaajże Jeeeeezuuuuniuuuu”) – tym bardziej warto wspomnieć.

Niestety, bliżej nie jestem w stanie określić, co to za postaci – tylko tyle, że są wielkie, masakrycznie paskudne, wywracają oczami i mogą przyprawić o solidny zawał serca, gdy się przyśnią lub spotkasz takiego nagle w ciemnej uliczce… Tańczenie w całym paradowym rynsztunku wymaga sporej formy, dodatkowo – aby zniwelować niekomfortowe odczucia, aktorzy w kostiumach mają zagwarantowane  oprócz wypłaty i to całkiem niezłej – bo ok 2000 NT za taniec, gdy płaca za godzinę dorywczej roboty wynosi ok 100 NT – także alkohol, papierosy i betel do żucia bez limitu. Młodociany swego czasu był zafascynowany tancerzami i bardzo chciał dołączyć (bo to takie cool, fajki, kasa, tatuaże, wizerunek złych chłopców z podziemia….) do trupy swojego kolegi. Ale mu przeszło… Jedno wiem, jest to unikalne, tradycyjne i tajwańskie, oraz niesamowicie symboliczne, gdyż każdy gest, kolor, malunek ma znaczenie nieodgadnione niestety dla obcokrajowca (niczym opera pekińska, gdzie oprócz śpiewanych arii połowa historia zawarta jest w ściśle określonych detalach, od koloru sukni czy makijażu i trzeba być dogłębnie zapoznanym z kulturą chińską aby w pełni docenić takie przedstawienie).

Drugą z okazji były nieco inne figury – czyli wielkogłowe bożki fikające w rytm techno >>KLIK<<. Co ciekawe, całość zobaczyłam w buddyjskim mega-sanktuarium Fo Guan Shan. Młodociany najpierw nie mógł uwierzyć i trzy razy pytał, czy aby na pewno to była Góra Tysiąca Buddów, a po zobaczeniu filmiku zamknął się w sobie, gdyż prawdopodobnie jego światopogląd religijny został wstrząśniety dogłębnie. Do tej pory nie wiem czym.

O tańczących bogach powstał nawet film :D (trailer po chińsku TU >>KLIK<<) -taka miła tajwańska historia syna, który nie chce kontynuować rodzinnej tradycji tańca w świątynnych uroczystościach… I troszkę od kuchni pokazuje ciężką pracę – tancerzy/muzyków/akrobatów/aktorów i ich środowisko. Co najciekawsze – film powstał ponoć na kanwie autentycznych zdarzeń. Zapraszam do obejrzenia… Tytuł – DinTao, Leader of the parade

Szybki podgląd akcji… Dawno, dawno temu u mistrza tańca dao studiowało dwóch uczniów z miasta Taizhong, każdy z nich założył swoją szkołę-firmę. Panowie nie darzyli się wielką sympatią i rywalizowali, a niechęć przeszła na synów… (brzmi prawie jak religijno-gejowska wersja Szekspira pt Romeo i Julio…). Chłopczyk  który kostiumowi domalowuje wąsiska – to niepoprawny ancymon, który w dodatku tradycję rodzinną ma w głębokim poważaniu, bo on w religijne bębny ani myśli tłuc, on chce być – muzykiem rockowym za Wielką Wodą. Ale – dosięga go przeznaczenie w osobie marzącego o emeryturze tatusia, który w jego prozachodnie ręce przekazuje pałeczkę zarządcy, choreografa i szefa szefów. Długowłosy usiłuje przerobić swoją trupę na modę nowoczesną, ale tatuś -pseudo-emeryt nie pozwala na to, chyba że po swym trupie… Do tego wszystkiego dochodzi rywalizacja z synem adwersarza tatulowego, Czerwonym Pasemkiem (tajwańskie imiona są pokręcone na tyle, że nie umiem ich zapamiętać). Aby przygotować swoją grupę do występu w ogólnotajwańskim konkursie i ogólnie ogarnąć nieco zwyrodniałe i zdemoralizowane towarzycho – Długowłosy wymyśla resocjalizacyjno-integracyjny wypad wzdłuż i wszerz Tajwanu w poszukiwaniu inspiracji i celach treningowych (czyli to bieganie z bębnami po autostradzie)… A co dzieje się dalej nie powiem :D Ale film ogląda się całkiem przyjemnie.

Tańczący Bogowie jeszcze kilka lat temu byli niezwykle popularni. Masa dzieciaków ze szkół średnich i jeszcze młodszych uległa „bogomanii” podobnie jak kiedyś np.: modzie na przynoszenie żywych szczurków/chomików/myszek w piórnikach do szkoły,potem szałowi hodowli gąsienic i noszeniu poczwarek do szkoły, zbieraniu pokemonów i hotwheelsów etc. Tańczący Bogowie pojawili się nawet na otwarciu World Games 2009 (czyli tych niby Igrzysk Olimpijskich, tylko z ciekawszymi dyscyplinami), gdzie jeździli na skuterach, co wywołało łatwy do przewidzenia dziki entuzjazm publiczności… :D

Drobna uwaga. Przez najbliższy tydzień się urlopuję, więc nowych wpisów nie będzie…