Wielkanoc

Wesołych Świąt, smacznego jajka oraz mokrego (nie zimnego) Dyngusa życzy Majia z Hen Daleko…

 

Pisanek tu nie ma, bałwanów też – ale coś udającego bazie skrzyżowane z kolorowym jajkiem znalazłam…

 

Wszystkim wiernym Czytelnikom dziękuję za bycie ze mną przez ostatnie pół roku.  :D Za głosy zachęty, komentarze i pomysły na kolejne notki jestem bardzo wdzięczna, bo dają motywację do dalszej pisaniny

I jeszcze – chińska optymistyczna piosenka, o wiośnie która ma nadejść :D >> KLIK<< Pani nazywa się Hebe Tian i jest ulubioną piosenkarką mojej nauczycielki od słuchanek, więc oprócz zwykłych tekstów/dialogów/filmów obowiązuje nas płytoteka Tian Hebe i uzupełnianie tekstów piosenek… Całe szczęście – Hebe preferuje repertuar refleksyjno balladowy…

 

PS. Jak widać – pomimo katastrof naturalnych (trzęsienie ziemi mi przeszkadzało w pisaniu o śniadaniach, Kim III Koreański usiłował nie dopuścić do powstania notki o Hongkongu), nadrabiam obiecane zaległości … W planach na najbliższe – coś o nietypowej religii i coś o obrzędach funeralnych, bo w następnym tygodniu Tomb Sweeping Day, czyli tajwańskie Zaduszki…

Spacer wokól wzgórza Wiktorii

Do Hongkongu/Perły Orientu/Wonnej Przystani mało kto lata czysto turystycznie. To punkt przesiadkowy, centrum biznesowe i brama na komunistyczną Strefę Taniej Produkcji czyli SSE Shenzhen. 

Ostatnia nazwa – jest dokładnym tłumaczeniem znaków Xiang – kadzidło, zapach i Gang -przystań, czyli chińskiej nazwy Hongkongu. Dawniej, zanim nastała era kolonizacji, cyfryzacji oraz przemysłu bankowego – miasto leżące u ujścia Rzeki Perłowej słynęło z wyrobu kadzideł, w buddyjskim i daoistycznym świecie chińskiej religii zużywanych w ilościach monstrualnych.
Hongkong – jak pisałam, jest dla mnie miastem z żelbetu, stali i szkła, kompletnie wertykalnym i dającym wrażenie zimna, oraz duszącej ciasnoty. Ale – dla mnie odstręczające jest już warszawskie centrum, z wieżowcami po 20 pięter… Niby wychowałam się w blokowisku, ale – blokowisku na obrzeżach miasta, z małą ilością wyższych budynków, z parkiem i alejkami słusznych rozmiarów – więc betonowa dżungla niezbyt mnie fascynuje, stąd moje wycieczki na Sizihwan i po wszystkich parkach w okolicy.
Całe szczęście, oprócz terenów przeznaczonych pod zabudowę  jeszcze Brytyjczycy za czasów kolonialnych wytyczyli strefy parkowe, i to w czasach, kiedy pojęcie „ekologia” nie istniało, a jeżeli istniało – to tylko w słowniku wyrazów trudnych oraz rzadkich. Jednym z rezerwatów stało się Wzgórze Wiktorii – strome, zalesione wzniesienie -najwyższe na Wyspie Hongkong (581 m). Ze względu na ukształtowanie terenu i położenie, w dziwny sposób w tym miejscu natura utworzyła naturalną oazę klimatu umiarkowanego ciepłego, w kontraście do okolicznych upałów, zabijających dżentelmenów we frakach i cylindrach oraz ladies w krynolinach.

Tęskniący do chłodnego i mglistego Londynu Anglicy rozpoczęli sezon wycieczek na szczyt, obowiązkowo w lektykach wnoszonych przez kulisów po wyrąbanej w gęstym lesie drodze, a potem powolne stawianie rezydencji na stokach nachylonych pod kątem 45 stopni  Najpierw stacja sygnałowa radia i telegrafu, potem szpital – niestety, pomimo zmiany klimatu, ozdrowieńców nie przybywało, więc szpitalik opuszczono. Potem rozpoczęto mozolną budowę tzw letnich domów, u nas znanych jako „działki” a u sąsiadów zza Buga jako „dacze” (należy pamiętać, że Wzgórze Wiktorii było rejonem podmiejskim… Podobnie jak znajdująca się na ul. Królewskiej/Podchorążych w Krakowie siedziba Wydziału Architektury Polibudy Krakowskiej kiedyś dawno była podmiejskim, letnim pałacykiem królewskim we wsi Łobzów). Wraz z uruchomieniem cudu techniki, czyli tramwaju na linie – okolica z rekreacyjno-wypoczynkowej zmieniła charakter na luksusowe osiedle mieszkaniowe dla elity. I takie status quo utrzymuje się do dziś.

Ze szczytu góry można podziwiać rozciągającą się, mniej lub bardziej zamgloną i ukrytą w rudej kurzawie zanieczyszczeń panoramę najwyżej sięgającego miasta świata. Istnieją nawet mapo-plansze, informujące o punktach topograficznych. A jest tych wieżowców sporo, właściwie co jeden to lepszy… Azjaci mają bowiem specjalności budowlane. Chińczycy budują hotel z papieru w 3 miesiące a nawet tydzień, i mają specjalną machinę do autostrad… Wrzucasz z przodu piasek, smołę, asfalt, kamienie i co tam jeszcze, machina jedzie powoli jak żółw ociężale, a z tyłu wychodzi gotowa droga :D Japończycy budują konstrukcje odporne na trzęsienia ziemi, a mieszkańcy Hongkongu nabyli umiejętność stawiania stabilnych konstrukcji w miejscach gdzie przestrzeń jest łaska ale zlokalizowana pod bardzo niekorzystnym kątem w stosunku do linii horyzontu….

Domy są tu piekielnie drogie, ceny podaje się w milionach dolarów. Zaiste – rozumiem, bowiem widok jest niesamowity, w dodatku można się odgrodzić od dzikiego tłumu piszcząco-miauczących Chińczyków, rześka bryza odgania smog przyganiany rudą chmurą wraz z wiatrem znad przemysłowego Shenzhen. Tym większym zaskoczeniem był wypatrzony za zakrętem domek – wyraźnie opuszczony i z lekka zrujnowany. Phoebe (moja dobra dusza i anioł stróż w Hongkongu) wyraziła nawet przypuszczenie, że dom jest nawiedzony – bo nie zostawia się takiej miejscówki tak po prostu… Elewację zdobiły nieliczne grafitti, w tym – Get out i inne pokrewne po chińsku. Ze środka nikt nie wyniósł ani nie odbił – mebli, marmurów, sztukaterii i stiuków, nawet okna nie były wybite. Straszno tam było i nawiedzały mnie mroczne wizje jakiej upiornej łapy albo innej Sadako pojawiającej się znienacka…

Nie śmiać się. Strachajło ze mnie wyjątkowe, boję się duchów i potworów spod łóżka oraz z innych ciemnych zakamarków. Do tej pory nie umiem w nocy zrobić siusiu po ciemku, tylko obudzona w nocy zapalam światło w łazience, bo mam z dzieciństwa zakorzeniony lęk przed wielką łapą właśnie, co wyłoni się z otchłani sedesu i złapie mnie za pośladek a potem wciągnie do Hadesu … Nie śmiać się, mówię… 

Jednak, w moim odbiorze najbardziej interesującym miejscem w całym Hongkongu jest mimo wszystko lotnisko. Taaaakie samoloty, w takich malowaniach i kolorach, normalnie lesze niż sklep z zabawkami :D Ale – ja mam swoiste gusta i upodobania… I nie zmuszam nikogo do zachwytu nad masą blachy, która robi wrrrrrrum :D

W każdym razie – tu widać wyraźnie, jak mieszają się kultury i narody. Nie mówiąc już o szlifowaniu chińskiegp w praktyce – komunikaty lecą w trzech językach – chiński kantoński (nie rozumiem ani słowa), chiński mandaryński (ooo! Rozumiem ! Alleluja) oraz angielski (ooo? A jednak nie do końca zrozumiałam…). Przez długie godziny ganiałam wte i wewte po terminalu II, robiąc zdjęcia i obserwując różnokolorowy tłum, jasno i ciemnożółtych Chińczyków, Japończyków w czapeczkach, śniadych Indonezyjczyków i Filipińczyków, Murzynów z Afryki, białych w rozmaitych stopniach spieczenia (najbardziej różowo malinowi byli obładowani gadżetami Rosjanie na przesiadce z Tajlandii), Hindusów w turbanach… Rozwalona na leżaczku kontemplowałam piękny zachód słońca z oceanem i samolotami w tle, gdy nagle koło mego leżaczka skitranego za kwietnikiem i filarem ustawił się starszy jegomość. Chyłkiem rozejrzał się po stronach, z torby wyciągnął dywanik, strzepnął go gracko i magicznym ruchem rozłożył, po czym na nim przycupnął i zaczął procedurę walenia hasanów. Dołączył do niego kolejny i kolejny, a ja się zastanawiałam – po pierwsze czemu oni te hasany wbrew tradycji walą w stronę zachodzącego słońca z północnym azymutem (no tak, wedle Europy Mekka jest na wschód i południe, wedle Hongkongu na zachód i północ właśnie)… I nie powiem… oni chylili czoła ku podłodze w lekko nierównym rytmie a mi robiło się z lekka mroźno w okolicy kręgosłupa… Z ulgą odetchnęłam, kiedy poszli w kierunku innego gejta.


Gdyby ktoś nie wiedział co to walenie hasanów – to zwyczajowe pokłony towarzyszące muzułmańskiej modlitwie salat. Kolega, który niedawno był na wakacjach na Malediwach opowiadał, jak to o 6 na ulicach wszyscy się zatrzymują, padają na kolana i łotają czołem o bruk… Ba, nawet linie mają specjalne na ulicach wytyczone, żeby równo się rozstawiali…

Śniadanie na Tajwanie…

Kiedyś stworzyłam sukcesywnie rozbudowywaną listę tematów „życzeniowcyh” do opracowania. Każdy mógł mi podrzucić temacik, który szczególnie go interesował, a ja zadeklarowałam się go w miarę wyczerpująco rozwinąć.  Ponadto sama zapowiadałam – że o tym-i tamtym napiszę później. Efekt? Lista liczy sobie ze  30 pozycji, a ja ciągle nie mogę ukończyć i opublikować niektórych wpisów. Szczególnego pecha ma temat  jedzenia i np - wycieczki do Hongkongu, którą odbyłam w grudniu… Co zacznę w temacie dłubać, to skasuję połowę wcześniej napisanego tekstu, bo denny, nudny, dygresyjny, nie na temat, niezrozumiały itp. Twardo postanowiwszy, że póki tych dwóch nie skończę, nowe zagadnienia nie będą w ogóle rozpatrywane - dziś, natchniona dyskusją o mięsie z robalami i innych żywnościowych wynalazkach postanowiłam wreszcie oświecić każdego w kwestii zapychania przewodu pokarmowego.

 

Zasiadłam i… wydarzyło się trzęsienie ziemi. Więc być może jednak rozważę kontynuowanie montowania notek, od których kontynuacji powstrzymuje mnie już nie indolencja a intuicja… :D

Wpis chciałam upstrzyć możliwie dużą ilością zdjęć, a tu zmoka. Śniadań nie fotografuję . Zatem wrzucam co mam, i nie będę robić nowych zdjęć, bo naprawdę nie ma czemu…

Przypomnę sobie, jak wyglądało śniadanie polskie Panny Madzi?

* Wersja A – kawa z mleczkiem lub bez mleczka, w zależności od tego, czy zmobilizowałam się do wyprawy do sklepu, czy też lenistwo/inne niecierpiące zwłoki sprawy wzięły górę. Do tego papierosek, dwa lub trzy. Plus trochę światła  bo tyle mam w lodówce, oprócz niewidzialnego pingwina, który zżarł wszytko inne…

* Wersja B – co zostało w lodówce… Czyli opcja sprzed ataku pingwina

* Wersja C – wypasione śniadanko, oparte głównie na mleku, owsiance, jogurcie, białym serku z warzywami i niewielkiej ilości chleba z padlinką, tfu, wędlinką

 

A jak wygląda to na Tajwanie?

* Wersja A – zaspałam, więc tylko kawa z substytutem mleka/ substytut kawy z substytutem mleka i sztucznym cukrem w płynie – zależy, gdzie kupuję

* Wersja B – nie zaspałam, więc do kawy j.w. dołączymy sandwicz z kotletem z kurczakowego cyca i rozmaitymi warzywami. Kawa pozwala nie zwrócić uwagi na nieco niecodzienne połączenie smaków, czyli słodki chlebek plus pikantna panierka kotleta. I przypominam sobie za każdym razem, gdy to coś spożywam, jak kiedyś z obrzydzeniem krzywiłam się na propozycję wsadzenia wczorajszego schabowego do kanapki…

* Wersja C – śniadanie spożywam towarzysko, ze znajomymi, odpowiednio wcześniej wstając etc, może wystąpić w dwóch wariantach, pseudo-zachodnim lub lokalnym.

Wariant 1 to na przykład – hamburger lub tościk w wielu odmianach farszowych:  z jajkiem sadzonym i plastrem smażonego mięcha lub „serem żółtym”, lub „masłem”  ( nieodmiennie ze słodką nutą w pieczywie, ostro trącącym cukiernią), do tego parówka podsmażana w jakiejś dziwnej panierce i nabijana na wykałaczki lub tzw talarki z kurczaka (coś jakby  stripsy z KFC, o których nikt nie potrafi powiedzieć, jaka to część kurzego odwłoka posłużyła do ich produkcji), żeby było zdrowiej i wonniej, wszystko umajone drobno poszatkowaną kapustą i cebulą.

Wariant 2 to bardziej tradycyjne opracowanie tematu najważniejszego posiłku dnia. Wedle znawców chińskiego metabolizmu, o poranku należy zapchać sobie arterie choler-sterolem dostarczonym przez: smażone pierogi z kapustą, smażone kluski- bułki parowe z mięsnym farszem lub naleśnik z omletem i mortadelą plus „ser żółty” i – cebula lub szczypiorek w ilościach zdolnych to wyprodukowania takiej ilości gazów bojowych, że połowę Korei Północnej wybije sama, jednym solidnym beknięciem.


Wszystko konsumowane – uwaga – ze styropianu (alias „z laptopa”) lub z woreczka foliowego (wersja „na wynos”), zwłaszcza zupy i kanapki ciepłe. Osobiście mnie to nieco brzydzi, nie lubię atomów plastiku w spożywanym żarciu - ale Tajwańczykom nie przeszkadza. Argument o zaparzonym toście i rozmiękłej bułce zupełnie nie trafia. Aha, spożywane pałeczkami. Pochwalę się – uczyniłam znaczące postępy w tej dziedzinie. Na początku pobytu bowiem zupełnie nie wiedziałam jak te bambusiki chwycić, jak nimi operować, i jadłam jak ostatni ułom. Wstyd, hańba, poruta i siara… Ale już mi przeszło :D  nawet komplement mi się zdarzyło zaliczyć (nie wiem na ile kurtuazyjny, a na ile prawdziwy).

Do tego herbatka z mlekiem. W Polsce tzw bawarkę dałam sobie wcisnąć dwa razy. Pierwszy i ostatni. Natomiast tu smakuje mi wybornie. Może dlatego, że nie dają tu normalnego mleka, od którego robią się kożuchy? Tylko sypia taką sproszkowaną atrapę substytutu , w związku z czym należy kubkiem przed otwarciem solidnie potrzepać? BTW, kubki są tu foliowane od góry, bardzo wygodny wynalazek  nic nie chlapie, nie rozlewa się w torebeczce – zaiste, rewelka. Teraz mi tak do głowy przyszło, że mój zaiste cudowny rozrost klatki piersiowej, alias nowiuteńkie ”zderzaki” które dotąd funkcjonowały w modelu „naleśnik”(nawet po utyciu) to efekt właśnie tej mleczno herbacianej diety. Okres  burzy hormonalnej wieku dojrzewania mam już za sobą od pewnego czasu, a coś mi się kojarzy, że chyba wedle mądrości ludowej ten napitek właśnie odpowiada za porost biustu i przyrost pokarmu u mam karmiących…

Efektem regularnego spożycia właśnie takich porannych posiłków – jest mój skok gabarytowo-masowy, z 50 do 65 kilogramów.

Teraz popastwię się nad poszczególnymi składnikami menu:D

* ser żółty

Zasługuje na szczególną wzmiankę, z wielu względów. Wielbiciele cheddara, edamera i innych żółtych, dziurawych śmierdzieli będą na Tajwanie solidnie zawiedzeni. Ser żółty jest bowiem koszmarnie drogi, kilogram można nabyć za równowartość ooło 150 PLN. Nie jest to jednak jedyny minus. Kolejnym niemiłym zaskoczeniem jest – jakość tegoż produktu. Konkretnie, za kupę kasiory otrzymujemy jadowicie żółty twór, przypominający w badaniu organoleptycznym  jako żywo serek topiony, albo to plastrowane paskudztwo z Hochlanda, ewentualnie inną biedronkową podróbę…

*mleko

Występuje z zasady w dwóch rodzajach – w obrzydliwym proszku, i jeszcze paskudniejszym płynie. Jest słodkawe, podobne do śmietanki do kawy tylko z lekką nutą skondensowanego, dosmaczonego mleka z tubki (alias ukochanej, najlepszej i jednynej pasty do zębów). Szklanka mleka prosto od krowy to na Tajwanie rarytas, kosztuje chyba piątaka na specjalnej turystycznej farmie, gdzie mają krowy, koniki, kozy i króliki, które można zobaczyć z bliska, pogłaskać i pokarmić. Litr pseudo-mleka w płynie – 8.50PLN. Puszka mleka w proszku – od 60PLN w górę.

* ser biały

Rzadki, kremowy twarożko-jorgurto-serek homo, oczywiście – cukrowany w sposób przekraczający granice dobrego smaku. Produkt kolekcjonerski. Cena wprost proporcjonalna do powszechności występowania.

* masło

Żarówiaście żółte coś, w odcieniu wpadającym w pomarańcz, jednoznacznie identyfikującym margarynę. Cena – oszałamiająca, bo to ponoć masło. Chyba dla tych, co masła nie jedli… To tak, jakby wciskać góralowi mokry i przesolony falsyfikat wyprodukowany z mleka krowiego, twierdząc  że to najprawdziwszy oscypek (znam ze słyszenia przypadek górala, który za takie oszustwo mało sprzedawczyni zębów nie wybił…). Smak tajwańskiego masła? Margaryna „Smakowita” czy inna „Palma”, jednoznacznie woniejąca olejem. Być może zawiera śladowe domieszki mleka.

* chlebek

Czyli waciane, białe niewiadomoco, w smaku żywcem przypominające drożdżówkę marketowej jakości, a przy tostowaniu wydalające intensywną woń ciastka, karmelu i chemikaliów. Oczywiście, w smaku – obowiązkowo słodkie. W połączeniu z parówką udającą kiełbasę i mortadelą zastępującą salami, oraz keczupem, smażoną i zieloną cebulką oraz atrapą sera – robi niezapomniane wrażenie jako „pizza”. Włoch by chyba eksplodował na miejscu po zjedzeniu, bynajmniej nie z zachwytu… Całe szczęście,  istnieją na Tajwanie małe piekarenki, produkujące piekielnie drogi (15 PLN/bochenek) tzw chleb niemiecki, zbliżony do naszego normalnego codziennego pieczywa pod względem smaku i konsystencji. Nie powinno zatem dziwić, ze przybysze znad Wisły i innych normalnie karmiących krajów planując dłuższy pobyt – kupują machinę do pieczenia chlebka z instantu. Nie wiem na ile jest to zdrowsza alternatywa ( bo piecze się go z gotowej mieszanki, do której trzeba tylko  dolać wody i włączyć cykl), ale na pewno smaczniejsza…

* drożdżówka

Chcąc wrzucić na ząbek coś słodko-śniadaniowgo można się paskudnie naciąć… W pozornie niewinnym ciastku może czyhać bowiem farsz tak paskudny, że już nigdy nie popatrzysz w stronę półki z łakociami bez profilaktycznego zasłonięcia dzioba dłonią, aby przeczekać gigantycznego kozła, który właśnie wywija twój żołądek… Co udało mi się – jako naprawdę wielkiemu cukrusiowi i łasuchowi – zakąsić? Ano – masę jajeczną, która wygląda jak budyń, ale niestety nim nie jest… bardzo niestety. Oleistą czekoladę. Ciasto w ciemniejszym kolorze, udające czekoladę. Szczytem wszystkiego była buła z zielonym środkiem, o smaku jakoby zielonej herbaty (mi zalatywała jednak bardziej płynem do naczyń lub mydłem kwiatowym) z kulką  marmolady, która to marmolada zawierała w sobie jeszcze pestkę. Bo miała być niby wiśnią.

* wędlina

Najpierw była jadowicie malinowa mortadela, zwana nie wiedzieć czemu szynką. Potem były nieco mniej oczojebne, ale równie sztuczne koloryzowane parówki. Potem jakieś pulpety mięsne. I gdy już rozważałam serio przejscie na przymusowy wegetarianizm – znalazłam normalną polędwicę w plasterkach. Z przyprawami. Całkiem znośną, jasnoróżową,  spełniającą europejskie normy zasolenia, koloru  konsystencji i smaku. Taka – powiedzmy sopocka, z półki do 25zł/kg. Tyłka nie urywa, ale zjeść się da. Nie wiem tylko czemu serwują ją – uwaga – z glonem, na makaronie instant okraszonym jajem wbitym do wrzątku (zowie się to chyba” jajo w szklance”, a tu raczej – jajo w misce), w dodatku zalane zupą koloru pomarańczowego, o swojskiej nazwie „borshtch”.

OK… starczy marudzenia. Kolejny wpis żywnościowy będzie – albo o obiadach, albo o tym, co na Tajwanie warto zjeść :D Żeby nie było wątpliwości, na czym mi tak krągłości się wypełniły :D przy czym od razu mówię – znalazłam swoją niszę ekologiczno- żywnościową, i nie głoduję.

Z wiadomości…

Dzisiejszej nocy ponoć coś się trzęsło. I to porządnie. Niestety, albo stety – przespałam, bo wyrąbana byłam jak koń po westernie wskutek długiego i pracowitego dnia, poświęconego z równym zaangażowaniem na naukę i pisanie wrednego testosa, jak i na zdobywanie nowych doświadczeń do opisania na blogu.

Info TUTAJ po polsku

Mój kolega pisał u siebie na blogu, że się solidnie wystraszył, bo w Kaohsiung trzęsienia ziemi nie są zbyt częste. A to było pierwsze i dosyć odczuwalne

Inny kolega stwierdził, że Hameryka znów testuje ten alaskański wywoływacz deszczu czy inną broń klimatyczną (HACCCCCCCPPPPP czy jakoś tak) i s..syn Bobama spać ludziom nie daje bo próbuje w Koreę trafić tym ustrojstwem. Fakt, ostatnio jak próbował, to w Japonię walnęło… Swoją drogą, celownik w tej wiatrowej machinie to mają chyba wybitnie made-in China, wybrakówka straszna. bo gdzie Tajpej a gdzie Phenian, zwany teraz Pjonggjangiem? 

A ja – w swoim bezpiecznie ustawionym łóżeczku ( w rogu pomieszczenia, bo materiał konstrukcyjny łamie się zazwyczaj w środku, zbieg dwóch lub więcej ścian jest bardzo bezpieczny) – przespałam jak niemowlak rzeczone wstrząsy. Wszyscy chyba kojarzą, że dzieci lubią jak im się wózek kolebie… Więc mnie też pokołysało na lepsze spanie.

Ogólnie rzecz biorąc, miejscowi nie spuszczali się specjalne nad nocnym trzęsieniem ziemi – poza tymi bliżej epicentrum, bo w Tajpej magnituda wyniosła 6stopni w skali Richtera. Ogólnie w stolicy ma się co trząść – zabudowa tamtejsza to wieżowce, wyższe wieżowce  jeszcze wyższe wieżowce i Taipei 101, który swego czasu zajmował zaszczytne stanowisko „najwyższego budynku świata”. Plotka i teoria spiskowa głosi, że zbudowanie tego ponad 50-0metrowego kolosa spowodowało zaburzenie struktury geologiczno-tektonicznej etc, i właśnie dlatego, z powodu błękitnego giganta sterczącego w krajobrazie niczym reklama pewnej bardzo znanej błękitnej pigułki, widocznego w promieniu 40 km i z kosmosu też – telepie się bardziej. Co wrażliwsi koledzy wspominali, że pierwsze tygodnie na Pięknej Wyspie spędzili dreptając pomału na szeroko rozstawionych nogach, ostrożnie stawiając kroki i asekurując się parasolkami i kijkami – bo po asfalcie i betonie chodziło się jak po galarecie…

EDIT – trzęsło się nie w nocy, a w biały dzień. I nic nie zuważyłam! jestem chyba wyjątkowo odporna… 

 A ku pokrzepieniu serc – jeszcze jeden atykulik, którym się od wczoraj podniecają tajwańscy koneserzy fotografii i podróży - historia jednego aparatu z Hawajów


Dzień Wagarowicza

A gdzie najlepiej spędzić ten jeden jedyny w swoim rodzaju dzień? Hmm… na plaży? Eee, wieje nudą. W muzeum? Eee, szkoda pogody, poza tym jeszcze nie przetrawiłam informacji z Muzeum Nauki i Techniki, o bilecie  za 50 zeta… Muzea to droga rozrywka na Tajwanie… Jezioro Chengqin, z wieżą i rezerwatem ptaków w olbrzymim parku? Eee, nie, jakoś mam alergię na to miejsce… Staw Lotosowy? Nie, tam to mogę w każdej chwili, a Dzień Wagarowicza należy uczcić czymś specjalnym.

To może pojedziemy razem na Księżyc? zapytał Młodociany, żywo zainteresowany kulturą europejską. Odkrył bowiem nową drogę w swoim życiu - oprócz wyjazdu na WorkHard Holiday do USA lub Australii i założenia po powrocie knajpy za pieniążki uciułane podczas zapiep..ania przy taśmie w jakiejś fabryce. Otóż – może Młodociany na przykład skorzystać z koneksji swojego wujko-dziadka i załapać się do korpusu dyplomatycznego. Co zresztą doradziłam mu ja. Nie, żebym miała coś przeciwko etosowi azjatyckiego robotnika w australijskiej fabryce składającego grosik do grosika i cencik do cencika… Ale dzięki jednemu z kolegów kiedyś dawno udało mi się poznać polską dyplomację od środka  - i uważam, że Młody się w takiej służbie lepiej sprawdzi i z większą satysfakcję zawodową osiągnie jako popychadło (w najgorszym wypadku) dyplomatyczne, niż jako słabokwalifikowany fizyczny, co zresztą mu wyłożyłam w miarę przystępnie. Na to Młodociany rozpoczął akcję „rozpoznanie” związaną z zadawaniem wielu dziwnych pytań dotyczących ekonomii, kultury, wierzeń, religii, systemu wartości rozmaitych krajów Europy, ze szczególnym uwzględnieniem krajów słowiańskich, no i jeszcze Skandynawii… I właśnie w ramach wprowadzenia w kulturę został zindoktrynowany historią Marzanny oraz – nowoczesną realizacją tematu wiosennego w postaci półlegalnego zrywania się ze szkoły. co – ku memu zdziwieniu, uczynił nad wyraz entuzjastycznie.

Po przyjeździe na Tajwan sporym bowiem zaskoczeniem dla mnie, nawykłej do nieco eksternistycznego trybu kształcenia było azjatyckie podejście do zajęć. Nie ma opcji „nie -przyjścia”, albo inaczej, nie jest zbyt popularna. To, że na wykładzie śpisz/grasz w EngryBerdsy/konwersujesz smsowo z koleżanką/czytasz książkę nie na temat etc – nie ma znaczenia. Ważne jest, że fizycznie twa osoba się objawiła w sali. Rozwalało mnie wendzarniowskie sprawdzanie obecności :D Sala 50-80 osób, a prof przy każdym nazwisku stawia znaczek… Czasem nawet wedle takiej frekwencji oblicza jakieś procenty składowe całej oceny.

 

Huayu ZhongXin poinformowało całkiem poważnie, że po spóźnieniu się powyżej 20 minut na zajęcia, obecności się nie otrzyma, a z kolei 75%frekwencja jest podstawą wystawienia certyfikatu uprawniającego do przedłużenia wizy.Nie chodzisz, czyli pracujesz na nielegalu, czyli ciebie nie chcemy! A jak wydębiłeś wizę jako student, to studiuj i basta. No więc siedzą studenci, pośladki w sali, a serca i dusze – nie wiadomo gdzie, kwitnie też inemuri>>KLIK<< Jesteś chory? To maska na dziób, ręcznik do tłamszenia kaszelków w łapę, herbatka do popijania – i won na zajęcia. Nic dziwnego, że Dzień Wagarowicza należało uczcić wycieczką na Księżyc.

Pojechaliśmy, po obowiązkowym naklepaniu na mnie tony kremów z filtrem, bo słonko grzało konkretnie, a na drodze piecze bardziej… Młodocianemu wyjątkowo podoba się proces nakładania wszelkich balsamów. Sam, jako rasowy mężczyzna nie zhańbi się podobnie pedalską aktywnością, ale zarykując się ze śmiechu ogląda moje kombinacje alpejskie z nakładaniem białego paskudztwa z trzech różnych tubek. Dlaczego z trzech? Bo jedno to na kończyny, filtr 24, drugie na plecy, filtr 30 a trzecie na twarz, dekold,ramiona, filtr 50… Nie śmiać się, tu można się rzeczywiście solidnie poparzyć.

Po godzinie jazdy motorem ciągle brak było widoku na prom kosmiczny mogący mnie na ten Księżyc wywieźć, obserwatorium astronomicznego  też nie udało się zaobserwować. Zaczęłam zastanawiać się, co to za lipa, gdy nagle zza zakrętu wyłoniły się konkretnie łyse, spieczone, szpiczaste szczyty. Dotarliśmy.

 

Jak na prawdziwie księżycowy krajobraz, trochę za dużo zieleni i kwiecia – ale jak się pod dobrym kątem zerknęło, a słonko przygrzało, to od biedy można było zobaczyć podobieństwo do powierzchni jakiejś dalekiej planety.

Te góry tak naprawdę nie są z kamienia… To nie skała, a wysuszone błoto! Woda deszczowa ściekająca po glinie rzeźbi żleby i wąwozy, nadając wzgórkom charakterystyczne, ostre zakończenia. Zresztą – właśnie tak narodziły się te tereny, zwane po angielsku „badlands”, a po polsku – badlandy, złe ziemie. Nie są one specjalnie urodzajne, a te konkretnie miejsca w dodatku zostały silnie zasolone, więc mizerna roślinność odporna na niekorzystne warunki niestety nie była w stanie utrzymać masy całej górki przy ulewnych deszczach. Błoto opadało w dół, odsłaniając kolejne, jeszcze bardziej słone powierzchnie… Miejscowi szybko doszli do wniosku, że to ziemie przeklęte, obstawili świątyniami (chyba z 5 ich stoi w bezpośrednim sąsiedztwie) i spróbowali zagospodarować inaczej niż agronomicznie i agrokulturalnie. I tak powstał słynny na cały Tajwan „Moon World”.

Co ciekawe, niecały kilometr dalej znajduje się niewielki wulkan błotny, o średnicy krateru może 1.2m. Co kilka-kilkanaście sekund rozlega się blllllluupp, wulkanik wypuszcza mniejsze lub większe bąbelki, a w stronę wioski z górki pomału i dostojnie spływa strumyk szarego błota, zasilając w muł pobliskie jeziorko.

Taki ten wulkanik malutki, ale – próbowałam (ja i pozostali turyści, cała wycieczka z przewodnikiem) wysondować dno patykiem dłuższym niż ja sama – nie dotknęłam… Potem doczytałam, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu… Pchanie się z czymkolwiek w krater, nawet tak niepozorny, nie jest najmądrzejszym rozwiązaniem… Po pierwsze, wulkany błotne bywają gorące, bo woda, błoto i gaz pochodzą z wnętrza ziemi. Po drugie – znajduje się w nich gaz – czasem mniej, czasem bardziej wonny lub trujący. Po trzecie, często się zdarza, iż wulkaniczne bąble ulegają samozapłonowi (tak jak dzieje się to w Grocie Kirina, którą odwiedziłam podczas ferii noworocznych)…

 

A potem przeczytałam smutną historie indonezyjskiego błotnego wulkanu Sidoarjo, który powstał, bo jakaś niedouczona geologicznie tempaszczała prowadząca odwierty próbne nie sprawdziła/źle sprawdziła dane stratygraficzne… I podczas próbnego odwiertu w poszukiwaniu ropy/gazu ziemnego jakoś tak naruszyło-się-samo złoże podskórne… I dnia następnego źle zabezpieczona dziura po kilometrowym świdrowaniu zmieniła się w pierwszy krater , z którego początkowo nieśmiało, a potem coraz bardziej ochoczo zaczęło wypływać ciepłe, gazowane błotko. Ponieważ wyspa Jawa leży w tak zwanym pierścieniu ognia, baaardzo aktywnym sejsmicznie, to ma tam co wylatywać, wybuchać i się sączyć. Dziennie Sidoarjo wywala około 50 000 m3 siarkowego błota, a jezioro utworzone przez ten niewielki wulkanik ma ponad 6.5 km2 km powierzchni.. Gdy skruszeni geolodzy próbowali jakoś zatamować siłę natury – wrzucając olbrzymie betonowe kule-czopy do dziury po odwiercie… Kule wytrzymały pół godziny, a pobliskie wioski zostały ewakuowane w trybie pilnym. Obecnie wulkan jakoś ujęto w ramy, tworząc sztuczną kalderę - a jak to wygląda, można zerknąć >>TUTAJ KLIK<<

 

Summa summarum, wycieczka udana, spiekłam się tylko na różowo- buraczanego raczka.

Wiosna w Polsce a wiosna na Tajwanie

Powitał mnie dziś rano następujący obrazek na Aggi fejsiku:

Czyli mroczny krajobraz osiedla Smerfetkowo, Bronisław w sweterku, samochody upaćkane czymś szaro-buro-lepkim, niebo ołowiano- zmhoczyste, urocznie…

I pytanie retoryczne – jaką mam(ja, ty, my, wy, oni) wiosnę?

Krótkie zerknięcie w pogodynkę – taaaa, Kraków -5…. OK. Pamiętam ten nużący okres przesilenia, kiedy to pierwsze, anemiczne promienie słonka powodowały szybkie wystawienie bladych powłok skórnych w nadziei na pocałunek UVA/UVB. Kiedy armia zombiaków wlokła się po ulicach Stołecznego Królewskiego, rozpaczliwie wypatrując pierwszych oznak końca zimy. Kiedy buty mi z lekka przemakały w szarej brei, a przejeżdżający samochód narzucał abstrakcyjny deseń z soli i syfu z kałuży na mą kurteczkę, też w jakimś depresyjnym odcieniu. Kiedy zasnuwające się na ołowiano-popielato niebo, niosące zapowiedź kolejnego opadu deszczu ze śniegiem wywoływało pełną rezygnację. A śnieżynki wirujące w smogowym powietrzu zmieniału mnie w klona Jacka Nicholsona z filmu „Lśnienie”, z wirtualną siekierą w urękawiczonej dłoni i żądzą mordu w oczach…

 

A jak jest na Tajwanie? Max mówi, że jeszcze chłodno, i powinnam brać ze sobą bluzę, bo wieczorami jeszcze  ciągnie zimnem. Dobre sobie. Najniższa temperatura w Kaohsiung wyniosła kiedyś dawno temu 14C. Tej zimy było kilka faktycznie zimnych nocy, gdy spałam pod kocem i kołdrą, i pożyczałam od Maxa bluzy (moje były „gdzieś w drodzie”, w paczce), bo świerkłam regularnie w klimacie zwrotnikowym. To drobny minus mieszkania w subtropiku – nie ma tu centralnego ogrzewania, trzeba się ratować farelką (o ile się takową posiada)… W Kao, poza okresem obrzydliwej spiekoty i wilgotno-lepkiej sauny przerywanej tajfunami -panuje wieczna wiosna w rozmaitych odcieniach. Tak od października do kwietnia mamy aurę – polskiego lipca, sierpnia i września, kwietnia, maja, czerwca. A potem piekarnik totalny, z opcją gotowania na parze (wilgotność 80-90% robi swoje). Cóż, Zwrotnik Raka… Więc za oknem kwitnie mi wielkimi kwiatami drzewo, na którym więcej pąków jest niż liści, a gdy fioletowe płatki opadną, za tydzień między soczystą zielenią już miga kolejne pokolenie ciemnoróżowego…

Więc jak wygląda moja wiosna? O, tak:

Przy czym wyjaśnię od razu. Tubylcom jest jeszcze zimno! Albo inaczej – nie-ciepło. Na ulicach ciągle wiele osób gania w kurtkach  TangXin śmiga po szkole w bluzie i dresiwie, Nico w garsonkowo-żakietowym kompleciku, a Max zakłada długie spodnie i dwa podkoszulki. I wiecznie przypomina mi – niczym moja mama (w sumie, urodziny mają jednego dnia, to i charaktery podobne) – Majia, weź bluzę, bo jest zimno, wieczorem zmarzniesz… Dobre sobie. Zmarznąć przy 25-30C… Woda ma też  25 -28C, u nas jest to letnia temperatura nagrzanego jeziora, taka lekko zupowata. Ja cała szczęśliwa się pluskałam i najchętniej bym nie wyszła, Młodociany dołączył do mnie z wyraźnym zbrzydzeniem i gnany tylko i wyłącznie poczuciem rycerskości (Majia, wracaj, nie idź głębiej, fale są dziś wysokie… To niebezpieczne!!!), szybko dostając dreszczy, telepawki i lekko sinego dzioba, tłumacząc mi, że mam natychmiast z wody wyjść, bo jest zimna i się przeziębię. Okiiii….

 

 

To właśnie słynna czarna plaża i rzeczona wysoka fala. A tego latania na miotle, tfuu, desce ze spadochronem mam ochotę spróbować :D Strażnik plaży (nie ratownik, tylko umundurowany strażnik plaży publicznej, który nie wyciąga z wody tonących, nie macha biustem niczym Pamela, nie lansuje się na wieżyczce i nie opala na hebanik kalifornijski - ale pilnuje prawa i sprawiedliwości na skrawku piaszczystego cypla) chyba dostanie zawału…:D

Ostatnio bowiem miałam z nim małą spinę. Na plaży znajdują się znaki – nie pływać, nie łowić ryb i nie coś dziwnego, niezidentyfikowanego plus dużo skomplikowanego tekstu chińskiego, którego czytać mi się nie chciało, bo to lektura na godzinę minimum. Nie pływać – spoko. Wlazłam zatem do wody po kolanka, siadłam sobie, żeby się schłodzić – i mi dobrze… Ze zdziwieniem zanotowałam rozlegający się koło ucha świst. Odwracam się, a tam pan strażnik mało płuc sobie nie wypluwa, stojąc w bezpiecznej odległości od fali i machając do mnie w sposób wysoce irytujący, znamionujący natychmiastową konieczność wyjścia z wody. Z gracją wieloryba wygrzebałam się, koszula kąpielowa (zwyczajowy zakaz eksponowania bikini skutkuje zakładaniem Tshirta i spodenek lub innego powłóczystego zawoju) oblepiła mi nieeksponowane bikini w sposób mocno  nie – niewinny i patrzę na pana strażnika plującego się po chińsku wzrokiem błędnej owcy. Nawet mi się go słuchać z uwagą nie chciało, tępe oczęta plus mokry podkoszulek zazwyczaj odnoszą lepszy skutek niż udowadnianie swoich racji w języku obcym.

- Czy mówię po chińsku -pyta pan strażnik, w zrozumiałej angielszczyźnie dalekiej od płynności. Kiwam głową, że nie. Pan zaczyna od nowa coś na mnie pyszczyć.

Odpowiadam mu tak szybko jak potrafię i z tak paskudnym akcentem, jaki tylko potrafię z siebie wykrzesać, że o co mu biega i mów pan po angielsku!. Pan traci rezon i głosem robota powtarza, że: ” Kaosiung City Government Regulation nowa edycja zakazuje…”

Ja na to- gdzie jest to napisane.

Pan pokazuje tablicę z krzaczkami.

- Ale ja nie rozumiem po chińsku, jak Kaohsiung City Council chce się ze mną dogadać, niech się wyprodukuje po angielsku, proszę ze mnie zejść, proszę pana.

- Ale tam są obrazki, proszę pani.

- Ano, są. Nie pływam, nie łowię ryb i nie robię nic podobnego do trzeciego znaka.   Wieć w czym rzecz?

- Ależ pani pływa!

- Pokazać panu pływanie? Ja sobie siedzę w wodzie, bo widziałam znak, że pływanie wzbronione.

- Ale pani nie wolno tego robić!

- A co, woda toksyczna?

Pan się zaczął poddawać, niestety, tę wyborną zabawę przerwał mi Max, który gnąc się w ukłonach przyleciał i zaczął przepraszać i coś tłumaczyć, więc straciłam przewagę, niestety – no i musiałam przyjąć na klatę, iż po pierwsze, mam się uczyć chińskiego, a po drugie, definicja pływania po chińsku zakłada wszelkie moczenie, nawet w wodzie po kostki. A trzeci znak to szeroko pojęte sporty wodne. Więc koleś ze spadochronem jeżdżący w prawo i lewo tuż pod strażnikowym nosem musiał mu nieźle działać na nerwy… Nic dziwnego, że zamiast kulturalnie spać, musiał na mnie podciągnąć nadszarpnięte ego…

No dobra, edit. Też zadziewam bluzę z kapturem. Ale tylko w klasie. Zaczął się bowiem okres szalejącej klimy z wiatrakami, gdzie temperatura w klasie mrozi krew w żyłach, na korytarzu z nóg zbija parno duszny młot regularnej aury. Oszczędni zazwyczaj tajwańscy nauczyciele w Wendzarniowskim Huayu ZhongXin hulają klimą za wszystkie czasy – bo darmowa, a w salach regularnych trzeba za tą przyjemność płacić… :D, więc efekt bywa- zabójczy. Marznie człowiek na kość patrząc na termometr pokazujący 30C… :D

Przesyłam troszkę ciepełka – i zapraszam do siebie, to nie jest tak daleko… :D

 

A jaką Ty masz wiosnę?

Zagadka Znikających Skuterków

Jadę z Młodym na koniec Tajwanu, czyli Sizihwan, takie wioskowe zadupie w obrębie metropolii Kao, zaludnione: populacją Sun Yat Sen Uni, lokalsami z okolic (w znikomej ilości) oraz żołnierzami siedzącymi w bazach wszędzie dookoła. Pomijając szwejów, którzy stoją jak słupy przy bramach rozlicznych mini-jednostek (bunkier ogrodzony drutem kolczastym od ulicy a od plaży szmatą z napisem „tu je wojo, prosimy grzecznie – obywatelu, nie pchaj się tu) i nie pozwalają sięgać po aparat – panuje tu cisza, spokój i klimat idylliczny. Oraz ruch drogowy zbliżony do tego w Finlandii – czyli 3 samochody w ciągu godziny to już „high traffic”. Włóczę się po tych oto  wertepach z asfaltową ulicą, gdyż jest to jedyne znane miejsce, gdzie w ciszy i spokoju mogę zgłębiać tajniki pomykania na skuterku.

Policja, mogąca zadawać niewygodne pytania w rodzaju – a ma pani prawo jazdy tajwańskie? A prawo jazdy na skuter? A OC, AC, Ka-ce i inne? – tu się nie zapuszcza, bo tu rządzi wojsko, a wojsko mnie ignoruje (tylko się ślepi udając obojętne wartowanie) dopóki nie zacznę szarżować tym skuterkiem na bramę główną jednostki, lub nie wyjmę aparatu. Pierdolec antyszpiegowski im nie przeszedł, o googlu earth nie słyszeli, i o wpadce koncernu Apple, co opublikował ściśle tajne położenie supertajnych tajwańskich baz w Iphonie5 też im nikt nie powiedział… Szczegóły -TUTAJ >KLIK<

No więc cała przejęta jadę tym skuterkiem – z zawrotną prędkością 20km/h, szybciej Młodociany nie pozwolił, twierdząc, że jest zbyt młody by umierać. Wszyscy mnie mijają, nawet piechurzy i rowerzyści… i żółwie i ślimaki… I nagle … Zobaczyłam małpę w krzakach, więc kierownica w lewo, i dawaj – zawierać przyjaźń. A to, że jakiś koleżka jadący tuż za mną mało nie zaliczył widowiskowego orła, bo mu zajechałam drogę – e tam, szczególik. Max miał śmierć w oczach, i była to moja śmierć, dłuuuga i bolesna, ale po chińsku zaklął szpetnie, zasyczał jeszcze paskudniej i całkiem spokojnie stwierdził – Magdalena, ty musisz uważać, bo w mieście to już byś była karmą dla psów. Małpa uciekła.

Postanowiłam wracać, droga prosta… i taka refleksja mnie naszła, a gdzie tamten skuter? Drogą nie jedzie, bo długa prosta widoczna calutka, jak w mordę strzelił. W rowie nie leży, bo rowów jako takich tu nie ma. Z klifu nie spadł, bo klif solidnie obrośnięty drzewami, kamieniami i betonowymi opaskami. Skręcić nie skręcił, bo i gdzie, rozjazdów brak. To gdzie go wsiąkło? W tej okolicy bowiem już parę razy zdarzyło mi się zaobserwować zniknięcia motorków, słychać je ale nie widać. Max po wysłuchaniu mojego klu z lekka zszarzał i stwierdził – ale ja się nie boję duchów, nie boję się i nie boję…

Zaintrygowały mnie te duchy – i faktycznie, dobry duch mój opiekuńczo przygodowy jakiejś 50 m dalej pokazał mi ukrytą w krzakach wybetonowaną drogę w dół i kilka zaparkowanych rowerów i motorów. A po struchtaniu po dosyć stromej spadziźnie – nawet i samochód… Zaintrygowana, puściłam się raczym kłusem w prawo, i znalazłam miejsce widokowe, z parkingiem dla jeszcze większej ilości skuterów (Tajwańczycy chodzić nie lubią, gdyby mogli, to by skuterami wjeżdżali do sklepu i do mieszkania… Nawet na zakupy do 7-11 jadą a nie idą – choć to zazwyczaj 500m).

I tak trafiłam do mojego własnego, prywatnego skrzętnie ukrytego Tajemniczego Ogrodu zwanego też Małym Rajem albo Tajwańskim Waikiki. W prawo ścieżka ekwilibrystyczna, po klifie w dół (dobra dusza zabezpieczyła zejście w solidnie umocowane poręczówki – czyli takie liny, co się ich można trzymać). Stromizna w połowie przechodziła w taras, na którym stały resztki stanowiska ogniowego – taki mały okrągły bunkier, z duuuużym panoramicznym oknem, z lekka nadgryziony zębem czasu, dokładnie jak to się fachowo nazywa niestety nie wiem – kolega dbający o rozwój mej wiedzy z dziedziny fortyfikacji i militariów niestety już moim kolegą nie jest i nie mam kogo spytać… Bunkra broni pole (chyba) opuncji – czyli takich kaktusów, których dodaje się do zielonej herbaty w celu poprawienia smaku i aromatu. Z tarasu można zleźć na kamienistą plażę – składającą się z – głazisków wielkości ciężarówki, głaziorów rozmiaru terenówki, głazów zbliżonych gabarytowo do lodówek i innych mebli, oraz pomniejszych głaziątek, pomiędzy którymi chyżo biegają spłoszone pająki… Eee! To nie pająki! To kraby! Uaaaa! Pierwszy raz widzę kraba na żywo! I dlaczego on nie jest czerwony?

 

 

Młodociany patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. No tak… Krewetki, raki i inne skorupiaki przed ugotowaniem nie są czerwone, śliczną różowo-malinową barwę zyskują za sprawą kąpieli we wrzątku. W naturze są umaszczone w sposób nieco bardziej ułatwiający kamuflaż, dopiero po zdechnięciu i solidnym wygrzaniu truchła w promieniach palącego słońca zyskują odcień biało-pomidorowy, jaskrawo odcinający się od piasku.

Wracamy – moje buty i strój nie zachęcają do uprawiania free runningu po skałach, nie dziś. Siedząc na ławeczce i patrząc w morze zauważyłam małpki skaczące w dół klifu i za nimi podązyłam, cały czas bowiem przyświecała mi idea znalezienia w miarę osłoniętego miejsca, gdzie będę mogła rozebrać się do bikini bez robienia za obleśny obiekt siejący zgorszenie swym ekshibicjonizmem, i gdzie wejdę do wody po kolana a nawet po pas, nie ryzykując awantury ze strażnikiem plaży, który gwiżdżąc na mnie gwizdkiem mało płuc nie wypluł, a potem warczał że w Kaohsiung obowiązuje zakaz pływania. Przy czym definicja pływania w Azji włącza w swój zakres także włażenie do wody po kostki…

 


W dół prowadzi droga po sypkich, miękkich, suchych liściach bambusa. Grzęznąc w suszonym runie odganiam komary i natrętne mysli o wężach i karaluchach, pająkach i innych jadowitych stawnonogach, które w Azji zyją i mają się świetnie. Tajwańskie węże nie należą może do największych, ale za to są jadowite nad podziw. Podobnie pająki i skolopendry wijące, bleee… Tup, tup, szuuuuuur, tup tup, sliiiiiiizg.

Za wykrotem znienacka otwiera się panorama na morzę. I nie tylko. W dół prowadzą schodki z kamienia, obramowane krotonami i difenbachią. Mamusia hodowała oba, stąd wiem, jak wyglądają… Tylko, że mamusine sięgały mi po kolana, a te – liście mają większe niż moja twarz. Dywan mięciutkiej, gęstej trawy rozpościera się przed przewiewną, zacienioną wiatą z bambusowymi ławami i stołem. Wycięte w drewnianej deseczce znaki głoszą – Ogród Radości, i – Szanowny gościu, prosimy nie niszcz tego miejsca i nie śmieć.

 

 

Na bambusowej ławeczce w cieniu siedzi starszy pan i na mój widok rozjaśnia się – Hello, hello – wita i zaprasza w zrozumiałam angielskim, naprawdę ucieszony. Pytam – czy to jego ogród, i czy mogę wejść? Pan uśmiecha się i mówi, że to miejsce dla wszystkich, i jak najbardziej mogę, a nawet powinnam tu wrócić z przyjaciółmi. Opowiada – już po tajwańsku, jeszcze bardziej ucieszony, że Max włada tym językiem (obecnie młodzi Tajwańczycy mówią po chińsku, tajwański i dialekt Hakka ewentualnie rozumieją, ale rzadko posługują się płynnie)- historię magicznego ogrodu. Gdy siedem lat temu przeszedł na emeryturę, wraz z dwoma przyjaciółmi zaczął budowę tego miejsca. Sami, za swoje pieniądze – tak po prostu. Cztery lata temu słynne supertajfuny Morakot i Sinlaku „urwały” kawał trawiastego „pola golfowego”, ale starsi panowie nie poddali się, zrekonstruowali co mogli (trawnik kończy się niespodziewanie prawie pionowym spadem ładnych paręnaście metrów w dół) i rozpoczęli rozbudowę nieco wyżej… Na własnych plecach znosząc elementy meblowe i konstrukcyjne – deski, stoły, tafle szkła, kamienie i elementy dekoracyjne…

Plaża jest odludna, woda czysta, a po taplaniu można spłukać sól w tryskającym wprost z glinianej ściany źródełku ze słodką, zimną wodą. Innymi słowy – będę tu wracać, szkoda tylko, że to tak daleko…

 


 

Pranie na Tajwanie

Tak, wiem, oddzielić białe od czarnego, pod żadnym pozorem nie wirować wełnianych swetrów oraz psa z kotem (gdyby się zaplątały przypadkiem), wsypać proszeczek, wlać płyn, zamknąć drzwiczki, ustawić program – i jedziemy z koksem. Cóż może być bardziej łopatologicznego od obsługi pralki? No dobra. W Polsce też miałam wpadki, a to wyprałam wypłatę, a to komórkę schowana w kieszeni kurtki, chusteczki higieniczne schowane w kieszeni mi urozmaiciły czarne pranie, a to z łazienki zrobił mi się basen…
Na Tajwanie pranie robić należy. Garderobę mam nieco ograniczoną, w dodatku w jasnych kolorach z uwagi na upał. Pocę się jak świniak, na ulicy kurz – ergo, pranie czeka. Ręcznie prac nie będę, więc należało zaprzyjaźnić się z pralką. I tu zaczęły się schody. Po pierwsze – pralka posiada milion przycisków, niektóre z obrazkami, ale – wszystkie- co za niespodzianka – po chińsku. Nawet ten ON/OFF nie był widoczny.


Po rozpaczliwym mailu do kolegi w Polsce (słuchaj Me, sprawa jest głupia, ale czy pamiętasz może jak się te tajwajskie pralki obsługuje? No niestety nie, bo po prostu wciskałem pierwszy guzik i się samo prało) nie byłam ani trochę mądrzejsza. Metodą prób i błędów udało się pralkę uruchomić, obłaskawić system wrzucania monety rozpoczynający cały proces powolnego chlupania i dynamicznego łubudubu.

Po tym niemałym sukcesie – niestety, przyszło niemiłe odkrycie numer 1. Wyprane ciuchy trzeba rozwiesić – a znalezienie wolnego miejsca w suszarni na dachu bloku zamieszkanego przez minimum 300 studentów i studentek nie należy do łatwych… Niemiłe odkrycie nr 2. Rozwieszone ciuchy lubią migrować, z racji powiewów ożywczego wiaterku lub zbrodniczej działalności małych chińskich rączek, desperacko walczących o dogodne miejsce do suszenia chińskich majtek i koszulek, a co za tym idzie, przewieszające cudze wieszaki… No dobra, święta nie byłam, też przewieszałam… Ale szukanie własnych ciuchów na 100m2 wiaty na-dachowej może być nieco irytujące. Niemiły problem numer 3. Wyprane ciuchy wcale nie były czyściejsze! A co gorsza – szybko spod ożywczej woni detergentów zaczynał przebijać – nie bójmy się nazwać rzeczy po imieniu – swąd starej ścierki.


Problem numer 1 i 2 rozwiązałyśmy szybko i  bezczelnie. Suszarniana wiata podzielona była na część damską i męską. Nad męskimi pralkami – po lewej, z wieczkiem w kolorze morskim (udającym niebieski) wisiała tabliczka (po chińsku, rzecz jasna) – „To są pralki dla chłopców, dziewczynkom wstęp wzbron. „. Analogiczna adnotacja dyndała nad oznakowanymi fioletem machinami po prawej stronie pralni, gdzie urządzonka czysto-robiące mogły być używane tylko i wyłącznie przez osoby nie posiadające siusiaka, samce precz!. Co rzecz jasna zignorowałyśmy, pomimo jasno wyłożonej racji  stanu, tym razem także po angielsku. Jak potem sprawdziłyśmy, nie byłyśmy jedynymi  hermafrodytami wrzucającymi brudne pranie do pierwszej wolnej pralki… Suszarnie równiej były rozdzielnopłciowe. Na prawo figi i biustonosze, bokserki na lewo. Po stronie babskiej rzecz jasna panował ścisk niemożebny, u chłopców zaś można było mazura tańczyć pomiędzy nielicznie zwisającymi smętnie gaciami. Co, rzecz równie  jasna, skwapliwie „przeoczyłyśmy”, siejąc zgorszenie wśród nieśmiałych Azjatów przypinających do łańcuchów (tak, zamiast sznurków były łańcuchy!) swe niebyt seksowne majty i jeszcze mniej urocze skarpety tudzież inne elementy ubioru. Aby moralny ferment i fetor nie był absolutny, odpuściłyśmy tylko wystawianie bielizny na ogląd publiczny w zaciszu dachu, desusy wisiały na klamce od okna, budząc niemałą sensację wśród sąsiadów :D Ale – schły w trymiga.

Ciało kolegialne, złożone z milczącej Magdaleny oderwanej od problemów dnia codziennego i nieco twardziej po ziemi stąpającej Katarzyny zidentyfikowało też źródło trzeciego problemu, po dłuższym namyśle i rozlicznych badaniach. Te cholerne ładowane od góry pralki piorą w zimnej wodzie!!! Nie w 40C, ale – w normalnej, letnio-chłodnej kranówie, mającej trochę/sporo poniżej 30C. Cóż robić? Tajwańczycy pralek z regulacją temperatury nie znają. Na hasło „wygotować pościel i ręczniki dla wybielenia i zdezynfekowania” robili wielkie oczyska – jak to, zupa na szmatach i mydełku? No cóż. My prałyśmy ręcznie, we wrzątku z maszyny z wodą pitną (wiocha po zbóju), potem do pralki, a potem do suszarki (która notabene w ciągu godziny nie potrafiła wysuszyć wsadzonych do środka ubrań, tylko je odrobinę podgrzewała… inkasując 1 NTD za minutę owej fuszery).
Teraz mam podobny problem. Niestety, wody pitnej podkradać na zmarnowanie już nie bardzo mogę, z kranu leci taka -40-50C, a ciuchy nie dość, że tracą swą śnieżną białość, to jeszcze zaczynają wydzielać specyficzną woń – powiedzmy, że feromonów. Żeby nie zastosować bardziej dosadnego określenia. O koszulce z siłowni nie wspomnę przez grzeczność, ale karaluchy mogę już płoszyć, pomimo rozmaitych certyfikatów ”jony srebra” „bakteriobójcze”, „oddychające” i te pe. Poproszę o jakieś domowe sposoby, bo rozważam pranie w płynie do toalety :D z dodatkiem płynu na D*, co zabija wszelkie zarazki… i wybiela, bo chloru ma od groma. Gorzej, że oprócz efektu białego jak mleko, może dawać też rezultat pocienienia tkaniny, z koszulki codziennej robiąc taką … buduarowo- ażurową, wspomagającą działanie viagry…
Dyskretny wywiad wśród lokalsów dał zaskakujące rezultaty… Pralki z termostatem istnieją – w zagranicznych produkcjach filmowych, w cholernie drogich apartamentach dla obcokrajowców, a takie ładowane od przodu, z funkcją suszenia można podziwiać w Cialefu/ Carrefurze. A na co dzień Tajwańczycy albo sypią jakieś magiczne mikstury z serii bakterio-grzybo-smrodo- zabójczych (niestety, w trzech lokalnych sklepach z wszystkim nie wypatrzyłam takowej, nie wiem gdzie studenckie mamy się w to zaopatrują, bo niektóre koleżanki wspominały o istnieniu takiego cudownego specyfiku, ale one nie robią prac domowych, wiec nie wiedza co to dokładnie), albo wieszają w szafach saszetki zapachowe w ilościach hurtowych, ewentualnie po prostu leją na to z góry do dołu strumieniem modulowanym. I dlatego tajwańskie niemowlaki wiecznie podśmierdują przesikanym pampersem, ulanym mlekiem i bóg wie czym jeszcze, bo śpiochy też pierze się – w zimnej wodzie.
A teraz apel do ogółu – poproszę porady na zniwelowanie babcino- domowym sposobem – żółknięcia, szarzenia i zapachu skwaszonej ścierki…

 

A na koniec – moja ulubiona reklama… <KLIK> Niestety, na Tajwanie, z racji małej ilości modeli z drzwiczkami z przodu – ciężka do obejrzenia w wersji „live”

Mieszkać na Tajwanie II

Max po pobieżnym oblukaniu polskiego mieszkania – fakt, że bardzo ładnie urządzonego – zrobił oczy jak 5 zł. Że można mieć ściany niebieskie, i tak inaczej poukładane meble, i pod sufitem jakby wielki lampion chiński w białym kolorze zamiast jarzeniówki, i wannę, i prysznic z kabinką, i obrazy na ścianach… A po zaznajomieniu go z ogólnodostępnymi metodami indywidualnego zagospodarowania przestrzeni (typu fototapeta, kolorowe ściany, niewiele więcej, bo miało być do 300 zł) wzdychał zauroczony kompletnie. Na zmianę sytuacji w dziedzinie „mieszkaj ładnie” i rozwijający się tzw „cocooning” nie ma co liczyć. Po pierwsze, tajwańskie – i ogólnie azjatyckie podejście do mieszkania nieco – sporo różni się od europejskiego. Tu rzadko zaprasza się w gości, a jeżeli już, to tylko do znajdującego się zaraz za drzwiami, połączonego z kuchnią salonu.

Idąc w odwiedziny do koleżanki rzadko mogę przekroczyć próg jej pokoju, najczęściej siedzimy w ogólnodostępnej przechodniej części mieszkania. Tam się uczymy, obgadujemy wszelkie sprawy – a nie, jak to w Polsce, w zaciszu buduaru dziewczęcego. Inna sprawa – to pragmatyzm Tajwańczyków, po co bowiem ozdabiać pomieszczenia? Szkoda kasy, no chyba że ozdóbki mają być „feng shui” i przynosić do domu szczęście, zdrowie i pomyślność oraz kasiorę :D Wówczas jak najbardziej… Można np sprawić sobie malutkie akwarium z 9 kolorowymi rybkami, jakieś muszelki, lampki czy nawet za grubą kasę zakupić tzw geodę – czyli przecięty na pół kamień z kryształami w środku, które -sprowadzane z Brazylii osiągają horrendalne ceny. Ewentualnie ze względów „prestiżowo-pokazowych” – jeżeli mój biznes jest z tych, co się je w domu prowadzi, można coś pokombinować, z różnym rezultatem – mając na celu uatrakcyjnienie wnętrza salonu.

 


Ale jak wygląda taki salon? Otóż, wyposażony jest w drzwi. Wejściowe drzwi, rzecz jasna. Wielkie, często metalowe z grawerunkiem, i kratą. Grawerunek np.: w feniksy lub rajskie ptaki i krajobrazy, mające za zadanie lekko i przyjemnie przyciągać fortunę do zamieszkujących wnętrze za drzwiami obywateli. Ale – zanim do drzwi dojdziesz i otworzą się one – zauważasz czerwone z czarnym naklejki dookoła futryny. Papierowe lub z folii, ręcznie malowane na papierze w złoty rzucik lub maszynowo wykonane w chińskiej/tajwańskiej fabryczce – nalepki mają za zadanie chronić dom, przynosić szczęście, zapraszać pieniądze i dobrych ludzi, a złych trzymać na dystans. Nie wiem czy działa, ale co do tej ostatniej pozycji – naklejki się słabo sprawdzają, i dlatego wierzeje (bo drzwi to za mało) są solidne, grube, rzeczywiście antywłamaniowe. Okna z kolei „zdobią” równie konkretnie wyglądające kraty. Okna bez krat – okna mieszkań na wynajem, o najemców nie trzeba dbać.

Zaraz za drzwiami szafka na buty, przedpokoju bowiem z definicji brak, bo i po co? oni nie potrzebują wiatrołapów, to ciepły kraj. Obuwie w azjatyckim domu zostawia się bowiem na zewnątrz, ewentualnie w drodze wyjątku tuż przy drzwiach – i zamienia na „urocze” piankowe klapciuszki wielorazowe, wieloużytkownikowe. O grzybicy stóp – nikt nie słyszał. O zajumaniu bucików dla kawału lub logo z łyżwą – chyba też nie mówili w wiadomościach jak dotąd. Kapciuszki domowe obowiązkowo zaś zostawia się przed progiem sypialni i łazienki.

Potem – drewniana kanapo-leżanka z poduszkami, niewygodna jak nieszczęście, bo szczebelki wbijają się niemiłosiernie w pośladki i dolny odcinek kręgosłupa, do tego niski stoliczek, wiatrak, komoda na TV z TV. I tyle. Ewentualnie upchane w gablotki owoce mani zbieracko-łowieckiej pani domu (np ciocia Młodego zbiera świnki, bo się z kasą kojarzą, i w zamiarze tą kasę do domu ściągać będą, mocą świnki skarbonki uwięzionej za szkłem witryny; mama Lydii z kolei jest maniaczką Hellou Kitti i ma olbrzymią kolekcję kotka bez pyszczka w duuuużej ilości odsłon). Ponadto – czasem jakiś buddyjski akcencik, czasem dao lub chrześcijański. Bywają obrazy lub zdjęcia rodzinne, obrazy rzadko kiedy abstrakcyjne, często zaś skrzące się złotem i prezentujące raczej tematykę i styl kojarzony z gustem babcinym. Zdjęcia rodzinne – czyli sztywne grupy w raczej niemodnych ciuchach(jasno pokazujących bliskość lat 80 a nie XXIwiek), swą postawą podkreślające zarówno status materialny (mniej lub bardziej dyskretny błysk zegarka czy torebki z biżutami) jak i wyjątkowość okazji dla której rodzina udała się do fotografa. No i obowiązkowo – talizman z obowiązującym rokiem (teraz wąż, wcześniej były smoki rozmaitego stopnia szkaradności). Mogą być jeszcze rośliny – głównie bambusy w grupkach ułożonych w piramidalne kształty. Ewentualnie fontanna z turlającym się kamykiem i diodami LED. Ogólny efekt jest dla europejskiego oka… powiedzmy mocno kolorowy. Aż gałki bolą.

Z salonu widać kuchnię – wykafelkowaną od góry do dołu najczęściej, z okrągłym stołem z obracanym blatem ( to akurat świetny wynalazek, eliminujący konieczność sięgania przez stół po półmiski oddalone od siebie). I tyle zobaczy przeciętny gość.

Ewentualnie łazienko-ubikację, z tronem w stylu zachodnim i prysznicem bez kabiny, i koszem na chusteczki (papier w rolce jest naprawdę drogi).

 

 

W pokoju Młodocianego króluje mega-bajzel z lekka organizowany za pomocą wielkich plastikowych pudeł. Większy nawet niż u mnie – bo Tajwańczycy to rasowi zbieracze. Wypatrzyłam u Młodego plecaczek z czasów szkoły podstawowej, w dinozaury. Dlaczego nie wyrzuci, plecaczka i całej masy mocno” wyszłych z użycia” gratów? Bo się mogą jeszcze przydać, tak powiedział tatulo, więc syn słucha. A ja swym mało bystrym oczkiem przez kamerkę skajpową potrafię wypatrzyć takie rarytasy jak różowa pościel( ona nie jest różowa! ona jest deep purple and light violet!, czyli fioletowa i fiołkowa…), torebka w kształcie gitary elektrycznej ze srebrnymi pomponami (etap złego chłopca w szkole średniej), zegar w pokemony i całą masę innych gadżetów zgrupowanych w hałdy… A mówili, że mój pokój to czarna dziura i szuflandia :D

W pokoju Nico jest nieco lepiej (większa powierzchnia i więcej mebli), ale dizajn dupy nie urywa. Biorąc pod uwagę budżet, jakim dysponuje rodzina Wang, przy odrobinie dobrych chęci Nico mogłaby mieć zajebistą Krainę Dziewczęcości – a ma coś w rodzaju składzika z meblami od Sasa do Lasa. TangXin w pokoju ma wszystko, ale w niewielkich ilościach (logistyka z wyspami Penghu jest nieco skomplikowana, a do samolotu można zabrać tylko 20 kilo bagażu, więc żyje moja Syrenka Tang nieco ascetycznie), z kolei jej współlokatorka szafę ma wypchaną ciuchami na cosplay, a ubrania codzienne poutykane gdzie bądź – ale- aby nie było efektu „po wybuchu granatu”- kitra je za okienną zasłonką (raz zza zasłonki się wysypały, dziewczyna się baaardzo zawstydziła, szybko wyprosiła mnie za drzwi, upchała pobojowisko abarot za kotarę i zaprosiła z powrotem :D)

Dlatego wielkim odpoczynkiem dla mnie są wizyty w IKEI, gdzie gramy w chowanego w ładnych pokoikach – oraz w pomysłowo zaaranżowanych wnętrzach urządzonych przez niektórych znajomych.

Poniżej – domy Rosjanki Tańki oraz Kanadyjczyka Tylera. Tania sama wykonała wszelkie malowidła, pawie, kotary, lampiony i inne. Jest plastyczka, ma swoją „klasę artystyczną”, poza tym robi wszelakie rękodzieła, od kolczyków z drutu, przez figurki z gliny, ręcznie malowane koszulki i kaski, po wypalaną w na drewnie ikonę Matki Boskiej z Jezuskiem w stylu mangowym.

Tyler poszedł nieco na łatwiznę – bo wszystko niemal kupił w szwedzkim supermarkecie meblowym, ale ściany i drzwi odnawiał sam. Efekt finalny – miły dla oka. Jest sporo prawdy w twierdzeniu, że chłopcy o miękkich ruchach mają większe wyczucie estetyki :D

Wczoraj wracając ze szkoły zobaczyłam mojego Właściciela przepychającego biurko. Jak dotąd, siedział on frontem do klienta, ciupiąc na dwa komputery w rozmaite gry i w razie potrzeby wstając do klienta chcącego pieczątkę czy zapasowy klucz. W wyniku re-aranżacji, mającej za cel „zmianę energii”, „dopływ qi” i poprawę finansów oraz koniunktury - właściciel punktu usługowego ciupie w gry odwrócony zadem do lady, a w dodatku wszyscy widzą, że nie zajmuje się on bynajmniej działalnością biznesową i odpowiednią dla przedziału wiekowego 40+ tylko lata na smoku i grzmoci piorunami w kierunku centaurów czy innych wróżek.

 

A ja sprawiłam sobie małe akwarium. Chciałam pieska (ja i córka właściciela też), ale niestety kontrakt najmu jasno mówi – żadnych psów/kotów/królików i ogólnie zwierząt futerkowych. Więc mam akwarium, w wielkim sekrecie :D

Mieszkanie na Tajwanie

Jak mieszka Gongzhu Majia?

Prawie tak jak większość tajwańskich studentów, w Wendzarniowym akademiku. Mój pokój jest na drugim piętrze, tak trochę z boku:

Oto pałacyk godny księżniczkowych stóp, pośladków i innych części ciała. A serio – to najdroższy hotel w Kaohsiung :D, taki co pod niego wycieczki podjeżdżają zdjęcia porobić. Ja mieszkam nieco mniej tradycyjnie, zamiast lwów i fontanny mam na parterze sklepik z kluczami i pieczątkami, w którym mój właściciel wraz z żoną urzędują od 9 do 22.30, głównie ciupiąc w gry sieciowe typu World of Warcraft, Ligue of Legends i inne takie, w których lata się na dwunożnych smokach po bezkresnych krajobrazach i od czasu do czasu należy komuś przyłożyć laską (magiczną, rzecz jasna). On od czasu do czasu łota jeszcze CounterStrika, ale idzie mu to niesporo.

Mieszkam jakieś 20 m od tylnej bramy Wendzarni, co nie przeszkadza mi absolutnie w docieraniu na zajęcia tuż po dzwonku. Gdy raz jedyny przyszłam nieco wcześniej, nauczycielka Chen mało nie opluła się kawą na mój widok.

Mój domek na Dingdżonng lu (którą wiecznie przekręcam na Ding-dong lu) to – pokryta od podłogi po dach płytkami ceramicznymi typu flizy, pięcio lub sześciopiętrowa kamienica, zależy jak liczyć, Tajwańczycy bowiem z amerykańska sklasyfikowali parter jako 1 piętro, a piwnice to B1, B2 etc. Więc – parter to sklepik z kluczami, kłódkami i pieczątkami, w kazamatach pod podłogą mieszacza się dzienne kwatery rodziny pana Li (czyli mojego właściciela) – wiecznie ktoś tam złazi albo wyłazi. Ponadto na parterze znajduje się kuchnia, z której roznoszą się wonie, powodujące u mnie skręcik kiszeczek, czasem swoim zachęcającym aromatem a czasem wręcz przeciwnie.

Do kuchni mam ustawowy zakaz zbliżania się – podejrzewam, że gdybym wyraziła chęć skorzystania z opisanych po chińsku urządzeń o słabo widocznym przeznaczeniu, mój właściciel wyraziłby zgodę, ale – wszyscy chyba wiedzą, jak u mnie stoją sprawy kuchenne. Spotkanie mnie w okolicy garnków, w pozie sugerującej produkcję żywności – to zaskoczenie tygodnia z możliwością nominacji do niespodzianki roku…

Na pięterku 2, czyli naszym pierwszym – mieszka właściciel, przy czym mieszkanie ma dość przemyślnie rozmieszczone – czyli jeden pokój po prawej stronie klatki schodowej, a drugi i trzeci po lewej, innymi słowy – a potrzeby swojej familiady (on, żona, czwórka dzieci w tym jedno niepełnosprawne plus indonezyjska pomoc domowa) zaadaptował 3 oddzielne pokojo-mieszkanka.

Na trzecim mieszka mocno opalony pan, który wiecznie mówi mi „hellou” w pralni (piętro piąte), oraz inni sąsiedzi o nieustalonej liczbie i płci- po prostu jak dotąd, chyba nie zdarzyło mi się ich spotkać. Na czwartym rezyduję ja – od ulicy, więc z plusów- oszczędzam na lampie bo mi neon świeci po zapadnięciu zmroku do zamknięcia zakładu na parterze. Z minusów – to ulica wycisza się niestety około 1-2, a do tego czasu spanie zakłóca mi sporo Tajwańczyków korzystających z licznych kramików żywnościowym, spotykających się z przyjaciółmi, słuchających muzyki i wtajemniczających w szczegóły swojego żywota dwie ćwiartki Ding-dong lu. Po sąsiedzku mieszka wystraszony młokosik z Wendzarni (fioletowa polóweczka plus inne elementy mundurka raczej dobitnie  wskazują na Senior High). Co ciekawe, mieszka on w takiej dziupli, gdzie okienko ma rozmiar zeszytu A4 i wychodzi na korytarz, więc dopływ światła dziennego chłopak ma taki raczej odpowiedni dla wampira niż człowieka – ale pewnie pokoik tańszy… Naprzeciwko mnie zamieszkuje Majkel, który studiuje na Wenzao, gra na saksofonie w lokalnej orkiestrze dętej i robi zajebiste zdjęcia, a ponadto niejednokrotnie ratował me kosteczki przed spaniem na trotuarze.

Dlaczego na trotuarze? Otóż, z uwagi na mieszczący się na parterze zakład rzemieślniczy posiadający rozliczne środki ulokowane w towarze – o 22.30 pan właściciel opuszcza wielką roletę i zamyka ją na klucz. O przygodach z roletą pisałam, dalej nie do końca opanowałam jej obsługę, ale się pocieszam, iż chińskie rączki też nie operują nią bezszmerowo – jak mi się początkowo zdawało. Roleta zamknięta jest na KLUCZ, Który to klucz notorycznie zatrzaskuję w swoim pokoju, gubię, zostawiam w szkole… Dorabiane miałam już chyba z 5 kompletów, w końcu Właściciel się poddał, a ja ostatni egzemplarz zapięłam na krowi łańcuch, doczepiany do metalowej bransolety, którą zostawiam w sklepiku na dole. Zanim opracowałam ten patent, Majkel siedzący na fejsbuku po nocach złaził na dół, odmykał roletę, wpuszczał mnie i przymykał oko na to, że za pomocą śrubokręta włamuję się do własnego pokoju. Śrubokręt pieczołowicie skitrałam w skrzynce z bezpiecznikami, w przypływie natchnienia.

Piętro wyżej jest pralnia z suszarnią, pralnia właściciela z balkonem, na którym świeci on czerwoną lampę – jak się okazało, nijak mającą się do zachodnich „czerwonych latarni” – to oznaka dla Buddy, że w tym domu się go wyznaje/szanuje. Ach, no i mieszka na piątym piętrze jakaś lasencja, obyczajów lekko-półśrednich lub nawet piórkowych, sądząc po nocnych odgłosach, rozmaitych męskich głosach zakłócających ciszę nocną w towarzystwie lekko wstawionego słit dyszkanciku miłej pani, licznych kłótniach z regularnie tu bywającym chłopakiem, wśród których pojawia się nieodmiennie słowo klucz – xiaosan czyli zdrada, trójkąt. Pierwszą taką kłótnią podnieśli mi nieco poziom adrenalinki, były bowiem szlochy, smarkliwe wyznania, trzaskanie drzwiami, wrzaski – telenowela w wersji live. Poszłam na górę, zapytać WTF?, oczekując co najmniej regularnej awantury domowej z poroztłukiwanymi meblami i obitymi facjatami, ale na mój widok z lekka się parka ogarnęła i zapewnili unisomo, że oukej, oukej i sioli sioli. No cóż, W Polsce pewnie mąż/chłopak z rogami to by dziewczynę po pysku wystrzelał i odwrócił na pięcie, tu zaś regularnie raz w tygodniu powyższe szlochy, smarki i wyrzuty odbywają się – po moim wejściu smoka – półszeptem.

Wyżej jest jeszcze jakieś pomieszczenie, coś w rodzaju taraso-baraka z blachy falistej, ale drzwi tam zamknięto na tak solidny skobel, że pomna smutnego zakończenia bajki o Sinobrodym, nawet się tam nie zapuszczam.

Teraz chwila o dizajnie, który jest zaiste powalający. Pokoik mój nosi szumną nazwę „studio”, ma powierzchnię ok 15 m2 i zawiera w swym składzie łazienkę 3 w 1.

Na umeblowanie składa się -szafa, mała szafka, łoże podwójne z materacem oraz biurko. Ponadto z dóbr luksusowych posiadam jeszcze lodówkę, klimatyzator i telewizor. W lodówce trzymam kosmetyki i lekarstwa (bo stołuję się w 30 dostępnych dookoła knajpach i 80 kolejnych punktach gastronomicznych dostępnych w zasięgu 5 minut spacerem), a z pozostałych nie korzystam, od lat uważając je za narzędzia szatana i kontroli ludzkości przez pozaziemskie cywilizacje.

Poprzednio w nieco mniejszym pokoiku zmieściły się dwa stoły (tutaj uważane za łóżka – Azjaci opanowali niesamowitą sztukę spania w bezruchu na wznak, i im gołe dechy z lichą karimatą nie szkodzą. W zeszłym roku na całą Daję czyli Interniational Akademik – materac był jeden, skitrany w zaułasach piwnicy, i wygrzebany po tym jak opiekunka gościa zza wielkiej wody, sympatycznej Amerykanki Abby zrobiła w recepcji już nie awanturę, a rozpierduchę z gradobiciem), dwa biurka i dwie szafy :D- bo każda kanciapa większa niż 2×3 to potencjalny pokój dwuosobowy…

Teraz o wystroju wnętrza i dizajnie stylizacyjnym– tu takowy raczej nie istnieje. A nawet jeżeli istnieje – to nie jest zbyt praktywkowany. Ładne mieszkanie ma ciocia Młodocianego, ale ona połowę życia spędza w Japonii w luksusach i się tam napatrzyła na pozytywne wzorce aranżacji przestrzeni. Inne ładne mieszkania – to tylko dla baaardzo bogatych, co im nie szkoda kasy. Pozostali nie widzą nic złego w nieco podrapanych ścianach w kolorze białym lub beżu i identycznych paskudnych zasłonkach z bistoru (dostępne kolory – zielony, żółty lub fiolecik z obowiązkową nutą szarości, bo prane nie wiadomo kiedy), czasem mocno gryzącymi się ze standardowo kładzionymi tu na podłogi marmurami. U mnie na podłodze straszy coś, co żywcem wygląda jak wzornik grobowcowy (czyli mamrmurek- lastriko w szaroczarne ciapki, czerwono bialo szare ciapki,szaro-brązowe smugi i bordowo-czarne maziaki). A meble – zazwyczaj są w jednej tonacji kolorystycznej, choć nie zawsze… A co by się miało zmarnić?

No więc mam – zielone zasłonki, szaro-zielone biurko z blachy pancernej przykryte ceratą (jest pleśnio-odporne, w Dayi czyli poprzednim akademiku czekoladową pilśnię regularnie dekorowały mi bowiem szaro-futrzane kropki penicylinki, stan absolutnie na Tajwanie nie budzący zgrozy). Mam łoże z fioletowym materacem i pasującą do łożnicy szafę z czegoś udającego olchę. Szafa jest ulubionym bunkrem dla ultra-cwanych komarów a raz na czas i jakiś karaluch wyleci spomiędzy koszul i pogrozi pięścią, sorry czułkami długości 5 -7 cm… Ponadto mam orzechową półeczkę – dołem na buty, środkiem na książki a górą na talerze :D. I tyle.

Jeżeli kiedykolwiek przychodzi mi do głowy pomarudzić w kwestii spartańskości warunków dla mej żyjącej dotąd w niezmierzonych luksusach dupki (na hasło, że sama jedna zajmowałam mieszkanie trzypokojowe lokalsi tu robią wielkie oczy i niemal się dławią z wrażenia), to szybko znajduję kartkę z opisem pokoju mojego kolegi z klasy, który mieszka w regularnym akademiku wendzarniowskim… Tym zamykanym o 22 na klucz, z prądem wyłączanym centralnie o 1.00, w którym każdy student ( z czterech przydzielonych do pokoju) ma do dyspozycji jedynie meblościankę. Górą jest łóżko z wbudowanym budzikiem i pościelą obowiązkowo dzierżawioną od uczelni, dołem zaś – biurko, 2 szuflady książkowe, 2 szuflady bieliźniane i 3 półki oraz pół drążka w szafie na osobę… Aha, i codzienna kontrola o 6.00 w kwestii zamiecenia podłogi, obecności w pokoju (za nieautoryzowaną noc poza obiektem można wylecieć z programu taniego mieszkania przy uczelni, na darmowe miejsce w akademiku czeka bowiem masa oszczędnych Tajwańczyków).

P.S. Łazienka 3 w 1- już widać, jak można robiąc siku spłukać głowę i jeszcze zęby wyszczotkować? A w promocji umyć podłogę i ściany?

P.S.2 Podłoga w obecnym lokum :D Żeby nie było, że mi się ryż na umysł rzuca i widzę rzeczy, których nie ma…