Poznaj moją rodzinę…

Rodzina to na Tajwanie i ogólnie dla Azjatów – najważniejsza kotwica życiowa.  A zaproszenie do poznania rodziny – to dla gaijina (czyli weiguorena, czyli laowaja, czyli obcokrajowca) to raczej niemała nobilitacja, bo oznacza, że Tajwańczyk ufa na tyle, żeby się nie wstydzić za nieokrzesanego białasa, lub niekrzesany białas nagiął już swoje zachowanie do stopnia zintegrowania się z żółtą większością. Albo – całkowicie interesownie, korzyści z pokazania się w towarzystwie białej twarzy na tyle podbiją ranking towarzyski rodziny, iż drobny fakt absolutnie z buszu wziętego zachowania tegoż białasa nie stanowi aż tak olbrzymiego dyskomfortu…

Poznałam do tej pory rodzinę pół tajwańsko, pół rosyjską, i rdzennie lokalne familie mojej tutorki Nico oraz jej przyjaciółki Lydii. Cała reszta pozostała w sferze mglistych obietnic, lub nieco bardziej konkretnych aczkolwiek ciężkich do spełnienia ze względu na odległość (czyli zaproszenie do Makaronowej Wioski do babci koleżanki Arielki i na Wyspy Penghu, po polsku Peskadory, do TangXin).

I tak oto przed wyjazdem samym, gdy wracaliśmy z lotniska z fotografowania Jumbojeta EvaAir, Młodociany -upewniwszy się, iż mój humor jest doskonały za jego zasługą – palnął: A może byśmy pojechali do mnie do domu? Moi rodzice bardzo chcieliby cię poznać?

Że what???

Moja mina chyba mówiła wszystko na temat tej heretyckiej i poronionej idei, zrodzonej w czubku głowy Młodocianego.

Młodociany zrobił minę żałośliwą solidnie stłuczonego jamnika. Taką, jaką robi każdy pies w okolicy stołu, kiedy akurat coś jest jedzone, ale przegubowym wychodzi najbardziej ekspresyjnie. Na żałośliwe łypnięcia jestem uodporniona, miałam psa, który żebrał – i żebrał, i żebrał… aż mu się znudziło. Gdyby miał liczyć na kąski lecące z mojego talerza, to z miejsca byłby chartem- borzojem z galopującą anoreksją. Nieczuła bestia ze mnie i basta.

No więc szybka zmiana strategii. Na logiczną.

- Nie naciskam, bo wiem, że nie lubisz niezapowiedzianych wizyt, a i jesteś bardzo zajęta. Ponadto wiem, że irytują cię próby przyszpanowania za pomocą twojej osoby – ale moi rodzice nie są tacy. Nie będą ci się wgapiać w pałeczki, bo nie będziemy jeść, tylko taka krótka wizyta. Nie będziesz musiała mówić po chińsku, choć  na pewno by się ucieszyli, ale wiem że jesteś wybredna i uważna w tym do kogo mówisz po chińsku. Ale- widzisz, moi rodzice chcieli cię zaprosić na obchody Chińskiego Nowego Roku i bardzo im zależy, żeby cię poznać, bo w sumie to cały czas wolny, który dotąd spędzałem z nimi, spędzam z tobą i dużo im o tobie opowiadam ( a ja spłonęłam niczym piwonia, na wspomnienie pierwszej wzmianki na mój temat, o której mi wiadomo). Musisz zrozumieć, że oni się trochę o mnie boją – bo przepadam na całe dnie i wracam tylko się wyspać. A nie jestem najgrzeczniejszym chłopcem i moi rodzice się martwią, że wplątujesz mnie w jakieś ćpuńsko- narkomańsko -imprezowe towarzystwo, bo dobrze wiesz, jacy są białasi. I dlatego chciałem, żeby cię poznali, to zmienią zdanie… I może pozwolą mi więcej jeździć Toyotą…  - tu Młodociany rozmaślił się konkretnie, a po chwilowym odmóżdżeniu kontynuował – Rodzinę Nico to odwiedziłaś kilka razy, nawet u nich nocowałaś. A jak byłaś ze mną, to wolałaś czekać przy motorze, i mojej mamie było trochę przykro. A moi rodzice nie są gorsi od rodziny Nico. Jesteśmy co prawda biedniejsi niż Nico i nie mamy fabryki końcówek do układów wtryskowych do amerykańskich samochodów, ale nie jesteśmy złymi ludźmi. Mój tata jest specyficzny, ale moja mama to cudowna kobieta i właśnie ze względu na nią chcę, żebyście się spotkali.

 

- Max, wszystko pięknie i w ogóle, ale po pierwsze, jest 14 a 20 lecę. Po drugie, jestem niewyspana, upocona, a ciuchy nadają się do siedzenia na płocie i robienia zdjęć samolotom, a nie składania pierwszej, zapoznawczej wizyty komukolwiek, zwłaszcza Chińczykom Tajwańskim, co wypatrzą każdy detalik w wyglądzie. Po trzecie, nie zmieszczę w siebie ani grama jakiegokolwiek jedzenia, czym zapewne ich obrażę niewymownie. Po czwarte, nie mam dla nich żadnego prezentu, jaki wypadałoby dać… A po piąte, miło słyszeć, że twoi rodzice zaplanowali mi dzień, ale szkoda, że nie spytali mnie o zdanie w tej drobnej kwestii. A nie jestem ich potomkiem i nie lubię dysponowania odgórnego bez konsultacji. Więc masz odpowiedź – 5 razy NIE.


Młodego aż przygarbiło. I mordka mu się wyciągnęła, a oczka jakby zaszkliły.

- Ale moi rodzice nic nie planowali! To ja sam, bo wiem, że mi będą dziurę wiercić przez cały tydzień noworoczny, bo chcieli cię zaprosić, a poza tym, jak by to miało być oficjalne, to by cały dom do góry nogami wywrócili, wypucowali i jeszcze odpicowali się na błysk! I ja bym został zagoniony do polerowania i wycierania kątów a nie jeździł z tobą. Więc pomyślałem, że do nich zadzwonię, i powiem, że jestem blisko i w sumie to bym z tobą zajrzał, tak, żeby nie mieli za dużo czasu na kombinowanie…

- No dobra. Bez obiadu i na 20 minut. Zgoda.

 

Po czym Młody rozjaśniony jak neonek lub choinka w Boże Narodzenie, wykonuje telefon do domu.

??? Wei? Mama? No mama, bo wiesz, jestem teraz na lotnisku. Tak, no z Majia… Tak, no załatwialiśmy sprawy przed wylotem… No i wiesz, bo jest tak gorąco, i w ogóle, tak sobie pomyślałem, że może byśmy wpadli… No, bo wiesz Majia bardzo żałuje, ze nie pojedzie z nami do cioci do Tajpej, i chciałaby was poznać przed wyjazdem, więc tak pomyślałem, że jak jesteście w domu to my byśmy wpadli… Tak za jakieś 15 minut… No to pa, do zobaczenia!

 


Aha. Teraz to ja chcę ich poznać. Noż o niczym innym nie marzę, tylko o poznawaniu rodziny Shi-Lin, czy tam Lin-Shi.

I pojechaliśmy… Młody uchachany od ucha do ucha zaparkował pod domem, zadzwonił do mamy na komórkę i zdziwił się, że nie odbiera… Pewnie sprząta, rzuciłam domyślnie. Skąd wiesz? Też mam mamę… No, masz rację, sprząta i nie słyszała komórki, bo macha do nas z balkonu.

Do mieszkania Młodego wchodzi się przez balkon, i buty obowiązkowo zostawia przed drzwiami. Dalej jest nora zwana salonem, z obowiązkową kanapą i niziutkim stolikiem oraz komoda na której bez ładu i składy postawiono masę stanowczo zbyt kolorowych, plastikowych gadżetów, mających w założeniu upiększać pomieszczenie. No cóż. Jeżeli chodzi o dekorację wnętrz, Tajwańczycy są raczej 100 lat za Murzynami… eee no, może ciut przed Murzynami, ale pojęcie mają mizerne w temacie. Vis a vis drzwi – ołtarzyk buddyjski z czerwonymi lampami (mama jest buddystką, taką bardziej zaangażowaną). Ołtarzyk dla dawnych członków rodziny – skitrany nieco z boku (tata jest z kolei wyznawcą dao, czyli miliona bożków od wszystkiego i duchów przodków). Z radyjka sączą się powolne, uspokajające sutry. Na stoliku jakieś obrzydliwe wegetariańskie mordoklejki sezamowo-ryżowe, których musiałam spróbować, bo poleciał po nie tatulo Młodocianego, wysłany w trymiga po zakąskę…

Mama przejęta, tata z lekka onieśmielony i kopcący papierosa jak mała, wytatuowana lokomotywa (mama z wrażenia zapomniała go o to … no wiadomo), do tego starszy brat Młodocianego, który zdradzał wyraźne oznaki zesłupienia połączone z wypisaną na czole chęcią schowania się za kotarą, ewentualnie w komodzie i oglądania widowiska z białasem w tym bezpiecznym miejscu… Nawet Młodocianemu się udzieliło, i cały się aż spocił. Jedynym normalnie zachowującym się członkiem rodziny był pies, który mnie obskoczył, obwąchał, koniecznie chciał dac mi buzi i siąść na kolankach, i odkąd przyszłam, nie odszedł ode mnie na krok póki nie wyszłam. Ku zazdrości zignorowanego Maxa i zdziwieniu reszty.

A potem bawiono mnie rozmową. Przez tłumacza – bo mama mówi po chińsku, tata po tajwańsku a brat szeptem, więc Max ćwiczył. Było miejsce na standardowe pytania – a jak mi się podoba Tajwan (bardzo), a jedzenie (smaczne), a czy jadłam słynne śmierdzące tofu (jadłam, nie jest złe tylko cuchnie), czy mówię po chińsku (mówię, ale jestem nieśmiała), czy chcę mieszkać na stałe w Kaohsiungu…

A następnie tatulo zabił mi gwoździa – a kiedy chcę mieć dzieci? Maxowi zadrgała powieka, więc nie wypadało burknąć, że nie tatulowy to interes…

 

 

Więc co powiedzieć ładnie i grzecznie na tak jawne naruszenie prywatności? Powiem, że już, to Młody dostanie bana na wychodzenie z domu, bo a nuż białasy rozmnażają się wiatropylnie? Powiem, że nie planuję, to Młody dostanie bana, żeby nie nasiąkł wywrotowymi ideami, szerzonymi przez szurniętą białaskę. Powiem, że za rok, dwa, pięć, to pojawi się masa innych, równie dociekliwych, co kłopotliwych pytań…

 

 

I nastało oświecenie… Kiedy tylko znajdę fajną śmieciarkę*, proszę pana.

* u nas dzieci znajduje się w kapuście, ewentualnie przynosi je bocian. Tradycyjnie chińskie i tajwańskie bobasy wyciosywano z kamienia (wedle bardzo starej buddyjskiej legendy o podróży na zachód Xuanzanga), natomiast wraz z pojawieniem się grających śmieciarek – o nich TUTAJ, to właśnie wśród surowców wtórnych i niewtórnych zaczęto znajdywać zawiniątka pieluchowe, które przynoszono do domu – ku utrapieniu starszego rodzeństwa. Tak, bowiem Starszy Brat Młodocianego miał ze swoim Młodszym Bratem na tyle ciężki żywot, że nie tylko błagał rodziców, aby go oddali, ale i wpychał go do kosza na śmieci, w nadziei, że wróci skąd przyszedł…

Tatulo plasnął w dłonie, ucieszony ripostą – nawet zaoferował się, że jeżeli chcę, to mogę u nich zamieszkać – za friko, bo Starszy Brat idzie do wojska, to jeden pokój będzie wolny. A jakbym potrzebowała, to on mnie wszędzie zawiezie (i tu rozpłynęła się wizja tojotkowa Młodocianego). I po chińsku może ze mną rozmawiać…

Już byłam pełna złych przeczuć.

Zapytałam po wyjściu: Młody, do cholery jasnej – coś ty tym swoim rodzicom naopowiadał? Bo nie mów mi, że to standardowe pytanie o planowane dzieci! U Nico o to nie pytali!

Młodociany zacukał się z lekka, i wydusił: no bo właściwie to wszyscy sądzą, że my jesteśmy parą…

- Jacy wszyscy???

- No w szkole, twoi nauczyciele, moi rodzice, moi znajomi, moim rodzicom też tak powiedziałem, bo łatwiej im było wytłumaczyć… Bo przecież my jesteśmy prawie jak para… Spędzamy ze sobą tyle czasu, rozmawiamy, ja ci kupuję śniadania, jeździmy razem na wycieczki…

- Mój drogi nie walnę cię w nos tylko dlatego, ze jutro masz targać moje walizki, a z rozbitym kinolem będzie ciężko. Do cholery jasnej. Nie jesteśmy parą. Ale wszyscy sądzą, że owszem, i dlatego nie mogę sobie znaleźć żadnego męskiego towarzystwa, przynajmniej w szerokim kręgu skoligaconym z Wendzarnią, stanowiącym jakieś 80% moich znajomych?

- Noooo, bo przecież nie będą podrywać mojej dziewczyny, więc dlatego nikt do ciebie nie podejdzie, jak jesteś sama, a jak jesteś ze mną to z tobą rozmawiają…

- Słonko życia mego i dostarczycielu śniadanek, chyba jednak cię walnę. Na otrzeźwienie. Nie szukam sobie chłopaka, ale… Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że pary między sobą robią kilka rzeczy, których my nie robimy. A trochę mi brakuje…

- Chodzi ci o seks, tak? W tej materii to muszę przyznać ci się, że jestem dziewicą. I chciałbym raczej, aby tak pozostało, póki nie poznam odpowiedniej dziewczyny, która mi to dziewictwo odbierze…

Mi w tym momencie, na takie wyznanie opadła szczęka. A zanim ją zebrałam z podłogi, Młodociany dokończył (bynajmniej nie zalotnie, a raczej z lekka cierpiętniczo):

- Ale jeżeli cię to uszczęśliwi, to ewentualnie mogę się poświecić…

 

 

 

[tytułem wyjaśnienia - rodzinę Lin/Shi znałam z opowiadań Młodego baaaaardzo dokładnie. Aż po takie detale, których niekoniecznie były mi potrzebne do czegokolwiek. Od tego, czemu Max jest Shi a jego rodzony brat Lin, choć maja tych samych rodziców, po to, ze siadając na kanapie trzeba uważać, bo pies gwałci regularnie jeden z jej narożników... O detalach familijnych - kiedy indziej...]

17 myśli nt. „Poznaj moją rodzinę…

  1. Noooo,
    zacieśniasz więzy rodzinne? :D

    Jesteś okropna – chłopak Cię do siebie zaprosił a Ty się natrząsasz z tego jak mieszka. Typowa naleciałość laski wychowującej się w NH.
    (Ciekawe czy Młody nie wrzuca sobie Twoich wpisów do jakiegoś translatora???)

    Niezłego disa dostałaś dotyczącego seksu!

  2. Ależ ja się nie nabijam. Ja stwierdzam fakt. Brzydkie mieszkania mają wyjątkowo. Wiodący trend to taki u nas uznawany za wsiowo-babcino- kiczowaty. I rodzina Maxa nie jest jedyna.

    Urządzić wnętrza Tajwańczycy nie umieją. Zrobię kiedyś foto, to zobaczysz sama. Niby wszytsko jest, kupy się trzyma, jest na czym usiąść, ale – nic dekoracyjnego. Wszytsko pragmatyczne – jak obrazek, to religijny albo na pieniądze. Jak kwiatki, to koniecznie umajone kokardkami i złotem, bo na pieniądze. Jak figurka, to oczojebna i plastikowa – bo ma być widać, i ma przyciągać pieniądze.

  3. Może powinnaś im przekazać nasze porzekadło: „Że pieniądze szczęścia nie dają”.
    Chociaż skoro oni mają tyle zakazów i nakazów, czy to z powodu wiary czy ustroju jaki panuje w ich Państwie – to rzeczywiście jedyne co ich uszczęśliwia to posiadanie pieniędzy.
    W takim razie powiedzenie – „Kto ma pieniądze ten ma władze” – chyba będzie im bliższe sercu.

  4. OK, to Agunia, daj mi swoją kasę, ja mogę być za ciebie nieszczęśliwa :D Ofiaruję się sama, bezinteresowanie…Mogę być także bardzo nieszczęśliwa za oboje państwa Kulczyków, i jeszcze parę osób …

    Ich państwo opiera się na konfucjańskich, tradycyjnych zasadach prawa i przestrzeganie tego prawa jest absolutnie normalne. A że kochają biurokrację, pieczątki, papierologię – to i zakazów z nakazami mają od groma…

    Rzeczy do uszczęśliwiania na Tajwanie jest wiele, niestety, za wiele z nich trzeba zapłacić. To nie Chiny Ludowe, a Pierwsza, Najstarsza Demokracja Azji.

    Co do inicjatywy prywatnej – to można się zdziwić… Właściwie każda rodzina ma jakiś biznesik, choćby poranne kanapki sprzedawane wprost z kuchnio-salonu czy babcię -emerytkę oferującą przy plaży zimne napoje domowej produkcji prosto ze styropianowej lodówki. Tajwan, inaczej niż Korea, postawił na „drobną” działalność licznych przedsiębiorców – także w przemyśle elektronicznym, ciężkim i maszynowym. Stąd brak olbrzymich wielopoziomowych i wielobranżowych rodzimych koncernów (pokroju amerykańskiego Unilevera,J&J, HP, szwajcarskiego Nestle, koreańskiego Samsunga,czy japońskiej Toyoty etc).
    Większość PKB i produkcji opiera się na rodzinnych „firemkach” o wąskiej specjalizacji, plus kilka-kilkanaście bardziej znanych, rozbudowanych na skalę większą niż Pan Tata plus wybrane osoby z rodziny (Nieliczne „koncerny” to motory KYMCO, komputery ASUS/ACER/MSI, telefony HTC). I tak na przykład rodzina Wang posiada fabryczkę elementów pomp wtryskowych (takie małe dysze do silnika), która zaopatruje amerykańskie fabryki samochodowe, rodzina Pandy z kolei produkuje rury, rodzina Bena – robi susz jajeczny na eksport… Tajwan to nie Chiny Ludowe z ograniczoną własnością prywatną (choć to też się zmienia, teraz prywatne inicjatywy są trendy w ChRL).

  5. Znów wykład na temat wyższości Tajwanu nad Chinami Ludowymi. :P A mi chodziło głównie o cechę charakteru tego narodu. Wydaje mi się, że na zachodzie ludzie nastawieni są bardziej na indywidualizm, a na wschodzie istnieje raczej ogólne pojęcie świata, przyrody i organizmu traktowanego jako całość oraz że holistycznie podchodzą do pojęcia społeczeństwa. Dlatego mieć to, co inni mają (nawet jeśli chodzi o wystrój domu), jest jak najbardziej dla nich poprawne.

  6. A w żadnym wypadku o wyższości jednych nad drugimi – bo ciężko to udowodnić… Tajwan ma legalnego googla i podpisane ACTA oraz spełnione normy WHO i innych ONZ-owskich agencji – ale nie ma powszechnie uznanej niepodległości. Więc kto ma lepiej?

    Ale co do różnic w percepcji priorytetów masz całkowitą rację, Zachód to kult jednostki romantycznej ze szczyptą egalitaryzmu (i ty możesz być superbohaterem), z kolei Azjaci to renesansowo-pozytywistyczna koncepcja kraju i społeczeństwa jako organizmu, wzajemnych współzależności które dla białasów są co najmniej dziwne. Tam dużo większy nacisk jest wciąż kładziony na współpracę, hierarchię i nieodstawanie od grupy.
    Ale zaczyna się to zmieniać – wraz z coraz bardziej postępująca westernizacją. Na razie IKEA jest traktowana z „pewną taką nieśmiałością” a idea ładnego mieszkania stoi dość daleko w hierarchii celów , bo i po co mieszkanko dopieścić, jeżeli to raczej dziupla do spania i niewiele więcej, gości raczej się do domu nie sprasza? Ale… jeden, drugi, trzeci „bywalec zagranicy” wraca z wojaży, nasiąknięty wywrotowymi ideami i pomału coś działa. Kiedyś w Polsce jadało się wyłącznie schaboszczaka, a pizza z szynką i ananasem lub brzoskwinią (tzw hawajska) wywoływała niedowierzanie, bo jak to tak można? Ano, tak to – przyjęło się, na tej samej zasadzie zniknęły jednakowe meblościanki, rozkwitła branża zdobnicza. Moi rodzice swego czasu za jedyny słuszny i właściwy wystrój przedpokoju uważali – białe ściany plus boazeria plus kinkiety plus nieśmiertelne PCV. X lat później w wyniku remontu mamy kombinację stalowej szarości z limonką, halogenki, deski i płytki ceramiczne na podłodze… Dało się?
    Myślę, że Tajwańczycy mają jeszcze niewykreowany mechanizm popytu na indywidualny wystrój mieszkania, będący emanacją osobowości i wyznacznikiem pozycji.Ale do czasu… Po prostu niebawem zaczną chcieć mieć lepiej-ciekawiej-fajniej niż standardowo.
    W Polsce też kiedyś pito wyłącznie kawę-plujkę, egzotyczne wynalazki typu kapuczino instant każdy obchodził z daleka, póki pani Teresa Mokrysz z firmy MOKATE nie zainwestowała solidnej kasy w czas antenowy i pokazywała niezorientowanemu narodowi, jak pić ten nowomodny wynalazek z proszku, i tak narodziło się babskie cappucino. Wtedy masowo ruszyła fala zachwytów, a wcześniej firma- z powodu braku zbytu wśród niezorientowanych w zagranicznych smakach Polaków- stała na skraju bankructwa. Przykłady można by mnożyć…
    Wracając do różnic obyczajowych. Największą różnica między Chińczykami Ludowymi a resztą chińskojęzycznej populacji jest to, że Rewolucja Kulturalna zabiła w nich stary system wartości i cnót. Powtarzają to wszyscy moi znajomi, którzy mają okazję u komunistów pracować lub robić interesy – że są oni nieuczciwi, leniwi i pazerni, oraz tylko patrzą, jakby cię tu wyrolować.
    Nie oznacza to bynajmniej, że Tajwańczycy są kryształowi i bez skazy, bo też dobrze kombinują, ale nabijanie w butelkę jest tu jakoś umiarkowane.

  7. Tym właśnie charakteryzuj esię dojrzała gospodarka rynkowa. Nieuczciwość jest sukcesywnie eliminowana, bo nikt nie chce wadliwych produktów i usług. Wiemy, że reklamie nie do końca można wierzyć, wybieramy towary polecane przez znajomych i które się sprawdziły, identyfikujemy się z firmą, w której dobrze nam się pracuje oraz współpracujemy z ludźmi z referancjami. Tym samym wartości etyczne można zaobserwować także w biznesie.

  8. Obawiam się, że niestety tylko w zarysie i wersji demo, czyli idealnej…

    W Polsce obserwujemy tzw wała za wałem, patrz wołowina z koniną, padłe mięsko, sól drogowa (to tylko ze spożywczej branży)… Obawiam się, że świat cały opanowany jest przez kompletnie antyutopijną wersję gospodarki rynkowej, model chiński – czyli jeżeli ja cię nie wywałuje, to wała wykręcisz mi ty.
    Ludzie z referencjami owszem, ale niejednokrotnie miałam przykład życiowo-biznesowy, że referencje referencjami, ale cena robi swoje. I jeżeli pani Jola robi tłumaczenie „na wczoraj” od ręki za 10 zł strona to powinnam i ja… Inna sprawa jest taka, ze referencje a sytuacja faktyczna to dwa światy.
    Innymi słowy – niestety, mam małe doświadczenie z tzw dojrzałą gospodarką rynkową, i z żalem stwierdzam, że tam gdzie było OK (Szkocja, Skandynawia- to z doświadczenia)pojawili się masowo imigrancji (w tym Polacy, Ukraińcy, Rosjanie i Arabowie) i niestety – uczciwość wzajemna, szacunek do kontrahenta etc – spadły na łeb na szyję.
    I jest mi z tego powodu bardzo wstyd, i bardzo żałuję, że tamten czas już nie wróci…

    • Miałam ci oszczędzić komentarzy o podrabianym jedzeniu i co się w nim znajduje. O fałszywych truflach z Afryki, szynce pameńskiej z Chin, trefnej oliwie, winie, koniaku, nabiale ze środkami ochrony roślin, przyprawami z ziemią i roztartą cegłą, niskiej jakości rybami i owocami morza z robalami w środku albo rtęcią, mlekiem dla niemowląt z toksyczną melaminą i rakotwórczą pleśnią?. I co? Kupiłabyś to wszystko mimo, iż dowiedziałaś się, że taki proceder się odbywa?

  9. Efektem chińskiej afery z mlekiem z melaminą jest coś, czego doświadczyłam w Hongkongu i właśnie o tym piszę. A zarówno wpis o Hongkongu, jak i ten o śniadaniu są chyba obarczone jakąś klątwą, od 3 miesięcy nie mogę ich skończyć, bo wiecznie coś nowego wypada do opisania, albo kasuję treśc i zaczynam od nowa

    Efekt jest taki, że naprawdę ostrożnie oglądam polskie zakupy, najchętniej zaopatrywałabym się „u baby z mlekiem/mięsem/jajami” – ale niestety, nie mam na to ani kasy ani czasu. Natomiast unikam dużych marketów jak ognia, z wielu względów, jakościowych i ideologicznych (kwestie podatkowe i etyki pracy).

    Problem polega na tym, że zastanawiając się co jemy i co tam może wyskoczyć z kanapki – można popaść w solidną paranoję i żywic się chyba tylko powietrzem i miłością własną…

    Albo wynieść na wieś i hodować dwie kurki, krówkę i trzy grządki produktów spożywczych na własny uzytek… Tylko kiedy pracować zarobkowo? Oglądałam program o praktykujących jakiś rodzaj jogi, którzy posiłki zastąpili głęboką medytacją i energią czerpaną ze słońca – ale nie wiem , czy mój umysł nie jest zbyt skostniały na taką rewolucję. Nie mówiąc już o żołądku – dziś poproszę 20 deko promyczków o smaku kurczakowym? Jakoś nie potrafię przekonać siebie do wegetarianizmu (notabene, super zdrowe kiełki też były skażone bakteriami Coli), nie mówiąc już o niespożywaniu pokarmów w ogóle…

    Pozostaje wykorzystać w pełni dobrodziejstwa dysonansu poznawczego i wierzyć, że pomimo, że trafia się każdemu, to mi nie…

  10. Zaraz tam fatum. Niektórzy twierdzą, że post i dobra wiara wiele może wskórać. :)
    A co się zaś tyczy pracy zarobkowej, to konkurencyjność i szukanie nowych źródeł zarobkowania jest jak najbardziej na miejscu, w przeciwieńswie do nieuczciwości, która nic dobrego przynieść nie może.
    Coraz częściej spotykam się ze zjawiskiem „multiple jobs”. To już nie te czasy, że pracowało się w jednym zakładzie pracy i stanowisku aż do emerytury.

  11. Owszem, to prawda. Przy czym niestety w USA nieco inaczej wygląda to niż u nas… U Polsce raczej mało kto obecnie decyduje się na rzucenie starą pracą, jaka by nie była… A i w pewnym wieku zmiana zawodu czy firmy jest dosyć mocno utrudniona.
    Niestety, z własnej praktyki wiem, że dosyć trudno znaleźć czas na „multiple jobs”, no chyba,że jako kucharka/sprzątaczka/opiekunka do dzieci i osób starszych/pielęgniarka = zawód żona. Ja w Polsce zarabiałam akurat przyzwoicie, ale kosztem własciwie całego dnia spędzonego w pracy lub zajęciach zawodowych. Gorzej, że niektórzy znajomi również spędzali w firmach podobną ilość czasu, ale – za sporo mniejsze wynagrodzenie- ale to temat na smutne wypominki pt „to polska rzeczywistość”, a nie radosny blog z Tajwanu…

  12. Z kontekstu twojej wypowiedzi wywnioskowałam, że zawód tłumacza jest/był dla ciebie właśnie takim dodatkowym zawodem z racji tego, że praca nie jest regularna, jest duża konkurencja i są trudności w znalezieniu nowych zleceń. :)

  13. Nie do końca.

    Podstawowym zajęciem dla mnie było: tłumaczenie z angielskiego na polski i vice versa plus redakcja tekstów – tych przełożonych i tych napisanych po polsku i nadsyłanych do wydawnictw. Czasem korekta, ale tego szczerze nie znosiłam… Ponieważ współpracowałam z dosyć dużą firmą,ze zleceniami nie było problemu. Bardziej z nadmiarem tychże w stosunku do czasu realizacji.

    W ramach fanaberii i odpoczynku miałam inne zajęcia, bardziej hobbystyczne niż zarobkowe, ale też związane z zawodem wyuczonym oraz wykonywanym.

    Obecnie zaś odpoczywam i wyzywam się twórczo. Była to moja decyzja podjęta przed wyjazdem na Tajwan – i jak dotąd jej nie żałuję. Uważam, że tamten epizod, choć znaczący dla mnie, powinien zostać definitywnie zakończony. Pomalutku mi przechodzi szukanie literówek i innych merytorycznych zgrzytów (btw, ostatnio spędziłam chwilę na rozmyślaniu, czy nóż/sztylet może być inkrustowany… Może być, wszystko zależy od tego czy to klinga, czy rękojeść, i co w niego wsadzono dla ozdoby).

  14. Nie ma co się przejmować, nie każda praca jest dla nas odpowiednia. Ale żadna praca nie hańbi. Wiesz, że Hłasko jeździł ciężarówką, Bukowski był listonoszem, a Gretkowska sprzątała i opiekowała się dziećmi? Ważny był dla nich wymarzony cel na horyzoncie, ale żyć w międzyczasie jakoś musieli.
    Uważam również, że cała sytuacja może się nagle zmienić na lepsze, bo trudności na rynku pracy są do pokonania, lecz najgorsze są rzeczy, których zmienić nie potrafimy, albo nie byliśmy w stanie im zapobiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>