DickFace – o drobnych różnicach kulturalnych

Dickface po tajwańsku to taki wyraz twarzy, kiedy jesteś trochę zaskoczony, trochę smutny, trochę wściekły.

Nawet krzaczek ma… taki… naprawdę obrazujący o co kaman - 囧囧囧 taki… azjatycko fejsbukowy…

Taki pomiędzy rezygnacją, mega wkurwem, niedowierzaniem i jeszcze jakiś rechocik zakłopotany w tle. Obrazowo ujmując, jest to mina jaką robisz, gdy pójdziesz do toalety z tzw grubszą potrzebą, a w tylnej kieszeni spodni masz nowiusieńkiego Ajfona. I ktoś zastuka w drzwi, ty się zerwiesz i tenże gadżeciarski sprzęt wbije się w efekty spełniania naturalnej potrzeby nr2.

O- taka:

Wczoraj popełniłam fo-pa, jako rezultat uzyskując – wroga w osobie panny młodej, i własnie taki dikfejs pana młodego…

Po kolei.

Młodociany pracuje w buxibanie, ucząc tępe tajwańskie owoce rachitycznych lędźwi i reformy edukacyjnej. Jego senior, czyli taki jakby nauczyciel z papierami, opiekun naukowy etc. bierze niebawem ślub. Na ten ślub/wesele zaprosił Młodocianego i jego białą dziewczynę (tiaaaa…… yh! normalnie czkawka mi jeszcze nie przeszła), o czym zostałam poinformowana w Polsce, więc mogłam zmierzyć się z arcytrudnym znalezieniem kiecy i reszty będącej kompromisem między wieloma wypadkowymi – niebawem o tym napiszę szerzej… No i właśnie wczoraj, z okazji 21 urodzin Młodocianego miałam okazję poznać – szczęśliwą parę oraz jeszcze kilku innych kolegów z pracy.

Młodociany przyznał mi się, że obiad to jedno, a po drugie – radośni koledzy seniorzy koniecznie chcieli go zawlec do evil pinky place, czyli takiego masażo-burdelu, do którego chadzają oni gromadnie i zbiorowo. A także uciechom oddają się zbiorowo – a przynajmniej tak mi to przedstawił Max. Aha.

Z powodu Młodocianego sprzeciwu (zostałam przykrywkową dziewczyną, co by mu nie wybaczyła i połamała co witalniejsze końcówki ciała) zamiast wizyty w męskim gronie stanęło na „obiedzie”. Kur… dwanaście, obiad w przyzwoitym kraju to je się o 12, max o 17, a nie o 22, do chu..a wafla!!! No , ale pójść musiałam, bo raz – cholerne tajwańskie grzeczności, dwa – jeżeli pójdę, to będę pretekstem do ewakuacji około północy, a tak to biedny Max padający na ryjek ze zmęczenia będzie musiał celebrować do drugiej w nocy.

Poszłam i – pierwsze fo-pa. Wyglądałam lepiej niż narzeczona. Widać było po mnie, że zagraniczna. Drugie fo-pa. Mówiłam po angielsku. Senior nr 1 i 2 -nauczyciel angielskiego, więc mówiłam normalnie szybko. Ale – nauczyciele angielskiego, podkreślający jeszcze swą kompetencję i rozliczne doświadczenie, nie nadążali. I konstrukcje zdania dla nich za skomplikowane były. No cóż, tajwański system nauki języków obcych – temat na osobną śpiewkę. Fo-pa numer trzy. Otworzyłam pałeczki z drugiej strony (tzn – wybiłam je z folii tą częścią do trzymania, a nie do jedzenia). Panna Młoda mało się nie zesrała z wrażenia. Fo pa numer cztery…

 

Państwo Młodzi w ramach przedstawiania od razu opowiedzieli mi o swoich planach na podróż poślubna, a mianowicie – Europa, 18 dni, po 9 na Anglię i Francję, i w związku z tym mają pytania do mnie jako Europejki. No, nie najpierw było – czy podróżowałam po Europie, tak z lekka z góry, bo co to Polska, pffffy. Oj. No więc z rozkoszą wymieniłam wszystkie państwa, w których udało mi się być. Nawet przejazdem. A co sobie będę żałować. Tak, w Paryżu też byłam. I w Londynie. To popularne miejsca wśród Polaków.

- Oh, to czy możesz nam polecić jakieś miejsca?

- Do zwiedzania? A co was interesuje? Muzea? Punkty turystyczne? – i dawaj, wymieniam.

- A hotele?

- Oj, tu niestety nie pamiętam, ale mogę wam poszukać w necie…. Zaraz, to poczekaj, ty kupiłeś wycieczkę do Europy, bez noclegów? Twoje biuro podróży nie zapewniło ci zakwaterowania???

(Fo-pa cztery a. Nie podważaj kompetencji mężczyzny, że sam nie jest w stanie sobie zapewnić pobytu, zakwaterowania i programu wycieczki lepiej i taniej niż biuro podróży… A właśnie to zrobiłam, dziwiąc się.)

- Ale hotele… Hmmm… Nie pomogę tak od razu, ale mogę sprawdzić, bo ja albo jadę służbowo, a wtedy nocleg załatwia mi firma, albo jak sama, to raczej metodą backpackerską… U kogoś na kanapie, ewentualnie jakiś hostel lub wynajmuję mieszkanie. To popularne rozwiązanie w Europie. Ale – jak mówiłam, mam paru znajomych pracujących w branży hotelarsko -noclegowej, mogę ich zapytać, to nie problem…

(Fo-pa cztery b. Nie podważaj pozycji materialnej rozmówcy poprzez wymienianie takich słów jak „oszczędzać”, „tanio”, w kontekście planów interlokutora, nawet jeśli nie dotyczą one – czyli sformułowania zakazane- bezpośrednio rozmówcy. Aha.)

- Koszty hotelu i wyżywienia? Hmmm… Hotel, myślę, że około 100EUR/doba powinniście znaleźć w dobrym standardzie, o ile będziecie rezerwować teraz. A wyżywienie… Hmmm… myślę, że powinniście kalkulować około 100 -150 EUR dziennie na jedzenie i muzea oraz komunikację…  Muzea to wiadomo, a z jedzenia … Obiad – no, pewnie z 50 EUR od głowy trzeba liczyć, jeżeli chcecie jeść w knajpie, jak w szybkim barze to pewnie taniej, plus woda, przekąski, śniadanko z 10 EUR też będzie kosztowało…

I tu nastąpił dikfejs Pana Młodego, Panna Młoda miała w oczach coś dziwnego, co kojarzyło się z długo i powolnie wbijanym w mój zadek tępym sztyletem, po kilku dniach mozolnie mogącym sięgnąć serca i skrócić cierpienia ofiary (o ile stanę na głowię i będę dostatecznie długo w tej pozycji skakać), plus łzawy błysk.

- Ile? zapytał on. – Ile? 100 EUR? 4000 tajwańskich dolców? Za obiad? I drugie tyle za nocleg? – nie mógł uwierzyć.

-  To normalna cena europejska w strefie euro… Generalnie, musisz liczyć minimum 4 razy drożej niż na Tajwanie, a Paryż to najdroższe miasto Europy, Londyn jest niewiele tańszy, przynajmniej centrum. Wybrałeś popularne lokacje, to kosztuje.

Zadzwonił telefon, Pan Młody wdał się w konwersację po chińsku, a Max nachylił mi się do ucha.

- Słuchaj, bo u nas na Tajwanie, jeżeli chodzi o pary, to jesteśmy bardzo… eee no wiesz… W każdym razie musisz powiedzieć teraz coś dobrego, bo Panna Młoda jest teraz zdołowana, a jak ona jest smutna, to jemu też będzie przykro, a to mój kolega i senior i w ogóle mi pomaga…

(Aha, nie wydawało mi się… Fo-pa cztery c, wielkie jak stad do Murmańska… Bo zupa była za słona, a rzeczywistość nie jak z reklamy?)

Popatrzyłam z niedowierzaniem – że ku..a co proszę? Facet pyta mnie o realne info jako osobę znającą realia i jednocześnie oczekuje bajek Szeherezady?

- No wiesz, teraz ona będzie się bała, że on jej powie, że Europa jest za droga i jej marzenie o zakupach w Paryżu pryśnie…

- A to najważniejsze są zakupy?

- No pewnie, ona jest taką materialistką, on też się lubi pokazać, a chyba właśnie zrozumiał, że nie bardzo…

- Poczekaj, on kupił bilety, a nawet nie sprawdził co ile kosztuje? Czyli, że kupił same przeloty, bo cały pakiety był za drogi? I teraz zalicza zonka, bo jednak nie będzie taniej?

(fo-pa cztery de… proste jak konstrukcja cepa… nawet ja, gruboskórna niczym skrzyżowanie słonia z BTO= Bojowy Transporter Opancerzony alias SKOT, zauważyłam… Chcieli państwo w grupie przykozaczyć a tu za cienko w uszach… I tak mimochodem wyszło… Ojć)

- Chyba tak…

Uśmiechnęłam się najładniej jak umiem… I mówię do Pana Młodego – wiesz, to może brzmi tak trochę… skomplikowanie… Ale – Paryż to takie romantyczne miejsce, bardzo popularne na podróż poślubną, a poza tym, są też inne plusy… Jeżeli twoja żona lubi zakupy…

- O tak, na przykład LV, to jej hobby…

- Wcale nie! – równie entuzjastycznie, co kłamliwie zaprzeczyła Panna Młoda.

(fo-pa cztery e… Nie stawiaj Tajwańczyka w kłopotliwym położeniu, powodując, że ktoś wspomni o jakiejś jego słabości, za jaką uważane są – oglądanie kreskówek i oper mydlanych, zakupy, podjadanie… Nawet, jeżeli wszyscy to robią, nie wypada o tym wspominać, bo kojarzy się negatywnie)

- No, to jeżeli lubi, to doceni, a jeżeli nie, to może też polubi… Wiesz, towary luksusowe są w Europie tańsze. Te wszystkie perfumy, kosmetyki, niektóre marki ubrań…

- Czyli za ile? -przerwał mi.

- Co za ile? No, nie wiem, tak szczegółowo nie śledzę… widzisz, Maxowi kupiłam w Zarze tą koszulę na urodziny, jakieś 1200 tajwanów (nie musisz głąbie wiedzieć, że na wyprzedaży była za 39,90  i tylko dlatego Młody ją przyjął)… Te wszystkie Chanele i inne Vittony, to około 30% taniej, tylko musicie uważać na podróbki.

- To znaczy ile, konkretnie – naciskał Pan Młody.

- Szczerze mówiąc nie wiem, bo nie kupuję zbyt wyzywająco ostentacyjnych ciuchów, takich ometkowanych. Taki mam styl…

- To Zara nie jest z Hongkongu? – usiłowała wtrącić swoje trzy grosze Panna Młoda, po chińsku.

- Zara jest europejska, konkretnie hiszpańska, taka sieciówka, wiecie, w każdym większym mieście Europy jest sklep, to popularna marka, mam dużo ubrań z Zary. A co do cen, to na przykładzie perfum widzę, że w przeliczeniu u was są 30-40% droższe, więc podobnie będzie z innymi zakupami markowymi… czyli tu 2500 tajwanów kosztują perfumy moje, a w Europie to poniżej 2000 w przeliczeniu kupuję…

(fo-pa numer pięć… Dalej im za drogo… Moje pocieszenie i miłe słowa jednak nie były tym, czego oczekiwano…)

Ehm. Max mi po drodze do domu wyjaśnił, przepraszając z pięć razy za zwrócenie mi uwagi – bo moge się czuć niekomfortowo w związku z tym, że on mi tak ofen w ryj oznajmia, co było nie tak. Oj, niekomfortowo, to będzie dla nas obojga na tym weselu… A kij wam w nery, o ile wcześniej miałam skrupuły, żeby nie ukraść ceremonii, to właśnie przestałam je mieć…

Karaluchy spod poduchy… I spod biurka też…

Uprzejmie informuję, że Tajwan posiada pewne niedogodności… O komarach pisałam. Czas na karaluchy, które już takie „:drobne” nie są – bo rozmiarowo to okazy ze 2-3 razy większe od tych polskich… Istnieją zresztą karaluchy (wielkie niemal jak palec, podobno skarłowaciałe w stosunku do swych przodków z Tajlandii) i coś w rodzaju prusaka – czyli mniejsze, około 3-4cm długości, przywleczone z Niemiec w skrzyniach z drewnem. Wietrzę w tym jakiś spisek i podstęp, bo po co Tajwańczykom niemieckie drewno, skoro mają swoje, znacznie lepszej jakości? Nieważne zresztą – karaluchy na Tajwanie są i już.

Moje pierwsze spotkanie z karaluchem wyglądało tak:

Wieczorem zamaskowany pan spsikał chodniki, doniczki, ściany i rynsztoki Dingzhong lu wielkim spryskiwaczem rolniczym, założonym niczym plecaczek i zbrojnym dwie rurki. Obejrzałam ów spektakl ze sporym zaciekawieniem z okna cieszącego się zasłużenie złą sprawą akademika dla zagraniczniaków, z braku lepszych rozrywek – i potem chwilę zastanawiałam się, co to za zwierzynę tępił ów przedstawiciel sił porządkowo-sanitarnych w dobitnie oranżowym uniformiku. Rano potknęłam się o leżącego na grzbiecie i raźno przebierającego odnóżami w przedśmiertnych drgawkach – karalucha, długiego jak mój palec. O, takiego:

 

Spotkanie drugie było nieco bardziej hardkorowe, i uświadomiło mi z całą walącą obuchem jasnością zgubną i złowrogą potęgę robalowego pomiotu. Karaluchy wygonione z Dingzhong Lu przeniosły się bowiem 20m dalej, w gościnne progi Daya International Apartments. Konkretnie – także i do naszego luksusowego pokoju godnego dwóch białych par pośladków należących do księżniczek udzielnych słowiańskich… Któregoś pięknego dnia Katarzyna otwierając suwające okno, wydała z siebie dźwięk świadczący o niewymownym zbrzydzeniu i zdegustowaniu… Pospieszyłam zatem zerknąć na przyczynę. W szparze okiennej, czy wgłębieniu futryny ujrzałam przyczajonego sprawcę zamieszania… Ślepił się na mnie tymi czułkami, i wyglądał jakby miał mnie zaraz zbić a przynajmniej okrzyczeć, więc należało podjąć działania prewencyjne.

Ponieważ jeszcze przed wyjazdem podzieliłyśmy zakres obowiązków i kompetencji, Katarzyna zaoferowała prace kuchenne w rodzaju przygotowania śniadania i podania pod nos – na mnie padło męskie zadanie obrony kobiet, dzieci i lodówki… Niewiele myśląd odważnie wzięłam nóż w trzęsące się łapencje, i zamykając oczy wycelowałam na oślep w obrzydły odwłok… Celowałam w łeb, między czułki, w efekcie za drugim podejściem nóż utkwił gdzieś w pancerzyku… Ja zastygłam, owad też… A potem – ku memu obrzydzeniu z zaskoczeniem – sprytny zwierzak zaczął uciekać, w dodatku próbując mi wyrwać nóż, tkwiący połowicznie w odwłoku a częściowo w mojej spotniałej dłoni…

Trzecie spotkanie było spotkaniem niezwykle bliskiego stopnia… Leże sobie na Kasinym cycu i film oglądam, i nagle czuję

coś dziwnego… Oto jej oczy zogromniały, a następnie zwęziły się, spojrzenie nienawistnie zlodowaciało. Cały czas utrzymując kontakt wzrokowy, sięgnęła za siebie powolnym, spokojnym ruchem, i dzierżąc w dłoni knigę ze skryptem „ukochanego” Dejniela… i jak nią nie łupnie o ścianę  tuż nad moją grzywką… Mało nie zeszłam ze strachu, widząc w jej oczach żądzę mordu, niemal jak u Jacka Nicholsona w „Lśnieniu”, i to tomiszcze lecące ku memu nosowi… A to po prostu zjadliwy wróg o długich czułkach uczynił bazę wypadową nad mym ciemieniem i szykował się podle do abordażu z kompletnego zaskoczenia… a Katarzyna z całym bohaterstwem i poświęceniem pragnęła mnie uchronić przed nieszczęsnym losem ofiary karaczanowej inwazji…

Przybywając rok później po opisywanych wydarzeniach – wiedziałam już, że Daya to tzw Sabena (such a bloody experience, never again, nota bene, była sobie taka linia lotnicza z Belgii – po akronimie widać, że upadła…), czyli jak najdalej od tego miejsca przeklętego i naznaczonego wstrętnym białasowskim znamieniem… Gillem (czyli mega utuczony belgijski doktorant na rządowym stypendium) pomógł mi załatwić zakwaterowanie i nawet był tak miły, że zostawił:

- żelazko (cokolwiek podsmażone, ale zawsze – może kiedyś skorzystam),

- parasolkę (połamaną),

- materacyk (yyyy…. doprany okazał się błękitny a nie szarobury),

- półkę na książki (robi za półkę na buty/graty/naczynia w skromnej ilości oraz spożywkę suchą)

- i tak zwany zestaw startowy: poduchę, kask na skuter i dziwne pudełeczko z przekreślonym karaluchem.

Po miesiącu mieszkania Gillem wyznał mi straszną prawdę – pudełka na karaluchy były koniecznością, bo przed moim przyjazdem razem z właścicielem eksterminowali kolonię tych robali, gnieżdżącą się gdzieś pod sufitem…. Yyyyy….  A zapytał tak po prostu, czy cockroach boxes znalazły już zastosowanie… Gdy zażądałam szczegółów – dowiedziałam się straszliwej prawdy…

Fakt, jakiś tam karaluch przemykał od czasu do czasu po ścianie czy podłodze, raz nawet nakryłam jednego na inspekcji w szafie, ale nawała typu deszcz i powódź to nie była. O porządek zresztą dba gekkonek, który pomyka od czasu do czasu korytarzem… No ale – na wszelki wypadek, aby nie powitała mnie brązowa masa wku… stworzonek kolonizujących moje grunta – postanowiłam skorzystać z Gillemowego startera, i rozłożyć parę pułapek na te bestie. Max wyjaśnił mi co i jak, nie komentując zbytnio – jak można nie wiedzieć takich oczywistych oczywistości.

Po przyjeździe – rozwłóczyłam walizę, ku zdumieniu Młodocianego, pełnego podziwu co i w jakich ilościach można upchać w bagażu (sterta na wyrku miała rozmiar niezłej pryzmy kompostowej w multikolorze z przewagą słodkich różów i pastelowych błękicików), a po ogarnięciu przyszło mi do głowy, że w sumie to może niekoniecznie chcę iść lulu z potencjalnymi karaluszymi truchłami… No więc złapałam pierwsze z brzegu czarne pudełeczko z dziurkami i brązową pastylką w środku:

obejrzałam z góry, z dołu, boku i każdej możliwej strony – i solidnie zawiedziona pokazałam Młodocianemu – patrz, w środku nic nie ma, szloch.

Uooooo, Młody zerwał się po tygrysiemu, złapał mnie za rękę i zaprowadził do łazienki jak pięcioletnie dziecko, po drodze (całe trzy metry) niemal zapowietrzając się z nerwa, oburzony i zdegustowany tłumaczył mi głosem łamiącym się z oburzenia:

- To jest pu-łap-ka na karaluchy a nie domek dla nich!!! PUŁAPKA!!! To ma w środku truciznę!!! Jest toksyczne!!! I brudne!!! karaluchy po tym mogły chodzić!!! Masz natychmiast umyć ręce!!! I ja też sobie umyję!!!Mydłem!!! I gorącą wodą!!! I nig-dy wię-cej tego nie rób, rozumiesz?!?

Przy czym umył mi fachowo łapki – jeżeli kiedykolwiek zdarzyło się wam czyścić pełzaka (czyli takiego roczno-dwuletniego bobasa wsadzającego odnóża wszędzie, gdzie nie powinien), to właśnie tak to wykonał. Mydełkiem i gorącą wodą…

Zostałam odmłodzona drastycznie i konkretnie :P

Domki dla karaluchów istnieją, o proszę, jakie śliczne

- to takie odpowiedniki lepa na muchy lub mole, gdzie widać efekty działania, bo zainfekowany zwierz nie umyka zdychać w ciemnym kącie i rozkładać się gdzieś na uboczu – ale zostaje w środku uroczego kartonika. Więc trup ściele się ponoć gęsto.

Natomiast, gdyby kogoś zdziwiło kiedykolwiek dalekowschodnie (i nie tylko) podejście do jakiegokolwiek zagadnienia… W Europie nienawidzą, w Rosji karaluch w domu to ponoć oznaka dobrobytu (bo żeruje na nadmiarowych resztkach, gdy nie ma resztek – to w domu bida, i karaczana niet), a w Afryce i chyba Tajlandii można spożyć wysokobiałkowe karaluszki smażone i marynowane… A w Japonii… No cóż… Japończycy to Japończycy, zawsze inni niż reszta świata:

Tak, Japończycy zrobili słodką kreskówkę o uroczej dziewczynce- karaluszce, która chce się zaprzyjaźnić z ludźmi, niestety pada ofiarą rozlicznych, złych stereotypów… - Gokicha!!! krótka historyjka z angielskimi napisami TUTAJ

No ale chyba bardziej errrrmmm…. nietypowi? postępowi? są Amerykanie, produkujący taką oto pomysłową, żywą!!! biżuterię, kochaną przez gwiazdy… Rzecz nazywa się „The RoachBrooch” i kosztuje ledwie 80$… A wrażenie, zwłaszcza na nielubianej ciotuni podczas wigilii? Bezcenne :D

 

Poznaj moją rodzinę…

Rodzina to na Tajwanie i ogólnie dla Azjatów – najważniejsza kotwica życiowa.  A zaproszenie do poznania rodziny – to dla gaijina (czyli weiguorena, czyli laowaja, czyli obcokrajowca) to raczej niemała nobilitacja, bo oznacza, że Tajwańczyk ufa na tyle, żeby się nie wstydzić za nieokrzesanego białasa, lub niekrzesany białas nagiął już swoje zachowanie do stopnia zintegrowania się z żółtą większością. Albo – całkowicie interesownie, korzyści z pokazania się w towarzystwie białej twarzy na tyle podbiją ranking towarzyski rodziny, iż drobny fakt absolutnie z buszu wziętego zachowania tegoż białasa nie stanowi aż tak olbrzymiego dyskomfortu…

Poznałam do tej pory rodzinę pół tajwańsko, pół rosyjską, i rdzennie lokalne familie mojej tutorki Nico oraz jej przyjaciółki Lydii. Cała reszta pozostała w sferze mglistych obietnic, lub nieco bardziej konkretnych aczkolwiek ciężkich do spełnienia ze względu na odległość (czyli zaproszenie do Makaronowej Wioski do babci koleżanki Arielki i na Wyspy Penghu, po polsku Peskadory, do TangXin).

I tak oto przed wyjazdem samym, gdy wracaliśmy z lotniska z fotografowania Jumbojeta EvaAir, Młodociany -upewniwszy się, iż mój humor jest doskonały za jego zasługą – palnął: A może byśmy pojechali do mnie do domu? Moi rodzice bardzo chcieliby cię poznać?

Że what???

Moja mina chyba mówiła wszystko na temat tej heretyckiej i poronionej idei, zrodzonej w czubku głowy Młodocianego.

Młodociany zrobił minę żałośliwą solidnie stłuczonego jamnika. Taką, jaką robi każdy pies w okolicy stołu, kiedy akurat coś jest jedzone, ale przegubowym wychodzi najbardziej ekspresyjnie. Na żałośliwe łypnięcia jestem uodporniona, miałam psa, który żebrał – i żebrał, i żebrał… aż mu się znudziło. Gdyby miał liczyć na kąski lecące z mojego talerza, to z miejsca byłby chartem- borzojem z galopującą anoreksją. Nieczuła bestia ze mnie i basta.

No więc szybka zmiana strategii. Na logiczną.

- Nie naciskam, bo wiem, że nie lubisz niezapowiedzianych wizyt, a i jesteś bardzo zajęta. Ponadto wiem, że irytują cię próby przyszpanowania za pomocą twojej osoby – ale moi rodzice nie są tacy. Nie będą ci się wgapiać w pałeczki, bo nie będziemy jeść, tylko taka krótka wizyta. Nie będziesz musiała mówić po chińsku, choć  na pewno by się ucieszyli, ale wiem że jesteś wybredna i uważna w tym do kogo mówisz po chińsku. Ale- widzisz, moi rodzice chcieli cię zaprosić na obchody Chińskiego Nowego Roku i bardzo im zależy, żeby cię poznać, bo w sumie to cały czas wolny, który dotąd spędzałem z nimi, spędzam z tobą i dużo im o tobie opowiadam ( a ja spłonęłam niczym piwonia, na wspomnienie pierwszej wzmianki na mój temat, o której mi wiadomo). Musisz zrozumieć, że oni się trochę o mnie boją – bo przepadam na całe dnie i wracam tylko się wyspać. A nie jestem najgrzeczniejszym chłopcem i moi rodzice się martwią, że wplątujesz mnie w jakieś ćpuńsko- narkomańsko -imprezowe towarzystwo, bo dobrze wiesz, jacy są białasi. I dlatego chciałem, żeby cię poznali, to zmienią zdanie… I może pozwolą mi więcej jeździć Toyotą…  - tu Młodociany rozmaślił się konkretnie, a po chwilowym odmóżdżeniu kontynuował – Rodzinę Nico to odwiedziłaś kilka razy, nawet u nich nocowałaś. A jak byłaś ze mną, to wolałaś czekać przy motorze, i mojej mamie było trochę przykro. A moi rodzice nie są gorsi od rodziny Nico. Jesteśmy co prawda biedniejsi niż Nico i nie mamy fabryki końcówek do układów wtryskowych do amerykańskich samochodów, ale nie jesteśmy złymi ludźmi. Mój tata jest specyficzny, ale moja mama to cudowna kobieta i właśnie ze względu na nią chcę, żebyście się spotkali.

 

- Max, wszystko pięknie i w ogóle, ale po pierwsze, jest 14 a 20 lecę. Po drugie, jestem niewyspana, upocona, a ciuchy nadają się do siedzenia na płocie i robienia zdjęć samolotom, a nie składania pierwszej, zapoznawczej wizyty komukolwiek, zwłaszcza Chińczykom Tajwańskim, co wypatrzą każdy detalik w wyglądzie. Po trzecie, nie zmieszczę w siebie ani grama jakiegokolwiek jedzenia, czym zapewne ich obrażę niewymownie. Po czwarte, nie mam dla nich żadnego prezentu, jaki wypadałoby dać… A po piąte, miło słyszeć, że twoi rodzice zaplanowali mi dzień, ale szkoda, że nie spytali mnie o zdanie w tej drobnej kwestii. A nie jestem ich potomkiem i nie lubię dysponowania odgórnego bez konsultacji. Więc masz odpowiedź – 5 razy NIE.


Młodego aż przygarbiło. I mordka mu się wyciągnęła, a oczka jakby zaszkliły.

- Ale moi rodzice nic nie planowali! To ja sam, bo wiem, że mi będą dziurę wiercić przez cały tydzień noworoczny, bo chcieli cię zaprosić, a poza tym, jak by to miało być oficjalne, to by cały dom do góry nogami wywrócili, wypucowali i jeszcze odpicowali się na błysk! I ja bym został zagoniony do polerowania i wycierania kątów a nie jeździł z tobą. Więc pomyślałem, że do nich zadzwonię, i powiem, że jestem blisko i w sumie to bym z tobą zajrzał, tak, żeby nie mieli za dużo czasu na kombinowanie…

- No dobra. Bez obiadu i na 20 minut. Zgoda.

 

Po czym Młody rozjaśniony jak neonek lub choinka w Boże Narodzenie, wykonuje telefon do domu.

??? Wei? Mama? No mama, bo wiesz, jestem teraz na lotnisku. Tak, no z Majia… Tak, no załatwialiśmy sprawy przed wylotem… No i wiesz, bo jest tak gorąco, i w ogóle, tak sobie pomyślałem, że może byśmy wpadli… No, bo wiesz Majia bardzo żałuje, ze nie pojedzie z nami do cioci do Tajpej, i chciałaby was poznać przed wyjazdem, więc tak pomyślałem, że jak jesteście w domu to my byśmy wpadli… Tak za jakieś 15 minut… No to pa, do zobaczenia!

 


Aha. Teraz to ja chcę ich poznać. Noż o niczym innym nie marzę, tylko o poznawaniu rodziny Shi-Lin, czy tam Lin-Shi.

I pojechaliśmy… Młody uchachany od ucha do ucha zaparkował pod domem, zadzwonił do mamy na komórkę i zdziwił się, że nie odbiera… Pewnie sprząta, rzuciłam domyślnie. Skąd wiesz? Też mam mamę… No, masz rację, sprząta i nie słyszała komórki, bo macha do nas z balkonu.

Do mieszkania Młodego wchodzi się przez balkon, i buty obowiązkowo zostawia przed drzwiami. Dalej jest nora zwana salonem, z obowiązkową kanapą i niziutkim stolikiem oraz komoda na której bez ładu i składy postawiono masę stanowczo zbyt kolorowych, plastikowych gadżetów, mających w założeniu upiększać pomieszczenie. No cóż. Jeżeli chodzi o dekorację wnętrz, Tajwańczycy są raczej 100 lat za Murzynami… eee no, może ciut przed Murzynami, ale pojęcie mają mizerne w temacie. Vis a vis drzwi – ołtarzyk buddyjski z czerwonymi lampami (mama jest buddystką, taką bardziej zaangażowaną). Ołtarzyk dla dawnych członków rodziny – skitrany nieco z boku (tata jest z kolei wyznawcą dao, czyli miliona bożków od wszystkiego i duchów przodków). Z radyjka sączą się powolne, uspokajające sutry. Na stoliku jakieś obrzydliwe wegetariańskie mordoklejki sezamowo-ryżowe, których musiałam spróbować, bo poleciał po nie tatulo Młodocianego, wysłany w trymiga po zakąskę…

Mama przejęta, tata z lekka onieśmielony i kopcący papierosa jak mała, wytatuowana lokomotywa (mama z wrażenia zapomniała go o to … no wiadomo), do tego starszy brat Młodocianego, który zdradzał wyraźne oznaki zesłupienia połączone z wypisaną na czole chęcią schowania się za kotarą, ewentualnie w komodzie i oglądania widowiska z białasem w tym bezpiecznym miejscu… Nawet Młodocianemu się udzieliło, i cały się aż spocił. Jedynym normalnie zachowującym się członkiem rodziny był pies, który mnie obskoczył, obwąchał, koniecznie chciał dac mi buzi i siąść na kolankach, i odkąd przyszłam, nie odszedł ode mnie na krok póki nie wyszłam. Ku zazdrości zignorowanego Maxa i zdziwieniu reszty.

A potem bawiono mnie rozmową. Przez tłumacza – bo mama mówi po chińsku, tata po tajwańsku a brat szeptem, więc Max ćwiczył. Było miejsce na standardowe pytania – a jak mi się podoba Tajwan (bardzo), a jedzenie (smaczne), a czy jadłam słynne śmierdzące tofu (jadłam, nie jest złe tylko cuchnie), czy mówię po chińsku (mówię, ale jestem nieśmiała), czy chcę mieszkać na stałe w Kaohsiungu…

A następnie tatulo zabił mi gwoździa – a kiedy chcę mieć dzieci? Maxowi zadrgała powieka, więc nie wypadało burknąć, że nie tatulowy to interes…

 

 

Więc co powiedzieć ładnie i grzecznie na tak jawne naruszenie prywatności? Powiem, że już, to Młody dostanie bana na wychodzenie z domu, bo a nuż białasy rozmnażają się wiatropylnie? Powiem, że nie planuję, to Młody dostanie bana, żeby nie nasiąkł wywrotowymi ideami, szerzonymi przez szurniętą białaskę. Powiem, że za rok, dwa, pięć, to pojawi się masa innych, równie dociekliwych, co kłopotliwych pytań…

 

 

I nastało oświecenie… Kiedy tylko znajdę fajną śmieciarkę*, proszę pana.

* u nas dzieci znajduje się w kapuście, ewentualnie przynosi je bocian. Tradycyjnie chińskie i tajwańskie bobasy wyciosywano z kamienia (wedle bardzo starej buddyjskiej legendy o podróży na zachód Xuanzanga), natomiast wraz z pojawieniem się grających śmieciarek – o nich TUTAJ, to właśnie wśród surowców wtórnych i niewtórnych zaczęto znajdywać zawiniątka pieluchowe, które przynoszono do domu – ku utrapieniu starszego rodzeństwa. Tak, bowiem Starszy Brat Młodocianego miał ze swoim Młodszym Bratem na tyle ciężki żywot, że nie tylko błagał rodziców, aby go oddali, ale i wpychał go do kosza na śmieci, w nadziei, że wróci skąd przyszedł…

Tatulo plasnął w dłonie, ucieszony ripostą – nawet zaoferował się, że jeżeli chcę, to mogę u nich zamieszkać – za friko, bo Starszy Brat idzie do wojska, to jeden pokój będzie wolny. A jakbym potrzebowała, to on mnie wszędzie zawiezie (i tu rozpłynęła się wizja tojotkowa Młodocianego). I po chińsku może ze mną rozmawiać…

Już byłam pełna złych przeczuć.

Zapytałam po wyjściu: Młody, do cholery jasnej – coś ty tym swoim rodzicom naopowiadał? Bo nie mów mi, że to standardowe pytanie o planowane dzieci! U Nico o to nie pytali!

Młodociany zacukał się z lekka, i wydusił: no bo właściwie to wszyscy sądzą, że my jesteśmy parą…

- Jacy wszyscy???

- No w szkole, twoi nauczyciele, moi rodzice, moi znajomi, moim rodzicom też tak powiedziałem, bo łatwiej im było wytłumaczyć… Bo przecież my jesteśmy prawie jak para… Spędzamy ze sobą tyle czasu, rozmawiamy, ja ci kupuję śniadania, jeździmy razem na wycieczki…

- Mój drogi nie walnę cię w nos tylko dlatego, ze jutro masz targać moje walizki, a z rozbitym kinolem będzie ciężko. Do cholery jasnej. Nie jesteśmy parą. Ale wszyscy sądzą, że owszem, i dlatego nie mogę sobie znaleźć żadnego męskiego towarzystwa, przynajmniej w szerokim kręgu skoligaconym z Wendzarnią, stanowiącym jakieś 80% moich znajomych?

- Noooo, bo przecież nie będą podrywać mojej dziewczyny, więc dlatego nikt do ciebie nie podejdzie, jak jesteś sama, a jak jesteś ze mną to z tobą rozmawiają…

- Słonko życia mego i dostarczycielu śniadanek, chyba jednak cię walnę. Na otrzeźwienie. Nie szukam sobie chłopaka, ale… Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że pary między sobą robią kilka rzeczy, których my nie robimy. A trochę mi brakuje…

- Chodzi ci o seks, tak? W tej materii to muszę przyznać ci się, że jestem dziewicą. I chciałbym raczej, aby tak pozostało, póki nie poznam odpowiedniej dziewczyny, która mi to dziewictwo odbierze…

Mi w tym momencie, na takie wyznanie opadła szczęka. A zanim ją zebrałam z podłogi, Młodociany dokończył (bynajmniej nie zalotnie, a raczej z lekka cierpiętniczo):

- Ale jeżeli cię to uszczęśliwi, to ewentualnie mogę się poświecić…

 

 

 

[tytułem wyjaśnienia - rodzinę Lin/Shi znałam z opowiadań Młodego baaaaardzo dokładnie. Aż po takie detale, których niekoniecznie były mi potrzebne do czegokolwiek. Od tego, czemu Max jest Shi a jego rodzony brat Lin, choć maja tych samych rodziców, po to, ze siadając na kanapie trzeba uważać, bo pies gwałci regularnie jeden z jej narożników... O detalach familijnych - kiedy indziej...]

ABC, czyli dyskryminacja rasowa obcokrajowców w świetle prawa konstytucyjnego

:D, Ahmedzik, powtórz i przeliteruj… :D

W Kaohsiung odbywał się do niedzieli Festiwal Latarni. Czy innych świateł. Nie jest to impreza ero-biznesu, choć latarnie – lampiony są czerwone, ale także i w innych kolorach – Lantern Festival to tygodniowe zwieńczenie hałaśliwych obchodów Księżycowego Nowego Roku alias Chińskiego Nowego Roku – tego, który co roku wypada w innej dacie i jest niepomiernie irytujący po 15 minutach spędzonych w epicentrum… Musi być głośno, bo hałas odstrasza złe duchy – stąd walenie instrumentami pokrywkowymi (gongi, talerze, bębenki z dzwonkami i inne takie, które można dać dziecku nielubianej koleżanki…) oraz piosenka o Gongxi, gongxi o gratulacjach noworocznych, którą katował mnie Młodociany, aż nabawiłam się gongsi-gongsi-fobii…. Młodociany bowiem wyskakiwał zza winkla wyjąc refrenik, a ja podskakiwałam jak ten zajączek spłoszony, wykonując nieskoordynowany dryg niczym świeżo podłączona do bateryjki żabka…

Więc Lantern Festival wieńczy ten uroczy czas wyskakiwania z (pracujący i samodzielni finansowo członkowie rodziny)/ żebrania o (dzieci do umownych lat 24 lub do kiedy kontynuują naukę bez imania się jakiegokolwiek zajęcia) czerwone koperty z zawartością szeleszcząco-brzęczącą… Młodociany zapytany o tradycje związane z tym świętem zamyślił się, i rozjaśnił –  noooo, jemy pierogi ryżowe… :D Chińczycy jako naród wiecznie głodny – zawsze myślą o jedzeniu a dopiero potem próbują dorobić ideologię do spożywanego posiłku :D

O samym święcie lampionów – napiszę później. Historia zaczęła się w piątek, po moim przylocie – kiedy to zauważyłam wielki jak stodoła afisz, na którym napisane stało jak wół, iż 16-24 lutego miasto Kaohsiung organizuje ów mityczny Lantern Festival, o którym tyle słyszałam. Zapłonęłam oczywiście chęcią zobaczenia tegoż widowiska – niczym latarnia morska. W sobotę zatem Młodociany stwierdził, że jedziemy nad Love River, gdzie skupiła się większość populacji metropolii plus turyści, wybałuszający gały na lampy, lampiony, ledy i inne lasery z wodotryskami.

A że zapytany na jednym ze skrzyżowań wujek Googl powiedział jasno, iż najbliższy pokaz lampionów łamane przez fajerwerki i światło- dźwięk odbędzie się za minut 15, Młody przycisnął manetkę do oporu i motor chyżo pomknął po pustawych ulicach… Aż drogę zagrodziły nam wielkie wstrętne paskudne i złe – światła. Konkretnie – światło czerwone, proszę czekać. Młodociany gnany poczuciem obowiązku dostarczenia mnie na fruwające lampiony z petardami niewiele myśląc, zamiast stać do skrętu w lewo, zrobił tak zwane szybkie obejście.

Skręt w lewo na Tajwanie odbywa się bowiem dwuetapowo. Skręcanie tak po prostu w dzikim ruchu ulicznym groziło solidnym przetrzebieniem populacji skuterowo-motorowej, będącej w większości przyszłymi płatnikami emerytur, więc w lewo się na Tajwanie dwukołowcem nie skręca. Zamiast tego skręca się w prawo, przejeżdża na przeciwległy pas, tam zawraca i jedzie dalej prosto – ergo, lewoskręt wykonano. Trochę skomplikowane, ale zdaje egzamin. Natomiast ci, co im się czekać nie chce, robią taki manewr: korzystając z czerwonego światła wbija się na pasy dla pieszych, skręca w lewo po tychże pasach, a potem jeszcze raz korzystając z zebry przedziera się na swój pas ruchu… No więc Młodociany odstawił własnie taki numer… Nie zauważył tylko jednego: wielkiego jak krowa ( a nawet stado krów), biało-granatowego radiowozu, przyczajonego vis-a-vis… I z olbrzymim zaskoczeniem przyjął wyskakującego na drogę policjancika, migającego kolorowo-diodową lśniącą pałą zagłady czy inną lizako-latarnią tęczowo-oczojebno-neonowej barwy… Młody zatrzymał się po jakichś stu metrach (no, może 50…), karnie zawrócił i zebrał solidny opeer od mocno zbulwersowanego funkcjonariusza, który mówił tak szybko, że nawet nie miałam szansy załapać o co mu biega, i tylko gapiłam się na niego jak przysłowiowa blondynka.

Młody zaś mnie zaskoczył – bo zamiast zacząć produkować się po lokalnemu, zaczął po angielsku… :D Że on Sorry, bo u nich a Ameryce… Ależ miałam wtedy wielkie oczy :D A Młody nieporadnie – ale wystarczająco, żeby skołować policjanta udawał ABC, czyli American Born Chinese, i cośtam mruczał w mowie Indianobójców :D, z kolei policjant nie kumał co on mówi – więc niestety Młody popełnił błąd. Ja bym szła w zaparte i kazała do zrzygania powtarzać, że  co chodzi, ewentualnie podałabym panu Ajfona z translatorem i pisz-pan -o- ce-be, Młody zaś podejrzanie dobrym chińskim zaczął się tłumaczyć.

Pan policjant zjechał Młodocianego jak burą sucz, za brak lusterek, za głupotę, i za narażanie pięknej pasażerki na takie nieprzyjemności, nooo :D A po upewnieniu się, że ja po chińskiemu nie teges, nawet wzniósł się na wyżyny władania mową międzynarodową i wydukał I am sorry sorry, oraz – a jakże – you are beautiful :D To sorry sorry powtarzał pomiędzy kolejnymi wyrzutami pod adresem Maxa, wypisując mu w międzyczasie mandat. Według regularnego taryfikatora powinno być 1800, ale ponieważ kierowca z Ameryki po amerykańsku tępawy, no i pasażerka sou bjutiful, to sorry-sorry będzie 600 i jeszcze raz sorry-sorry.

I tak od soboty chodzę za Maxem nabijając się perfidnie – sorry-sorry, ABC :P

Edit:

Młodociany zajrzał na mojego bloga – i oczy mu zogromniały: ty to napisałaś? Naprawdę? jestem teraz taki zakłopotany, normalnie wstyd… I napisałaś, że to ja, tak konkretnie? No nie no, taki wstyd….

Buddystom bowiem nie wolno kłamać… a tu wtopa na oczach całego świata

Cudowna podróż

Jest taka książka Selmy Lagerlof, o bardzo okrutnym chłopcu, który magicznie został zmniejszony do rozmiarów krasnala, i na grzbiecie gąsiora Marcinka poznawał Szwecję wzdłuż i wszerz. Moja podróż aż taka cudowna nie była…

 

Upchawszy klamoty rozliczne do walizki, po selekcji rygorystycznej jak diabli, aby zmieścić się w limicie, i wywaleniu masy bardzo potrzebnych w Azji gratów (typu tortownica na przykład – i nie pytajcie proszę na co mi tortownica…), dowiedziałam się iż – mogę mieć 23 kilo bagażu, a nie tylko 20 i nie mam co trząść portkami o to głupie 700 gram… Ech. Po tortownicę nie wróciłam…

We Frankfurcie zamiast wypasionego Jumbojeta serii 800 czekał na mnie nieco mniej nowoczesny i bajerancki Boeing 747, ale – 400, bez telewizorków na siedzeniach (które dotąd były standardem) i ze stewardessami proporcjonalnie ślicznymi i luksusowymi, w stosunku do reszty maszyny. No cóż. Najważniejsze, że układ krzeseł 3+4+3 pozwolił mi na bezczelne rozwalenie się na jednocześnie dwóch fotelach, a filigranowy Taj siedzący na tym trzecim, od korytarza nie złamał mi nosa lub paluszka u stópki, kiedy się tak wierciłam śpiąc. I zapewne nie raz biedaka szturchnełam, w ramach badania terenu, czy aby i trzeciego fotela nie da się aby zaanektować, aby rozciągnąć się na część własnej długości – no ale Taj zajęty ajfonem miejsca nie ustąpił….

Swoją drogą – już opraktykowałam spanie na fotelach lotniczych czyli w kwadracie o boku około 80 cm, gdzie połowa powierzchni jest pofalowana w ergonomiczny kształt sprzyjający siedzeniu wygodnemu, a druga połowa to powietrze, w którym lewitują pośladki i biodra. Kiedyś, będąc nieco drobniejszej postury, sypiałam nawet na pojedynczym siedzeniu w Transporterze :D zwinięta w precelek możliwy do rozsupłania po trzeciej półlitrówce na łebka.

W Hongkongu ominęło mnie zasuwanie metrem – samolot wylądował bowiem od zadniej strony, robiąc dzikie wrażenie, że ma zamiar lądować na starym KaiTak, bo tak pod skrzydłem coraz niżej przesuwały się połacie wieżowców, ot tak na wyciągnięcie ręki ( zazwyczaj podchodzi się od strony morza i widok podobnie zapiera dech – bo te fale coraz niżej i bliżej, i zaraz się nam samolot zmieni w wodolot albo wzorem kaczki odbije ze trzy razy od niebieskiej tafli, aj waj). Wylądował od, że tak brzydko się wyrażę, tyłów wroga – więc pokłusowałam tylko 500 m do mojej hali i zapadłam w fotelu…

Odmówiłam sobie kawy – bo jetlag lecąc do Azji jest wredniejszy niż u mnie nie występujący jetlag powrotny. Wylatując do Europy – lecę wieczorem, śpię w samolocie, ląduję rano – i automatycznie się przestawiam na funkcjonowanie w świecie czasu Greenwich plus 1. Ale – lecąc do Azji, wylatuję wieczorem, lecę śpiąc – i wyspana mniej lub bardziej w Hongkongu jestem o tej 16-18. W Kaohsiougu zaś około 18-20/21, w zależności od połączenia. No i – wyspana i pełna energii, bo w  Europie jest teraz środek dnia…

W hali przylotów powitały mnie odziane w hawajskie wieńce dziewczynki i chłopcy – szkoda, tylko że mnie zignorowali… oraz Max patrzący z takim wyczekiwaniem w oczach, jakbym była co najmniej manną z niebios dla głodnego… Chwilę potem stropił się niezmiernie bo – po pierwsze, koron w lotniskowym kantorze wymienić się nie da, a po drugie – rodzice mu nie dali kluczyków do tojotki tylko kasiorkę na taksówkę, i on w związku z tym wypożyczył autko z wypożyczalni, i sie stresuje, czy aby spełni me wygórowane oczekiwania… Do domu jechaliśmy godzinę. Bite 60 minut, bo Młodociany wlókł się jak ostatni łajzowaty tajwański pizdet, wyprzedzając w tej dziedzinie nawet niepomiernie łajzowato-pizdetowatego Pandę prowadzącego samochód tak statecznie i pedalsko, aż noga świerzbiała depnąć w gaz. Dla porównania – motorem dojeżdżamy na lotnisko w pół godziny/20 minut w mniejszym ruchu, a transport miejski metro plus autobus to jakieś 40 minut.

Po dotarciu do domu Młodocianemu wcisnęłam walizy do targania – i kątem oka zarejestrowałam coś dziwnego…

Chiński zwyczaj mówi – Nowy Rok, nowe spodnie, nowa fryzura…. zarówno „mój właściciel”, czyli właściciel sklepu z kluczami, od którego ciotki wynajmuję moje  mieszkanie – taki stateczny pan w okularach, palący paczkę fajek dziennie i namiętnie ciupiący całymi dniami w Warcrafta – ten oto ojciec czwórki dzieci miał włosku zafarbowane na rudawy brązik i nastroszone nad czołem w coś baaardzo dziwnego. Aua. Max na schodach szeptem zapytał mnie – czy mi sie wydaje, czy on ma rude włosy… rany, jakie to dziwne…

Jakie by nie było dziwne – padający na nos Młody został na czas rozpakowywania walizki. I plecaka. I komputera. I aparatu.

I coraz bardziej go zatykało.

A ja w końcu padłam dobrze po północy (polska 17), i obudziłam się o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie, 11 czy jakoś tak, kiedy pod drzwiami dobijał się Młody ze śniadaniem :D

Dzień spotkań…

Jestem w Krakowie, za dwa dni wylatuję na Tajwan.

Dziś uskuteczniałam spotkania towarzyskie. Kawa z kolegą Sławikiem, który ucieszył się niepomiernie żem cała, zdrowa, wesolutka i nóżkami fikam, i wyraził wielki żal, iż korespondencja mailowa nam podechła, bo nie pisuję epistołów „małpią pocztą”, tylko piszę bloga.

Oraz czekolada w miłym towarzystwie Me- który Tajwam odwiedził w ramach wyjazdu uczelniano- pracowniczego, lat temu kilka i był w związku z tym kopalnią wiedzy przedwyjazdowej. Inna sprawa, że jego wiadomości nieco się zdezaktualizowały, jak ustaliłam na miejscu – można już było kupić surówki i dezodoranty w sztyfcie :D cywilizacja dotarła na piękną wyspę…  Me przez telefon mnie nie poznał – bo zaczęłam rozmowę od oficjalnego „dzieńdobry, Panie M., nie przeszkadzam?” i dopiero po chwili zaskoczył i głos mu krtani zamarł :D

Potem szybko nadrabiałam zakupy koleżeńskie, przedmiotów tak arcyważnych jak tortownica i masa makowa oraz ptasie mleczko, potem wizyta u brata, szybkie zdjęcie z mamą – i powrót przed 21 do domu (mieszkam bowiem u cioci, a ta wraz z mężem chadzają spać przed 22)…

Brat wezwał mi zatem taksówkę…

Za 7 minut, czarne reno. Zagapiłam się, bo jeszcze trzeba było wyściskać rodzinę, znajomym pokazać zdjęcia z egzotyki, więc pan w taksówce chwilę musiał na mnie poczekać.

Zapakowałam się, z walizką i torbami – i pojechaliśmy ciemnym, śnieżnym Krakowem, tak bladym w porównaniu z feerią kolorowych diod i orgią mrygających neonów, co mogą zmusić do wykonania tańca św Wita każdego a nie tylko epileptyka… Kierowca milczał, ja też. A radyjko grało tak miło, rockowo, z gitarami. Zapytałam, co to, i tak zaczęła się rozmowa.

- Bo wie pan, ja na emigracji, a tam u mnie azjatycki pop, mdło, słodko, lukrowanie aż do zacukrzenia i zrzygania…
- Ja też byłem kilka lat na południu Europy. Raz z kolegami wyszliśmy z zajęć, wzięliśmy plecaki i złapaliśmy stopa… Tak dotarliśmy do Grecji. Pobyłem tam kilka lat – i żałuję, że wróciłem… A jak tam jest w Azji?
- Proszę tu skręcic, ta bramka, tylko proszę uważać, bo tu jest dziura, wodociąg wygrzebywali. Się zrobiła niespodzianka- fontanna na koszt MPWiK i jest tylko zasypane… Wie pan co, dużo by opowiadać… W porządku bardzo, bo Polaków mało i nie muszę się wstydzić. Jedyne czego żałuję, to że tak mało po polsku mogę rozmawiać, jedynie bloga piszę ładnym składnym językiem… Może zostawię panu adres, to pan poczyta, jak to w tej Azji jest? Bo ja tu wysiadam…
- O, chętnie, ja też pisze bloga…

I tu coś zaskoczyło… Czarne renault, czarny/grafitowy szablon, białe/jasnopopielate litery…

- To pan jest tym taksówkarzem z onetu?

 

Tak, to była właśnie ta- czarna taksówka wieczorową porą… :D

Kopernik była kobietą!

Może. Długie trefione pukle i grzywkę imć Mikołaja pamięta każdy, kto miał kiedykolwiek w łapce stare 1000 zł, niebieskie.

No więc dziś dowiedziałam się jeszcze, że Kopernik może i była kobietą a może nie była – ale na pewno pochodziła z Persji. A co. A jak nie bezpośrednio, to na pewno miała perskich/irańskich przodków… Podobnie jak grecki kompozytor Vangelis. I jeszcze parunastu innych znanych i lubianych.

Siedziałam sobie w jacuzzi w Grocie Baden w Harstad (która to Grota nazywa się tak naprawdę Grottebadet, ale albo ja źle słyszę albo słabo kumająca po norwesku emigracja wymawia tak bardziej swojsko. Grota znajduje się – jak sama nazwa wskazuje, znajduje się w jaskini, wewnątrz góry, zlokalizowanej w samym centrum miasta, tuż przy ryneczku… W grocie, nie zagospodarowanej jeszcze przez SPA, okoliczna ludność chowała się przed Niemcami podczas II Wojny Światowej. I do basenów schodzi się chodnikiem wydrążonym przez chyba ze 100 m litej skały… klimat nieziemski :D) i moczę w bąbelkach z kolorowymi światełkami swoje zmrożone na Kość Dalekiej Północy półdupki z przyległościami, gdy to nagle wikińskie wieloryby spoczywające na mieliźnie jacuzzi zaszemrały coś brzydko i ewakuowały się z hydromasażu, a miejsce zajęło 5 hożych, opalonych jegomościów. Z czego jeden, największy w bicepsie to miał chyba tyle co ja w talii. A jak nie w bicepsie, to w udzie na pewno.

Panowie wyróżniali się śniadą karnacją, miłą dla oka muskulaturą (plus zaczątkami znamionującego dobrobyt brzuszka), włosami ułożonymi w staranne nażelowane koafiury z fal, loków i strategicznie pozlepianych kosmyków tudzież biżuterią, tatuażami i intensywnym zapachem 5 różnych – ale niezwykle szczodrze psikniętych perfum o dosyć wyrazistej nucie. Oraz tym że bardzo głośno i gardłowo rozmawiali ze sobą – więc atmosfera karawany z wielbłądami i handlarzami szybko wyparła oazę spokoju sprzyjającej relaksowi skołatanej duszy… Z iście legendarnym, arabskim urokiem zaczęli mnie po bliskowschodniemu uwodzić – miła odmiana po dalekowschodnim cichym wielbieniu z oddali, w którym spojrzenie w oczy to już niemały wyczyn. Tu oczęta czekoladowe ocienione wachlarzem podkręconych rzęs rozpoczęły koncert mrugnięć, uśmiechów i ulotno-bezczelnych zerknięć – a panowie lepszym lub gorszym angielskim przerywali konwersację w farsi zachwytami na rzecz walorów moich.

Potem w ramach zacieśniania znajomości zostałam zaproszona przez owego największego Mojiego, studiującego „bodybuilding” na lokalnym AWFie, na typowe perskie jedzenie – a właściwie irańskie, bo Iran to nie tylko Persowie, ale i Kurdowie i Afgańczycy i … Jestem wdzięczna wyjątkowo mojemu niezrównanemu wykładowcy, któremu powinnam do końca życia pokłony bić i świeże kwiaty pod portretem cztery razy dziennie ustawiać -profesorowi Jerzemu Zdanowskiemu *, za to, że już podczas rozmaitych wykładów (których temat był mi doskonale obojętny prawdę mówiąc, nie lubiłam nigdy Arabusów, Turasów i całej pokrewnej bandy od Maroka po Afganistan) udało mu się wpoić do mej głowy:

* Iran to nie tylko ten zacofany kraj namiętnie pokazywany przez CNN i inne amerykańskie stacje. Iran to kraj z autostradami w lepszym stanie niż te polskie, z zimą i kurortami narciarskimi, z tanim paliwem, wieżowcami, dziewczynami w makijażu i czasem nawet plastrami na świeżo operowanych nosach…

Iran – na zdjęciach spoza CNN

* Irańczycy, niezależnie od tego czy Persowie czy nie – nie są Arabami, nie mówią po arabsku – tylko w farsi i nie lubią jak się ich z Arabami myli.

No więc miałam swoje 5-10-15 minut na pytania i odpowiedzi.

Przy robieniu obiadu (na który mnie zaproszono, nie przyjmując żadnej wymówki w rodzaju – ale już późno a ja jadam do 20.00 bo potem to w biodra idzie i w złe sny), Moji-Kulturysta odebrał telefon i pogrążył się w niezrozumiałej dla mnie konwersacji na najbliższe 40 minut, natomiast dwóch innych „kolegów” (jeden z brzuszkiem o wyglądzie podtatusiałego capo, drugi o żylastym, wyćwiczonym ciele i ruchach bezwzględnie wskazujących na przeszłość militarno-przestępczą, z naciskiem na to drugie) angielskim władając niezbyt biegle – spoglądało  na mnie i durno się uśmiechało, dolewając mi wina. Ciężar rozmowy spoczął na Ariyo, 22letnim uchodźcy z norweskim paszportem azylanta, usiłującym zaprowadzić swoje reguły w norweskim liceum (I dont give a shit – oto jego ulubione powiedzenie), który tłumaczył moje pytania i potem odpowiedzi.

A pytania zadawałam różne:

- czy w Iranie korzytają z sauny? (a znasz hamam? Znam, łaźnia turecka. No właśnie, nie turecka, tylko perska,a Turkowie ją od nas zgapili… I kebab zresztą też, i sziszę i taniec brzucha i…..)

- jak to jest z tą policją religijną (panuje równouprawnienie i Straż Rewolucji, czy jakoś tak, po równo czepia się i chłopców i dziewczynek łażących pospołu po ulicach, można ściemnić, że dziewczyna jest kuzynką a nie dziewczyną , a na posterunku ktoś z obu rodzin musi potwierdzić tę wersję i wtedy nie ma jakiegoś obyczajowego hardkoru z kamieniowaniem za cudzołóstwo włącznie)

-jak to jest z telewizją satelitarną (oficjalnie nie ma, nieoficjalnie każdy ma antenę tylko jak nadciąga kontrola, należy szybko zdemontować talerz lub przeciąć kabel i ciąć jarząbka) i fejsbukiem (oficjalnie też nie ma, nieoficjalnie jest używany nagminnie, ale rząd nie zakazuje, bo zakazany owoc kusi najbardziej)

-jakie samochody mają w Iranie (wszystkie, poza amerykańskimi, głównie francuskie, ale i japońskie oraz – uwaga -rodzime Saipa i Iran Khodro)

- jaki sport jest najpopularniejszy w Iranie (piłka nożna jest niemal jak religia, co 10 minut panowie sprawdzali on-line jakieś wyniki meczów w 1200 ligach)

-jak to jest z modą męską (noo tak jak tutaj ubrani to po Teheranie raczej nie będziemy chodzić, za sexy, za opięte itp)

- i damską (owszem, są burki, czadory i hidżaby, ale jakoś tak bardziej proforma niż na serio, za to obowiązkowy jest mocny makijaż, czarno obwiedzione oczy i czerwone usta to podstawa, z kolei dżinsy są be, szorty też)

- czy wolno mieć tatuaże (ha ha ha ha, wolno, tylko tak żeby nie było ich widać -nawet wersetów tradycyjnej poezji patriotycznej, jak u Ariyo na sercu)

- czy Iran ma jakąś swoją tradycyjną dyscyplinę sportową albo sztukę walki (popularne są sporty „siłowe” typu kulturystyka, podnoszenie ciężarów, zapasy, wrestling i koreańskie taekwondo; endemicznych sztuk walki brak, ale za to tradycyjnie wielką atencją obdarza się szable; nie, nie wolno chodzić z nożem po ulicach, ani Kurdom, ani nikomu innemu, nawet z atrapą przy stroju ludowym)

- jacy sławni Irańczycy?

No to się dowiedziałam… Cyrus Wielki, król całego świata, rzecz jasna, oraz założyciel ebay Pierre Omidiar, Andre Agassi z ojcem, masa bliżej nieznanych mi muzykantów, śpiewaków i tancerzy, oraz Vangelis (bo zażyczyłam sobie takiej nuty do konsumpcji). Po tym Vangelisie zwątpiłam.

Bo pewnie jakbym powiedziała – Copernicus, też by zabrzmiało z perska.

Notabene, zanim nie odpaliłam playlisty, to nikt nie wiedział o kim mówię. A tak to się dowiedziałam, że ojciec Vangelisa był „Persian”. OK. I Curie Skłodowska też.

 

 

 

Ale gormeh sabzi (gulasz wołowo-szpinakowy z fasolą i ziołami plus cytryną i jakieś suszone trawopodobne zielsko) niezłe było, tylko wygląda niezbyt apetycznie…

Do gormeh sabzi ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych zażądałam kefirku – i przy konkretnym aplauzie wypiłam do dna  :D Przy czym kefirek w stosunku do naszego jest -posolony, rozcieńczony sowicie mineralką, posolony i doprawiony miętą… Super sprawa na lato, na zimę norweską trochę zbyt „wychładzający”.

 

* profesor, pomimo, iż w latach posunięty, zdobył moje serce szturmem – i tym, że wyglądał trochę jak podstarzały Indiana Jones, i tym, jak nie szczędził wysiłków abyśmy wykładany przez niego przedmiot może nie pokochali – ale nie znienawidzili (w tym – udostępnił nam kolekcję prywatnych fotek z Teheranu, Persopolis, Isfahanu, Tabrizu i innych podróży). I przede wszystkim - za wspaniałą, ciepłą osobowość. Profesora komentarz do wojny w Libii – tu. Jakby ktoś chciał zerknąć i posłuchać.