Powrót legendy… – czyli jak dać się zapamiętać

Zastanawiałam się jak decyzja o moim powrocie zostanie przyjęta na miejscu, bo kończąc pobyt na Pięknej Wyspie – wielu obiecuje, że jeszcze raz i raz się zobaczymy, ale wychodzi jak zwykle, czyli wspomnień czar. Nie, żebym się specjalnie przejmowała, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę, że plotek na temat mój i Katarzyny było sporo, i nie były to miłe historie…

Na wejściu zostałam olana przez jedną koleżankę (nie doświadczyła nigdy lotu samolotem, nie tylko takiego powyżej 10 godzin ale jakiegokolwiek, więc ma marne rozeznanie jak wyrąbany może być człowiek po locie transkontynetalnym, więc prawdę mówiąc nie dziwię się, że się jej nie chciało na lotnisko jechać bo to kawał drogi), poznałam inną w zamian za to…

Moja ukochana Ye Laoshi na mój widok zapiszczała z uciechy i wyściskała mnie serdecznie na środku deptaka w Wendzarni.

Tina (Kasi asystentka zeszłoroczna) minęła mnie na chodniku i aż ją zatkało!

Starszy Pan od instrumentów też przetarł oczy a potem roześmiał się w głos, pytając co z moją siostrą (funkcjonowałyśmy jako bliźniaczki, szczerze mówiąc na wielu zdjęciach znajomi mają problem z odróżnieniem która jest która i w brak pokrewieństwa nikt nie wierzył)

Bifu, Tania oraz Kandydat na Męża Mark zareagowali identycznie – tak, pewnie, spotkajmy się … a kiedy będziesz na Tajwanie… Jesteś już? Ale jak to?

W HuaYuZhongXin od kopa mnie identyfikowano jako Złota Jabłonkę, wredna Ma Laoshi obdarzyła nieszczerym uśmiechem i spojrzeniem godnym bazyliszka (aż miałam ochotę jej lutrem przywalić przez ten koński łeb, wiadomo wszak, że na bazyliszki lustro jest stuprocentowo skuteczne, trzeba tylko z całej siły uderzyć w  gadzi pysk) i rozpoczęła podsłuchiwanie ze śledzeniem… Cóż, jak mówi Doreen, ona jest w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, potrzeba tylko czasu aby to dostrzec… Duuuuużo czasu i mocnych okularów…

Weasley aż zbladł kiedy mu oznajmiłam że ja po ta kurtkę (którą mu pożyczyłam na wycieczkę do Oświęcimia, a potem darowałam bo nie miał nic innego nieprzemakalnego), a potem mnie łagodnie opier…, czemu nic mu nie powiedziałam, kiedy był w Polsce…

Serdecznie przywitali się ze mną wykładowcy – Jerry Pang (ten od Historii współczesnej Tajwanu i inemuri) od razu mnie zaczepił koło bieżni, na Dejniela (chyba największego mego antagonistę i vice versa) chwilę przyszło mi poczekać, ale też się przywitał, także pani dziekan YuJane od Ekonomii Regionalnej - a siedzący koło mnie kolega bladł z wrażenia, że takie sławy mnie pamiętają i witają, pod dziekanatem, gdy on śmiałości nie ma do nich zagadać i głowę z lekka spuszczał na czubki butów. Mnie też szczerze mówiąc dziwnie się zrobiło.

Nasza mało kompetentna Konsti (którą większość międzynarodowych studentów miała ochotę posłać w kosmos za liczne błędy jakie popełniała) wyściskała mnie z piskami…

Ale – najlepsza była pani sekretarka. Popatrzyła na mnie bystro,przekrzywiła główkę po ptasiemu, uśmiechnęła się. Tydzień później podeszła po wymianie uprzejmości z wykładowcami i zapytała – czy to ty byłaś tu na wymianie w zeszłym roku? Potwierdziłam, a ona dalej – poznałam cię po tej sukience na szkolnych urodzinach…

Zielona sukienka w kwiatki stała się  moim znakiem rozpoznawczym. Pamiętam apel kolegi Sławomira, co pytał, czy ja innych ubrań nie mam ??? Nie wiem czy chciał mi dosłać parę ciuchów, czy dociąć – ale fakt, na większości fotek do połowy grudnia chyba występowałam w seledynkowej powiewnej romantycznej, bo wygodna, przewiewna, chroniła kolana przed klimy mroźnym powiewem, w tyłek się nie wrzynała i ograniczała przyklejanie krzesła do pośladków.

 

No dobra, tak naprawdę sukienka nie była głównym powodem…

 

Tak wrednych, kłopotliwych (walczących o swoje), a przy tym zdolnych i zaangażowanych zagranicznych studentek jak ja i Katarzyna to tu dawno nie mieli. I pewnie mieć nie będą… Jakiś powód musiał być, że kiedy niezidentyfikowana dziewoja trafiła do szpitala i wyszła nie regulując rachunku –  jako pierwszy trop, HuaYuZhongXin pytało mnie, czy nie korzystałam czasem z tutejszej opieki zdrowotnej (pytał nowy chłopczyk alias popychadło biurowe, a Ma Laoshi jak zwykle strzelała z ucha, przyczajona za załomem ściany). Ale zielona sukienka stała się tu legendą :D

Gorzej, ze legenda się z lekka przeciera, drugiej takiej mieć nie będę…

Majia odwiedza wodospad w miejscowości Majia

Mój kolega z klasy, Brendon z RPA zaprosił mnie na dołączenie do jego paczki i wypad za miasto na wodospady. Zabrzmiało miło – Brendon jest nurkiem, więc zachęciło mnie jego stwierdzenie, że pływać można i to weselej niż na basenie (gdzie obowiązują normy bardziej gestapowskie, masakra dla mnie nawykłej do totalnej swobody na basenie Wisły, gdzie wolno mi pływać wzdłuż , w poprzek i na skos, bokiem grzbietem i nogami do góry, po dnie, kręcić się w kółka i ósemki… a tu na dzieńdobry o mało nie zaliczyłam wylotki od spanikowanego ratownika za scyzoryk do 3 m… OK, nie pyszczyłam, bo rozumiem jego pobudki, ale komfortowo się nie czuję wobec narzuconych ograniczeń).

Ponieważ grupa była z założenia otwarta, wciągnęłam w poczet Młodocianego (w charakterze środka transportu) oraz niedawno poznanego kolejnego Polaka Irka (przyjechał tu z założeniem szukania pracy aby zarobić na dalsze podróże po Azji). Brendon proponował jeszcze zaproszenie naszych japońskich classmates, ale z braku posiadania przez nich skuterów ( i skutecznej metody komunikacji z nimi, bo oni po chińsku i angielsku jak ja po japońsku i chińsku, czyli poziom dupy nie urywa, że tak przytoczę cytat uniwersytecki…) pomysł upadł.

Dzień wstał piękny, słoneczny – iście zimowy… Trzydzieści stopni (plus rzecz jasna) jak nic, niebo z lekka tylko chmurkami okraszone, leciutki wiaterek – w sam raz na wycieczkę w góry. Najpierw jednak w punkcie zbiórki nadzialiśmy się na  tatula Młodocianego, co z psem wyszedł na spacerek… A potem cała ulica z przyległościami miała materiał do plotek, bo podjechał Młodociany z białą dziewczyną! (Fengshan to taka trochę na uboczu dzielnica, białych tu jakby mniej niż koło Wendzarni czy Uni, więc sensacja tym większa)!!! I kupił jej sniadanie! Snia- da- nie! Kuma rozumie, proszę kumy? Tak, ten tam młody spod dziesiątki, co się rozbijał motorem, tak, ten właśnie… Serio, pańcia ze sklepu śniadaniowego dosyć perfidnie obcinając w moją stronę komentowała w mniej więcej takim tonie do komórki, między innymi co spożyć raczyłam (Max by we mnie pewnie i pół tego sklepu wmusił, tak na wypadek jakbym miała z głodu zasłabnąć, albo poczuć ssanie w żołądku, co zgodnie z tutejszym kodem kulturowym uczyniłoby z niego niepełnowartościowego samca bez jajec)… Stanęło na jajecznicy zawiniętej w naleśnik, mleku ryżowym, pierogach z kapustą i mleku sojowym oraz toście z bliżej niezidentyfikowanym czymś (i tak właśnie rodzą się stereotypy mówiące o wielgachnych żołądkach białasów)…

Zatem po zbiórce, kawce, śniadanku itp ruszyliśmy autostradą (no dobra, pseudo-autostradą z ograniczeniem prędkości do 70, oraz gustownie porozmieszczanymi tu i ówdzie światłami) na północny wschód, w kierunku na Pingdong. Pingdong to miasto prawie (na polskie warunki) górskie, z dosyć sporą populacją aborygeńską, położone między górami, jeszcze nie jakimiś mega-wielkimi ale już takimi pod 1000m podchodzącymi. Miasto nieco bardziej zapuszczone, mniej nowoczesne niż Kaohsiung, i zdecydowanie chłodniejsze – drapacze chmur w betonowej pustyni KHH naprawdę skutecznie magazynują ciepło i ograniczają przewiew wiatru.

Jechaliśmy w ulubiony przeze mnie sposób, luźnym stadem. Prowadził Tyler na motorze (znał drogę) a za nim banda nindżaków na skuterkach – raz po raz się ścigając między sobą, wyprzedzając, czekając na światłach i za światłami (żeby się wzajemnie nie pogubić). Max nieźle dawał radę, balansując pomiędzy zamiłowaniem do prędkości (cisnął min 60, co jak na pierdziawkę pod podwójnym obciążeniem jest sporym osiągnięciem), instynktem opieki nad uwieszonym za plecami białasem piszczącym z radości, możliwościami technicznymi (jakby nie patrzeć, byliśmy najcięższym zestawem w grupie, około 130 kilo masy ludzkiej) oraz chęcią rywalizacji… Przystanki na poboczu jasno kojarzyły mi się z nowhucką ustawką radosnej młodzieży,  zresztą nie tylko mnie podobieństwo do gangu motorowego rzuciło się w oczy. Taaa…. gang skuterowych rozbójników… brzmi dumnie !

Bohaterem dnia został Irek, który opanował już prowadzenie skutera jak rasowy Tajwańczyk, czyli – wyprzedzanie mrożące obserwatorce krew w żyłach, rozwijanie prędkości powyżej 70 km/h, toczenie wrzeszczących konwersacji z jadącym równolegle skuterem ( w 3 językach…) oraz – odbieranie podczas jazdy telefonu z głośnym Weeeeeei??? (za co zaliczył gorący aplauz na najbliższych światłach). I tak dojechaliśmy do Sandimen, z Osiołowym pytaniem  na każdych światłach: Daleko jeszcze?? Are we there yet?? Lai dao le ma??

Kiedy moje ścierpnięte pupsko miało już zdecydowanie dość - ukazały się góry. A Irek wydał z siebie wrzask zachwytu… bo i jest się czym zachwycać, góry pokryte od góry do dołu zielonym kożuchem tropikalnego lasu, mosty koronkowo rozwieszone tu i ówdzie… i ten krajobraz, zielonych wielkich wzniesień, jak Kostaryka w Parku Jurajskim… Więc pupsko naturalnie nie zostało dopuszczone do głosu, dojechaliśmy bezpiecznie na miejsce i Max pokładając się ze śmiechu wydusił – że ta miejscowość się nazywa dokładnie tak jak ja… To znaczy – pisownia inna, wymowa dokładnie ta sama: 瑪嘉/瑪家, a dokładnie  瑪家鄉 czyli wioska zwana Majia… No cóż, jestem już tak sławna, że mam na Tajwanie mieścinkę swego imienia :D

A potem - już tylko czysta przyjemność… Wspinaczka w japonkach :D wąską ścieżynką, w dodatku niezabezpieczoną żadną barierką ale solidnie błotnistą i śliską. Pająki wielkie jak pięść, które fotografowałam z uporem maniaka – a lokalsi patrzyli na mnie jak na ufoka.(Lokals do Maxa- twoja koleżanka fotografuje pająki, nie boi się?, Max do lokalsa: Tak, białasy są dziwne, ona je lubi, u nich w kraju nie ma, lokals – ooo, to się ucieszy jak pójdą dalej, bo tam kawałek do góry jest ich cała masa, mogę wam pokazać gdzie…) Irek z kolei omijał je szerokim łukiem, jako posiadacz lekkiej arachnofobii, Kanadyjczyk Tyler z kolei pokazywał mu każdy większy okaz, komentując – wiem że się boisz, dlatego ci je pokazuję. W końcu Ireneusz przełamał swój lęk, ma nawet zdjęcie z nosem zbliżonym na jakieś 30 cm do pajęczego odwłoka, a Tyler na takie dictum się zamknął definitywnie w kwestii ośmionogich.

A my gaworząc w trzech językach szliśmy sobie pod górę, wymieniając Nihao z idącymi z naprzeciwka…

Wodospady są zlokalizowane w nieco niedostępnym miejscu, kawałek trzeba dreptać korytem rzeki, po kamieniach, z butami w zębach… Ale widok jest zarąbisty… Powiem tak – białasy stanęły na wysokości zadania, i dostarczyły lokalsom lepszej rozrywki niż tylko oglądanie spadającej wody… Białasy bowiem z wrzaskiem rozebrały się do kąpielówek, po czym – wlazły pod wodospad :D. Nie ma to bowiem jak prysznic pod około 20metrową ścianą :D.

A potem świecąc gołymi klatami (umięśniony tors Irka wzbudził entuzjazm nie tylko pań, które nieśmiało zerkały, ale i panów, otwarcie mówiących z podziwem – jaki wielki, jaki silny…) poszliśmy w dół, w kierunku poprzedniego, małego wodospadziku, w którym jednak można pływać, ba! nawet skakać na główkę. Jak my wleźliśmy, Azjaci postanowili nie być gorsi, i tak wszyscy pospołu nawet na główkę skakali… Największy szacun dla Tiny, dziewczyny Brendona. Może i nie roznegliżowała się do bikini – ale skoczyła, nawet nieźle, na główkę – gdy ja sobie odpuściłam… Ogólnie rzecz biorąc – zabawa przednia, wymęczyłam się jak dziki osioł, najadłam pysznej aborygeńskiej dzikiej świniny na ostro (dopiero w domu sobie przypomniałam, że to mogła być taka bardziej świnka morska niż swojski dzik, bo oni tu takie szczuropodobne coś jedzą…) i padłam spać pomimo szczerych chęci nauki na jutrzejszy test…

Więcej foci jak ogarnę koleny foch mojego aparatu…

Zabiorę was na zakupy…

Wczoraj moje dziewojki zabrały mnie do pobliskiego domu towarowego średniej wielkości na zakupy. Od razu uściślę - jest to dom towarowy wielkości Galerii Krakowskiej, a może i nawet Bonarki (5 pięter), oferujący towary marek zagranicznych.

O 10.30 pojechałyśmy do Hanshina, zadziawszy obowiązkowy zestaw skuterkowy – hełm, torebkę, okulary i maskę.

Przeżyłam pierwsze w życiu parkowanie skuterem na parkingu podziemnym dla skuterów – i moje spostrzeżenie: tam pachnie! nie czuć spalin ( na ulicy czasem nie da się oddychać…), nie unosi się specyficzny odorek podziemnego parkingu w Polsce/Europie. Od razu dodam, całość jest zamknięta, z jednym wjazdem tylko… A w powietrzu zapach jakby płynu do podłogi, jakby kwiatowego odświeżacza… Klimatyzowany nie jest, bez przesady, i po południu może z lekka wonieć – ale rano zaiste pachnie świeżością.

A potem – niespodzianka.

Dziewczyny podprowadziły mnie pod drzwi wejsciowe, dwóch umundurowanych strażników je synchronicznie uchyliło i ukłoniło sie w pas, czapkami niemal zamiatając podłogę. Szłyśmy tak – promenadą wzdłuż rzędów stoisk, a na każdym personel w gajerkach i eleganckich mundurkach z głośnym i wyraźnym Sianguajling* pochylał się niczym rzędy trzcin na wietrze, w ukłonie sięgającym głową do podłogi.

*欢迎光临 Huānyíng guānglín – coś czego absolutnie nie umiem powtórzyc, pomimo licznych prób. Oznacza mniej więcej ” Dzień dobry, witamy serdecznie” i jest wywrzaskiwane najczęsciej w sklepach. Długo miałam je za zmutowane „good morning” z silnym akcentem azjatyckim, aż po mniej wiecej 3 miesiącach pobytu zostałam oświecona przez książkę do chińskiego i niezawodną Ye laoshi, która stwierdziła beztrosko, że me błędne wrażenie było typowe dla białasa.

Później rozmawiałam z kolegą lokalsem o tym VIP entree, i potwierdził on dwa fakty – tak, jest to ich zwyczaj standardowy, i tak, ukłony były głębsze bo byłam tam ja, biała, mogąca zostawić kupę kasy na stoisku. Dla bandy chinskich smarkul mniej by się starali :D (tzn nie do podłogi, może parę cm wyżej), co innego kiedy te smarkule eskortują białą żyrafę (jestem o jakieś 15-20 cm wyższa, więc wybijałam się ponad towarzyszący mi wianuszek). Nie wchodziłam na temat odbioru owych ukłonów przez samych kłaniających się, natomiast zaskoczył kolegę fakt mego zakłopotania takim królewskim powitaniem.

Zdjęcia, które tu wklejam pochodzą z kolei z lokalnego supermarketu, w którym zaopatruję się w podstawowe produkty wszelakie. Może teraz zrozumiecie, jakim cudem udały mi się zakupowe wpadki :D

1. Półka z wifonkami. Zupki instant są wynalazkiem tajwańsko-japońskim, więc braknąc ich tutaj nie może… A i raz na czas można w większych sklepach odnaleźć i takie ze swojjską etykietą VIFON, i poczuć się jak w domu…

Tylko jak to się dzieje, że zawsze trafiam na te niedobre??? Szczytem wszystkiego była słodka krabowa…

2. Półka z tajwańskimi słodyczami, słodycze to nazwa umowna. Jadłam już i migdały przeplatane minirybkami (takie jakby suszone anchois, wielkości gupika, słone jak diabli, sztywne jak kij), i solone pestki arbuza o zapachu lukrecji, i czipsy z zieloną herbatą (co mi się odbijały potem pół dnia mydlanym aromatem), nie wspominając o popcornie w 50smakach (czekolada, karmel, pizza, cytryna to tylko bazowe, mało zakręcone wersje… Tych bardziej skomplikowanych bałam się ruszyć).

3 .Dział mięsny może z lekka zaskoczyć mnogością pozornie niejadalnych produktów… Nic się nie zmarnuje. Kurze dupki (serio, i jak najbardziej poważnie - smażone odbyty kurczaka są tu uważane za przysmak), rybie łby… Owoce morza o perwersyjnych kształtach (mi z racji abstynencji nasuwające dobitnie skojarzenia z męskimi organami saute lub potraktowanymi walcem…), kurze łapy (super przegryzka, polecam zamiast obgryzać własne pazury przy kolejnym strasznym filmie, można zabrać się za kurczęce), podroby, wątroby, mięso z kawałami kości (filety tu to zachodnie zboczenie, kości są smaczne i zdrowe)… Oraz – żaby, małże i ślimaki (czasem nawet tak świeże, że żywe).

Zaiste – Chińczyk zje wszystko co pływa, oprócz metalowego kadłuba łodzi podwodnej, wszystko co ma 4 nogi oprócz stołu, i wszystko co lata – z wyjątkiem dla niektórych części samolotu. Tajwańczyk będzie ciut bardziej wybredny… Modliszka zdroworozsądkowo wspomniała o zbilansowanym posiłku… Oni zdają się mieć to w głębokim poważaniu, jedzą wszystko - i są szczupli i zdrowi, i mimo zaawansowanego wieku- tryskają energią.

4. Wizyta w dziale chemii to też spora adrenalina. Polecam – znalezienie proszku do prania kolorów, odplamiacza, czegoś do dezynfekcji i odpachnienia (tutejsze pralki piorą w zimnej wodzie i trzeba samemu kombinować jak się pozbyć plam, mocnych zabrudzeń i zapachów eliminowanych zwyczajowo przez poczciwe 60C nie wspominając o gotowaniu…), płynu do garów, płynu do płukania a potem dziwienie się, że kołdrę prałam w ichnim Ludwiku ( o nazwie” biały miś”)

Aha, trzeba jeszcze uważać na pułapki na myszy … (nie wiem czemu między chemią domową, ale ich cyrk, ich półki)

Miłujący życie wszelakie zamiast tradycyjnej łapki na szczury czy lepu na muchy/karaluchy/pająki stosują coś w rodzaju tacek z paskudnym klejem. Nie wiem jak działa to na zamaskowanych myszokradziei – ja zawsze sie przykleję, a odkleić się nie jest wcale łatwo.

No to jeszcze słynna pasta do zębów…

Noooo, to teraz, które to klej do protez, a które pasta do zębów wrażliwych? Proszę o pomoc i doradztwo! Od razu mówię, koncern Colgate Palmolive odpada, na Sensodyne mam alergię, wybielających nie mogę… :D

5. W kolejce do kasy mogę popatrzeć na psa – przewodnika uczącego się zawodu. Głaskać nie wolno, co jest napisane na kamizelce tego pana.

Zapłaciwszy, można paragon zachomikować lub wrzucić do specjalnej skrzynki na dobroczynność (co 2 miesiące loteria rządowa losuje numery paragonów, których posiadacze wygrywają grubą kasiorę, więc miejscowi zabijają się o te świstki papieru…)

A potem w domu odkryć bezmiar swej durnoty, objawiającej się zakupem niejadalnego żarcia, balsamu do ciała zmieniającego się magicznie w szare mydło i innych :D

O tym,jak Majia została ninja…

Wizualnie Azjatów kojarzymy z monochromatycznym kolorytem populacji (czarne włosy, czarne oczy, żółta skóra), wiotkością -oraz… nieodłączną maseczką na twarzy.

W Polsce tego typu gadżety kojarzą się przede wszystkim z epidemią SARSa i innej ptasiej grypy. Ale – jak zwykle z informacjami z końca świata – wcale nie do końca.

Najpierw njus. Mam swoją własną maskę. Młodociany zabierając mnie na przejażdżkę skuterem/motorem napomykał i napomykał o konieczności posiadania takowej. Niestety, wykazałam się absolutną tępotą i głuchotą aluzyjną – i nie zakupiłam… Więc poratował mnie swoją, abym nie wdychała tablicy mendelejewa snującej się po ulicach Kaoshiung

Osobiście uważam, że to bardziej dlatego, że koledzy by go zniszczyli komentarzami o tym, jak to się po mieście lansuje z białą niunią na bagażniku skutera… Już i tak miał przechlapane za wyłamanie się z grupy ćwiczących na siłowni chłopczyków i porzuceniu ciężarków na rzecz konwersacji z białaską pocącą się na bieżni (ponieważ nie lubię rozmawiać w biegu, więc jak podchodził wycinałam widowiskowego orła, bo ja się zatrzymywałam na konwersację – ale bieżnia już niekoniecznie… efekt – piorunujący.). No dobra, był jedynym, który po około 15 minutach tajniackiego wgapiania się w mój raźno podskakujący na orbitreku/bieżni/wiosłach tyłek – przełamał się do wydukania – ze przepraszam, czy ja mogę swój telefon podłączyć do gniazdka koło pani szanownej? Reszta tylko się ślepiła pozorując ćwiczenia i prężąc muskułki (jakby mogli, to by siusiakami powiewali, ale to Azja, więc wiadomo…).

To zdjęcie z wycieczki na wyspę Cijin, na którą trzeba się przeprawić promem. Zdezelowany diesel krypy plus spaliny skuterów stłoczonych w półotwartej ładowni (przedział pasażerski piętro wyżej, ale ze skutera nie opłaca się schodzić bo to za krótka podróż) – błogosławiłam azjatycki patent… i miejsce tuż przy „oknie”

Ok, więc po co Azjatom maski?

- bo grasuje sars, żeby sobie nie wdychnąć bakcyla – zasłania się wloty dróg oddechowych.

Ot, taka marketingowa odpowiedź na zagrożenie AH1N1… Ta w kwiatki to czysta „chirurgiczna”, przeciwbakteryjna i przeciwpyłowa, z małpka to od spalin, kombo ma chronić przed pożarem, powodzią, tajfunem oraz morowym powietrzem…

- bo kicham-prycham i rozsiewam wirusy, więc zachowam je dla siebie, nie obdarzając wszystkich dookoła… Nieobecność w szkole/pracy z powodu choroby to rzecz usprawiedliwiona chyba tylko w stanie agonalnym. Więc takie przeziębione nieboraki snuja się w miejscach publicznych i maskami ratują świat przed rozprzestrzenianiem się zarazków.

- żeby mnie ktoś czasem nie rozpoznał :D Zwłaszcza, kiedy udaję się w miejsce, gdzie być nie wypada lub w towarzystwie, z jakim łączona być nie powinnam

- bo powietrze jest bardzo złe, więc maska przeciwpyłowa (często w kombinacji z drugą, albo i trzecią nawet), a nawet specjalne maski z filtrami – w wersji szczególnie wypasionej można się poczuć trochę jak likwidator w Czernobylu, trochę jak Robocop, trochę jak pracownik HighTechProductionUnit

Ewentualnie można wybrać spośród dostępnego asortymentu – tak naprawdę nie wiem czy bym się skusiła na to plastikowe coś. Do normalnej maski chirurgicznej się przyzwyczajałam chwilę – bo gorąco, okulary parują, ciało obce na twarzy, szeleści, suwa się etc.

- bo na skuterze wdycha się spaliny a poza tym maska jest manifestacją własnej osobowości podobnie jak kask (a kask moze być na przykład malowany w arbuza, truskawkę, żołwia, hello kitty, księżniczki disneja, kościotrupy, smoki i inne) – i jest to specjalna maska antyspalinowa. Nie wiem jak ma działać, bo nie przywiera bardzo dokładnie do twarzy – ale większość kierowców skuterów nosi takową.

- bo słońce – jak już wielokrotnie tłumaczyłam, Azjatki mają hopla na punkcie unikania zabójczych promieni UVA oraz UVB. Spacerując, chronią się pod parasolkami. Jadąc na skuterze zakładają czarczafy godne talibańskich Arabek.

Idąc na plaże, zakutają się w kominiarki (zdjęcie pochodzi z Chin)

Dodam, że wiele skuterów jest wyposażonych w coś w rodzaju rękawic kuchennych doczepionych na stałe do kierownicy.  Myślałam że to na zimne dni, żeby łapy nie grabiały z zimna – ale standardowo pojawiło się drugie dno… Rękawice kuchenne chronią też  przed słońcem, mogącym opalić dłonie…

- i jeszcze jeden ważny powód.

Jeżeli dziewczę zaspało i nie ma czasy pieczołowicie się szpachlować tapetą (to czasem i pół godziny roboty, albo więcej…), założy maskę, aby ukryć niedopracowany wizerunek. W zeszłym roku oglądałyśmy masę koleżanek z wysypem pryszczy pod maskami, więc wysnułyśmy wniosek, że pod zasłonką skóra się kisi, mikroby kolonizują pory intensywniej w zemscie za niedopuszczenie do ich radosnego hasania i stąd prychole na rejonach twarzy przykrytej różową/niebieską/zieloną/etc chirurgiczną maseczką. Ale jak widać, mogło być i tak, że dbające o wizerunek studentki przykrywały trądzikowe niedoskonałości cery, których fluid zakamuflować nie dał rady…

Dodam, że sprzedaż masek we wszystkich wzorach i kolarach tęczy to całkiem niezły biznes. Bazowa – taka jaką mam na zdjęciu – took 5zł w detalu. Wypaśniejsze wersje są odpowiednio droższe, od 20 zł w górę. Są i takie kolekcjonerskie, z kryształkami Svarovskiego, z haftami, z indywidualnym wzorem, z metką DolceGabbana…

 

Tak więc od dziś – gumki na uszy, maska na dziób, i… zlewamy się z tłumem :D

 

 

Jeszcze o tajwańskich psach – szybka notka

Wczoraj siedzę sobie wieczorkiem przed Wendzarnią, czekam na Młodocianego i jego motor mający mnie dotransportować w jakieś miłe miejsce (Młodociany jako lokals zna ich tutaj masę… I tak, ma MOTOR, nie pierdziawkowy skuterek :D), dookoła jak to zwykle wieczorami – kotłują się dzieci, dorośli, psy, nietoperze i dziki ruch uliczny.

I nagle dup! łupnięcie plastiku o coś człowiekowatego (tak, samochody,  małe samoloty, motory  i ludzie zderzają się ze szczególnym dla każdego z nich dźwiękiem, i jest to odgłos mi znany, niestety z autopsji i smutnych wydarzeń), skowyt psa i odgłos odjeżdżającego na wyższych obrotach skuterka. A na jezdni kuli się przed nadjeżdżającymi samochodami (zielone światło  akurat włączali) czarny jak smoła kundel, słabo widoczny nawet w świetle ich reflektorów…

Na ten moment podjechał Młodociany, i widząc moją minę niezbyt ścieszoną i wzrok omijający go szerokim łukiem -pyta przejęty co się stało… Tylko mu palcem pokazałam, a już młody skoczył na ulicę, nie bacząc na samochody i na swoje jasne spodnie w kantkę.

Doskoczył do środka jezdni, psinę okrył własną piersią, kleknął – a nawet niemal się wyłożył plackiem, próbując go z asflaltu pozbierać (piesek spory, taki 20kilo na oko, obolały, przerażony i z przetrąconymi tylnymi łapami solidnie wierzgał i bronił się przed urażeniem obitych  miejsc), a wszystko to przy śmigających dookoła samochodach.

Licznie gromadzący się na widok sensacji tłumek najpierw Młodocianego zlinczował niemal – jako potencjalnego sprawcę barbarzyństwa, a następnie, jak trzeba było ustalić właściciela ewentualnie psa do szpitala zawieźć – jakoś szybko zajął się popatrywaniem w milczeniu. Młody mnie przeprosił, skurwował w kilku językach pod nosem i publikę i kierowcę i ogólnie towarzystwo, które nagle straciło zainteresowanie sprawą. W ciągu 10 minut znalazł się właściciel (pies był w obroży, ale bez danych kontaktowych), znalazł się adres i telefon najbliższej kliniki, gdzie bezpłatnie lub za symboliczną kwotę ktoś psu udzieli pomocy, ba, nawet jakiś transport by się zorganizowało, gdyby nie to, że wożenie połamanego kogokolwiek na skuterze nie jest zbyt dobrym pomysłem…

Młodocianemu do listy zalet został dopisany kolejny punkt. Oprócz tego, że koniecznie chce za mnie nosić torebkę, sam niepytany i nieproszony streszcza mi konwersacje toczone dookoła po chińsku i tajwańsku, łącznie ze swoimi rozmowami telefonicznymi (jeżeli akurat przy mnie odbierze), szybko załapał europejski zwyczaj jedzenia z zamkniętym dziobem i niemlaskania, otwierania drzwi, przepuszczania pań oraz podawania płaszcza (to chyba pierwszy raz na oczy widział). Słowem – aż nieprawdopodobne, że to Tajwańczyk, co nosa swego płaskiego poza rodzinną wyspę nie wytknął, a i za miasto wyjechał w całym życiu kilka razy tylko. Ja to mam jednak olbrzymie szczęście do poznawania fajnych ludzi – pal diabli, że w karty przegrywam :D

Konkluzja jest taka – w każdym kraju znajdą się ludzie, którzy psa zjedzą, którzy stukną psa samochodem i bezrefleksyjnie pojadą dalej, i tacy, którzy psa przygarną.

A o specyficznych psio- pańskich zwyczajach na Tajwanie – opowiem następnym razem :D

 

Japońska historia o psie i człowieku

 

Jeden z moich kolegów – Japończyk Chai, jest wielkim miłośnikiem psów. Jak wyjaśniał- jest to u nich rodzinna tradycja, bo dziadek Chai-sana był opiekunem Hachiko. Hachiko 是什麼? zapytali koledzy z klasy.

 

Historię Hachiko usłyszałam pewnego letniego popołudnia, podczas spaceru wzdłuż Wisły w towarzystwie Keisuke. Keisuke zabłądził w Krakowie i nie bardzo umiał się wybłądzić. Ja dostrzegłam azjatycko czarne włosy, i lekko opuszczone ramionka sugerujące ogólne załamanie połączone z przygwożdżeniem sytuacją. I tak poznałam Japończyka, co chciał zgłębić historię Europy, więc poprosił swój koncern chemiczny o wysłanie go do przedstawicielstwa firmy za granicą.

Idąc od Kazimierza w kierunku Wawelu mija się niedużą figurkę pieska, objętego dłońmi.

To pomnik psa Dżoka, który na pobliskim rondzie Grunwaldzkim przez ponad rok czekał na swojego pana. Właściciel kundelka zasłabł bowiem podczas spaceru, karetka odwiozła go do szpitala – gdzie zmarł. Niestety, nikt nie umiał wytłumaczyć tego czarnemu pieskowi, który cierpliwie wypatrywał znajomej sylwetki, nie oddalając się od miejsca, gdzie widzieli się ostatni raz. I tak minęła zima, i wiosna, i lato, i jesień… Czarno-podpalany kundelek, nie wyróżniający się niczym specjalnym, cierpliwie patrolował okolice ronda, bo może tu, zaraz, zza rogu, spod mostu, z tunelu – wyjdzie pan. Okoliczni mieszkańcy dokarmiali pieska, próbowali go przygarnąć – bezskutecznie. Dopiero pewna starsza pani zdobyła psie serce… Gdy po kilku latach i ona zmarła, Dżok uciekł i błąkał się po mieście. Legenda krakowska głosi, że rzucił się pod nadjeżdżający pociąg – z rozpaczy po kolejnej stracie bliskiej osoby. Być może to i prawda, bo przecież wcześniej mieszkał i poruszał się po ruchliwym rondzie, bez żadnych problemów…

 

Keisuke usmiechnął się, oczy mu zogromniały i powiedział zdziwiony(ale i mile zaskoczony) – bo my też mamy takiego psa w Tokio, wiesz Madzia-san?  Nazywa się Hachiko, i ma swój pomnik przy stacji metra.

Zaiste, nie jeden nawet… Na pewno stacja Shibuya (tak, ta Shibuya od zakupów i karaoke) oraz na dworzec w miejscowości Odate (rodzinnej miejscowości Hachiko, gdzie obecnie mieści się jego imienia Muzeum Rasy) posiada wejście udekorowane posążkiem (mniej lub bardziej podobnym do) akity, dookoła na ławkach cierpliwie czekają na siebie znajomi,przyjaciele, pary – bo jest to „famous meeting point”. Tego czy regularne randkowanie koło rzeźby daje szansę na relację podobną do archetypicznej wierności Hachiko i jego pana – już nikt nie zbadał.

Akita – to pierwotna rasa japońska, jedna z jedenastu „narodowych” ras. Ocenia się, że na Wyspy Japońskie trafiła nawet 5000 lat temu, z pierwszymi osadnikami z kontynentu (ich potomkowie tworzą dzisiejszą grupę Ajnów, takich japońskich Cyganów o uwaga! czasem niebieskich oczach!). Był psem samurajów, psem bogów i cesarzy, bohaterem legend (jeżeli Keisuke lub Chai mi jakąś doślą – od razu opowiem!), bojowym psem myśliwskim potrafiącym walczyć nawet z niedźwiedziem… Ale, wraz ze zmierzchem cesarstwa, upadkiem szogunatu i modą na „obce” oraz odwrotem od tradycji, popularna rasa zaczęła zanikać.

Na początku XX wieku japoński profesor Hidesaburō Ueno zajmujący się endemicznymi gatunkami zwierząt hodowlanych rozpoczął badania nad wymierającą już rasą legendarnych psów samurajów. W efekcie przywiózł do Tokio rozkoszną puchatą kulkę (tym bardziej uroczą, że -jak ustalili badacze – urodzoną pod znakiem Skorpiona, patrona prawdziwych przyjaciół i wojowników), a wkrótce pies został stałym elementem krajobrazu stacji Shibuya, dokąd codziennie odprowadzał swojego jadącego na Uniwersytet Tokijski pana, i gdzie oczekiwał na jego powrót około godziny 16…

Niestety, profesor zasłabł w pracy i zmarł. Jego pies na próżno wyczekiwał na peronie, skąd zresztą początkowo wyganiała go obsługa. Poźniej zaakceptowali kremowo-złotego czworonoga z charakterystycznie klapniętym uchem, który regularnie – jak w zegarku, pojawiał się popołudniami i ze smutkiem w skośnych ślepiach wypatrywał znajomej sylwetki… Pewnego dnia dostrzegł go były student profesora Ueno, kontynuujący badania swojego mentora. Śledząc psa, dotarł do jego domu byłego ogrodnika profesora, który opowiedział mu smutną historię przygarniętego przez niego Hachiko (imię składa się z dwóch części – hachi, czyli 8, oznaczającego kolejność w miocie, a ko to japońskie słówko na księcia lub innego szlachetnie urodzonego). Wkrótce młody naukowiec opublikował wyniki badań nad rasą – której liczebność (osobników czystej krwi) została określona na 30 sztuk – i rozpropagował historię „wiernego przyjaciela” ze stacji Shibuya.

„Wierny pies” zyskał wielką sławę oraz sympatię, i poniekąd przyczynił się do odrodzenia rasy Akita Inu. Gdy 9 lat później zdechł (znaleziono go na stacji właśnie) na robaczycę połączoną z terminalnym stadium raka, urządzono mu ceremonię pogrzebową, ustawiono pomnik na cmentarzu, a wypchany korpus można do dziś podziwiać w Narodowym Muzeum Nauki.

Zachęcam do obejrzenia filmu, pokazującego zamerykanizowaną wersję biografii niezwykłego psa – „Hachi – a dog’s tale/ Mój przyjaciel Hachiko”

Jest to miłe dla oka kino familijne, z przystojnym Richardem Gere w roli właściciela. Historia luźno tylko nawiązuje do japońskiego oryginału! Co ciekawe – muzykę skomponował Polak Jan Kaczmarek, wykonała ją też Polska orkiestra.

Konkurs – rozwiązanie :D

W skrócie… Niestety, nie udało sie dowieść żadnej z rasistowskich teorii moich o specyficznej dla danej nacji facjacie. Aczkolwiek np Filipińczyków, Japończyków i Wietnamczyków tutaj odróżniają bez pudła (zresztą ja pomału też).

 

Zatem – od lewej lecąc:

1. W niebieskiej koszuli -Jared ze słonecznej Kaliforni. Posiadacz złotych włosów szczodrze porastających widoczne fragmenty ciała, co w połaczeniu z archetypicznym wręcz akcentem lokuje go na pierwszym miejscu wśród lokalnych plejbojów. Jared pracuje na Tajwanie w fabryce śrubek i dowodzi liczną kobiecą załogą te śrubki produkującą.

Zazwyczaj typowano go jako Brytola.

2. W paseczkowej koszuli – nienagannie śliczna Mei Tin/May z Tajlandii. Córka niezwykle majętnych rodziców, pomimo pewnego oderwania od codziennych problemów właściwych reszcie ludzkości – przemiła i ciepła. Ma przystojnego tajwańskiego narzeczonego, z którym zwiedza świat. Chwilowo są na etapie planowania jego studiów w Japonii, więc nie do końca rozumiem na co jej chiński, ale nie narzekam na sąsiedztwo.

Była obsadzana w roli Japonki, ale udało się też trafnie dobrać jej pochodzenie – chyba ślepym fartem. Sama zainteresowana mówi, że na Tajkę jest za duża i za jasnoskóra…

3. Nauczycielka Lili Szósta. Pomimo, że nie ma dwudziestu lat, uwielbia taniec brzucha i organizuje nam zabawy w których uczestniczymy z radością właściwą przedszkolakom, a nie dorosłym i poważnym jednostkom. Dziś graliśmy w „narysuj z zamkniętymi oczami, wedle wskazówek reszty klasy” oraz w szukanie przemyślnie ukrytych przedmiotów. Noł komment pliiiis :D ale bawiłam się świetnie.

Tu też problem był lekki :D Ona jest Tajwanką, nie Chinką Dalu!

4. Ciemnoskóry Aaron z Chicago, rzeźbiarz i muzyk o zaraźliwym śmiechu i wyjątkowo wymownej mimice.

5. Ahai/Bien Luu z Hanoi, Wietnam – niezwykle pracowita, ale znienawidzona żarliwie przez resztę klasy. Od pierwszych wspólnych zajęć miałam ochotę zrobić jej solidną krzywdę, ewentualnie zapchać dziób skarpetą, mocno nieświeżą. Dziewczyna jest typem ambicjonalnym co samo w sobie nie jest złe, podobnie jak i jej dążenie do bycia pierwszą uczennicą w klasie. Dużo się uczy – co jest godne pochwały. Ale… W momencie kiedy ktoś myśli 3 sekundy nad tym co powiedzieć a ona się wcina w wypowiedź, bo ona wie! wie! wie! wie! wie! TAK!TAK!TAK!… jest już niebyt mile widziane… osobiście naprawdę miałam ochotę jej zaje…ć solidnie między oczy, i to nie tylko ja… Dodatkowo, jako Wietnamka, posługuje się cudaczną odmianą chińskiego, z pełnym zestawem tonów (wietnamski ma ich chyba 5 plus warianty intonacyjne i kombinacyjne) za to pozbawionym zróżnicowanych głosek szczelinowych (s,sz, ś,c,cz,ć,dź dż,ż to jeden dźwięk) i straszliwie sepleni. Oraz miauczy. I na dodatek nie powiesz jej żeby zamilkła, albowiem – angielskiego nie zna ni dudu. A po chińsku dopiero się uczy.

6.Wysoki chudzielec w czarnym – Erwin, tu zwany Jackaiem. Francuz wyjątkowy! Nie jest bufonem (nooo nie aż takim jak większość znanych mi francuskojęzycznych), mówi po angielsku, ma zdrowy dystans do siebie. Na Tajwanie znalazł się z miłości – przyjechał za swoją dziewczyną i tak już został :D. Jest podporą mojej drużyny w klasie wymowy, ma lekkie ADHD i w związku z tym wszelkie konkurencje na czas wykonuje prawie tak szybko jak Azjaci.

7. Okularnik w koszulce z flagą Francji to Taizhi, alias Tony alias Taesig (태식), technik stomatologiczny i protetyk rodem z Busan/Pusan w Korei Południowej. Mój ulubiony kolega, obdarzony sporym poczuciem humoru i dużą empatią. Przyjechał na Tajwan rzuciwszy wszystko - aby być ze swoją dziewczyną. Nawet co w Azji nietypowe totalnie -zrezygnował z całkiem stabilnej pracy, zapewniającą naprawdę przyzwoite dochody… Wszystko po to, aby wieczorami szeptać swojej Monice 사랑해/salanghae i robić jej śniadania. Teraz, aby się utrzymać i nie być ciężarem dla rodziny czy dziewczyny, zasuwa w fabryce sandwiczów (100NTD/godz.), a braki snu nadrabia na moich książkach (siedzimy obok siebie, i w ramach niepisanej umowy: on sprawdza moje literki pod kątem poprawności, a ja go budzę kiedy ma odpowiadać).

8. W niebieskiej bluzie – Qing Ling, pół Wietnamka a pół Tajwanka. Wraz z rodzicami  przeniosła się do Vaterlandu po ukończeniu szkoły średniej.  Wyjątkowo radosna i sympatyczna. Pomimo, że prawie nie mówi po angielsku – i tak wszyscy ją lubią. Nie wiem jak wygląda jej mama, ale tatę ma naprawdę przystojnego :D

9. Rozczochrany jegomość w okularach pochodzi z Tokio, jest rodowitym Japończykiem, a któryś z jego przodków był nawet jednym z wielu opiekunów słynnego Hachiko. On z kolei posiada jamnika miniaturkę, pieska chihuahua oraz yorka.

No i do tego jeszcze sprawca zamieszania, czyli ja :D

Od razu powiem – naprawdę byli ciekawi :D I pokładali się ze śmiechu, zwłaszcza kiedy Murzyna wysłałam do Wietnamu, Tajkę do Japonii (szczerze się ucieszyła, bo tam będzie mieszkać niebawem, więc ma nadzieję zlać się z tłumem. Japończycy u siebie w kraju są bowiem lekkimi ksenofobami), a Wietnamki do Chin. A już szczytem wszystkiego było zakwalifikowanie chudego jak szczapa Erwina w zasób znanej z otyłość nacji amerykańskiej. Erwin w nagrodę dał mi ciasteczko.

W związku z tym - serdecznie dziękuję za udział w konkursie :D

Wizyta w tajwańskim kinie z japońskim chomikiem

Na weekend miałam zaplanowane rozmaite aktywności przewidujące spędzenie sporej ilości czasu na zewnątrz. Niestety, pokrzyżowała mi je pogoda – najpierw zrobiło się pochmurno, a potem zaczął padać deszcz.

Wyjaśnię pokrótce specyfikę tajwańskiego deszczu – najpierw ordynarnie bije żabami, potem siąpi mżawką, potem znów leje jak z cebra i raz jeszcze tylko kapuśniaczek, niestety interwały są totalnie nieprzewidywalne, i wychodząc tylko po kawę do 7-11 w okresie lżejszym hydrologicznie możemy wracając po trzech minutach zaliczyć konkretny prysznic. I to  każdej strony, bo kierowcy tutaj nie przejmują się rozbryzgiem spod koła, tylko prują przed siebie… W dodatku – jest gorąco, to znaczy - obcokrajowcowi jest gorąco. Więc ichni wynalazek wielkiego wora zwanego peleryną przeciwdeszczową (zakładaną od góry), w którym każdy wygląda jak Buka z Muminków – robi za saunę, ergo- czy założę czy nie, jestem mokra. Aha, i nie nosi się tu pełnych butów (zmoczone mogą nie doschnąć), lecz japonki. Chodzenie po deszczu w japonkach nie jest złe… rodzi klientelę dla ortopedów i ortodontów/protetyków.

Aktywności zatem umarły śmiercią naturalną. Miałam nadzieję na miłe popołudnie przed laptopem, ale… odezwał się do mnie kolega Młodociany (ten, który w urodziny wywiózł mnie na totalne zadupie gdzie het za miastem, przewłóczył przez krzaczory porastające klif, i kazał się wspinać po dosyć stromej górce – po to, żebym z tarasu na szczycie tej górki mogła zobaczyć i panoramę miasta, i gwiazdy nad miastem… Gwiazd było może ze 20, ale dobre i to, bo tam gdzie mieszkam chmura smogu i spalin totalnie zasłania niebo, nawet księżyc taki z lekka zrudziały), i zaproponował wypad na najnowszego Bonda.

Bonda w wydaniu Daniela Craiga toleruję średnio. Tzn, nie mam zastrzeżeń do jego warsztatu aktorskiego, klaty, mięśni etc, ale… Bond moralnego niepokoju to nie Bond wzorcowy. Dla mnie Bond to Pierce Brosnan z głosem Seana Connery’ego. A nie taki blondas z odstającymi jak u trolla uszami i ogólną aparycją dresa z dzielnicy. Ale nie powiem, lubię kino widowiskowe, aczkolwiek nie przeładowane fajerwerkami i animacją komputerową… i Skyfall taki własnie jest. Nie jest to kino głęboko filozoficzne, skłaniające do jakiejkolwiek refleksji – ale ogląda się miło. Fabuła nie powala durnotą, żarty i dowcipy nie są zbyt nachalne ani wulgarne, naprawdę – można te parę groszy odżałować i zakupić bilet do kina, zamiast ściągać z rapida.

Czym się różni kino tajwańskie od polskiego?

 

Tak ogólnie to niczym, ale jak się wgłębić w szczegóły…

-po pierwsze – nie ma 20 minut reklam. Co się chwali. Jest tylko info z zajawkami oraz apel Alfreda Hitchcocka o ściszenie komórek (który co poniektórzy ignorują, jak w Polsce)

-po drugie – na wszystkich, i chińsko-języcznych i obcych filmach wyświetlane są napisy. Stanowczo za szybko się zmieniające jak dla mnie, gdyż zanim rozkminiłam, że znam 80% znaczków, przypomniałam sobie co znaczy każdy z nich z osobna i poskładałam do kupy w zdanie, konwersacja na ekranie przeniosła się trzy akapity dalej. Refleksja – będę oglądać filmy z napisami, w bibliotece, ze stopklatką :D

-po trzecie – popcorn serwują tu karmelowy. Na hasło popcorn z solą Młodociany się skrzywił z wyraźnym obrzydzeniem i zapytał skąd mi taka herezja do głowy przyszła. Zaiste, popkornu z solą nie mieli. Pytałam po chińsku nawet ( Młodociany upoważnił mnie do korzystania ze swojego Ajfona, w celu sprawdzania słówek po chińsku, o ile będę w jego obecności ćwiczyć mówienie… Masochista).

-po czwarte – na salę oprócz przekąsek w stylu popcorn i nachosy plus jakieś bio-organic paskudztwo, można wnieść inne żarcie. Pół filmu towarzyszył mi rozkoszny aromacik wifonkowego rosołka… (do rosołku domowego wiadomo jak się ma, ale mimo wszystko, węszyłam jak rasowy posokowiec a Młodociany ze zdumieniem skonstatował, że w Polsce chyba nie wnosi się obiadu z pobliskiej chinki do kina, co wprawiło go w spore niedowierzanie), ponadto ciamkanie z chlipaniem, towarzyszące konsumpcji aromatycznej zupki i pierogów.

-po piąte – alkoholu się nie wnosi, towarzystwo siedzi cicho,ogląda i się nie migdali. Nawet za ręce się nie trzymają, tzn nie w sposób widoczny dla ogółu.

Tak więc miałam – oprócz azjatyckich widoków (Makao i Szanghaj, na Szanghaj mi się wyrwało westchnienie po chińsku, na Makao – oboje byliśmy zgodni co do urody filmowej wersji tej ostoi pseudowolności w ChRL… Bo zaiste, operator zrobił dobrą robotę!), w pełni azjatycki klimat 5D (włączając w to wibrowanie azjatyckich komórek dookoła i wonie obiadowe plus z lekka zdziwione moją jaśniejącą w ciemności białą twarzą postaci, deptające mi po nogach przy łażeniu wte i wewte ).

 

A teraz o co kaman z japońskim chomikiem?

Jak wygląda chomiczek, już tłumaczyłam. Jest to niepomiernie upiorna, paskudna, jednak powszechnie stosowana minka, którą Azjaci z uporem maniaków prezentują na zdjęciach, bo ktoś im wmówił, że to ładne i słodkie.

Namierzyłam w Kaohsiung stoisko z polskimi wyrobami (trudno nie było, stoisko samo zareklamowało mi się na fejsie w dniu urodzin…), a po przeczytaniu, że serwują tam murzynka, precle i szarlotkę – zaprosiłam Młodocianego, żeby tam moje szacowne cztery litery dotransportował (zaprosiłam więcej osób, ale tylko on jeden w niedziele miał czas) oraz spróbował co to są smaczne ciastka (po mojej dłuższej i pełnej dezaprobaty wypowiedzi dotyczącej wyrobów sprzedawanych w tutejszych cukierniach za ciężkie pieniądze)…

Oto stoisko przyjaźni polsko – niemieckiej czyli wypieki Grażyny i grzane wino jej niemieckiego męża

Murzynek z orzechem był świetny, Młodociany tylko raz oberwał łyżką za mlaskanie. Na orzecha włoskiego patrzył podejrzliwie, nie wierząc ze takie mózgopodobne coś można schrupać ze smakiem, ale zjadł – pouczony o cudownym wpływie tegoż owocu na rezultaty testów… (będę się smażyć w piekle za me little white lies…). Na to jak operuję nożem i widelcem rozdziawił paszczę w niemym podziwie, prawdopodobnie pierwszy raz widział nie-amerykański sposób jedzenia czegokolwiek za pomocą sztućców (ja w analogiczny sposób obserwowałam kiedyś pochłanianie kotleta, naleśnika i jajecznicy za pomocą pałeczek).

Po zakupie winka poszłam odwiedzić kolejnych znajomych – Rosjankę Tanię oraz jej tajwańskiego męża, urzędujących na stoisku z rękodziełem autorstwa Taśki.

Oczywiście – była radość z ponownego spotkania :D  Wiem, że każdy kto odwiedził Tajwan -obiecuje wrócić… Ile osób spełnia obietnicę – nie wiem, ale jestem raczej wyjątkiem niż regułą. Więc tym większe zaskoczenie nastapiło, gdy którejś soboty zwyczajnie wysłałam jej wiadomość – kiedy się spotykamy. Ona na to – a gdzie ty jesteś. Ja: tutaj… Gdzie tutaj? Jak to gdzie, w Kaohsiung :D !!!!

Więc pojawiłam się na stoisku Tani eskortowana przez Młodocianego, który w megaskupieniu słuchał dziwnego szeleszczącego języka i usiłował powtórzyć : „szczęśliwy”. I nastapił moment, rujnujący moje poprzednie mniemanie jak to Azjaci się od siebie różnią…Przywitałam się z Taską i Peterem, przedstawiłam im „my friend from Wenzao, Max” (wolałam nie popełnić jakiegoś błędu i przedstawiając go chińskim imieniem 施品毅/Shīpǐnyì, nie ochrzcić omyłkowo „kąpielą z bąbelkami” na przykład).

Peter kulturalnie i kurtuazyjnie rozpoczął gadkę w języku angielskim – co też Max porabia na Tajwanie etc…

Przerwałam potok angielszczyzny – przecież możecie mówić po chińsku! Ja chętnie posłucham…

Peter jak do ułoma -znaczy obcokrajowca – to jak ci idą studia w Wenzao i w ogóle, skąd jesteś?

Max (równie powoli i wyraźnie) – dziękuję dobrze, jestem stąd

Peter- jak to stąd?

Ja nie zdzierżyłam- no, on jest urodzony Tajwańczyk, dzielnica Fongshan…

Peter z Taśką, robiąc wielkie oczy: myśleliśmy że to Japończyk! I oskarżycielsko w stronę Maxa – ty nie wyglądasz na Tajwańczyka! Jesteś za duży i za mało nieśmiały!!!

Ten z rzadkim tu poczuciem humoru rozpoczął kiwanie główką –  ソーリー/ごめんなさい/すみません, robiąc przy tym najpaskudniejszego chomika jakiego kiedykolwiek widziałam z nadmuchanymi policzkami i jeszcze wywiniętymi w słodziaszny dziobek ustami, co przy jego buzi w kształcie pięciokąta, z wąską brodą, szeroką szczęką i jeszcze szerszymi kośćmi policzkowymi wyglądało zaiste absurdalnie.

Zdążyliśmy się napić wina, a raczej  - piłam ja z Taśką, Młodociany powąchał (i stwierdził, że wonieje niemiłosiernie apteką), umoczył czubek języka – a następnie się poddał (oooo, sooo strong alcohol. Too strong!). Wymieniłyśmy spojrzenia z siostra-Słowianką, zgodnie wywróciłyśmy oczami i wytłumaczyłyśmy, że to tylko 8%, a strong zaczyna się od 40, i owszem da się to pić nawet litrami.

Wracając do domu dostałam smsa – wpadaj częściej ze swoim japońskim chomikiem :D

Na psa urok I !!! Pies z talerza, pies spod auta, pies rasowy (Formosa Mountain Dog)

Zdjęć psów kulinarnych nie będzie. Zainteresowanych odsyłam do zasobów wujka gugla.

Pies z talerza…

Tak, tak, decydując się na wyjazd do Azji należy się liczyć możliwością, że miejscowi w ramach uhonorowania/wkręcenia/zaoszczędzenia cennego mięska bydlęcego przemycą ci na talerzu psinę.

Azjaci bowiem jedzą psy. Którzy Azjaci – ciężko wyczuć, oficjalnie bowiem nikt się do tego nie przyzna, zwłaszcza pytającemu wprost białasowi. Chińczyk z Szanghaju powie, że to na pewno Koreańczycy, Koreańczyk z Kraju Kwitnącej Robótki Ręcznej zaprzeczy z oburzeniem i paluchem pokaże na mapie że to może Korea Północna (bo z nimi nigdy nic nie wiadomo, ale psów to raczej już nie jedzą) albo Wietnam, Wietnamczyk zdegustowany zasyczy że może Japończycy i Tajwańczycy, bo oni pomiędzy Hanoi a HoShiMinh to mają świnie i krowy do jedzenia w swoim kraju socjalistycznego dobrobytu. Tajwańczyk palnie kazanie, że ich hotdog to jest ryżowo-wegetariański i nieładnie się nabijać z serwowanych przysmaków, bo Tajwan kraj cywilizowany i psów się tu NIE-JA-DA!!!

Jakby się nie wykręcali, z niczego się taka szemrana propaganda nie wzięła. Na takim Tajwanie w 2001 roku ustawowo zabroniono spożywania psiego mięsa (popularnego przysmaku Aborygenów/tradycyjnych Chińczyków/starszego pokolenia) - http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,Tajwan-bez-psa-i-kota-na-talerzu,wid,94502,wiadomosc.html?ticaid=1f88b , w Chinach kontynentalnych nie ma jednolitego zakazu obowiązującego na całym terytorium, a psie mięso osiąga wysokie ceny ze względu na posiadane ponoć właściwości leczniczo- wzmacniające, zwłaszcza w dziedzinie libido oraz wytrzymałości ogólnej.  Z tego co wyczytałam, psy jadalne są traktowane jako odmienny gatunek niż te użytkowe/domowe. Wiem, że widok najlepszego przyjaciela człowieka przerabianego na kotlet może być nam niemiły – ale z drugiej strony, my jemy króliki (Ye laoshi i parę innych osób – oczy w słup, wielkie jak 5 zł i nieme pytanie – ale jak to??? bo tu króliki są zwierzątkiem domowym, tzw „pet”, podobnie jak nasze klatkowo akwariowe świnki morskie – jednocześnie peruwiańskim przysmakiem). Jak na razie psiną nikt mnie nie częstował. Ale poczęstowana nie odmówię, od razu uprzedzam. I proszę mnie za to nie sekować.

 Pies spod auta…

Bynajmniej nie jest rozjechany na placek… Tutaj, podobnie jak w Polsce lat temu 20-30-40 psy biegają luzem. Część z nich jest bezpańska, część posiada właścicieli, ale korzysta z wolności nie dawanej tajwańskim dzieciom.

Będzie dygresja:

Wczoraj zademonstrowałam podstawowe figury drążkowo trzepakowe – bo znalazłam jakiś trzepak, na którym przysiedlismy wracając ze spaceru/wycieczki do parku (10m x30, jedna alejka, 4 ławki, parę rachitycznych drzewek plus kilka figowców ledwo dających radę w spalinach z rzadka rozcieńczonych tlenem, plus dziki tłum zażywający zdrowego ruchu wśród zieleni…). Ja przycupnełam na lajcie, na środku belki, a złażąc wykonałam zwykły przewrót, na co moi Azjaci mało palpitacji serca nie dostali. padło pytanie – Skąd ja to umiem? Opowiedziałam więc w trzech zdaniach o miejskim dzieciństwie na trzepaku i wakacyjnym odgniataniu dupki na drabinkach oraz ogólnym szukaniu guza i obijaniu się totalnym, z braku lepszych rozrywek. Oczy znajomych zrobiły się jakby większe i maślane. W końcu Max wyartykułował tok myślenia całego stadka – on szczerze mi zazdrości, bo ze swojego dzieciństwa pamięta głównie bǔxíbān 補習班 , taką szkoło-świetlicę z intensywnym programem naukowym, a wakacje kiedy nie ma szkoły to przecież świetna okazja do nauczenia się czegoś nowego, żeby nie mieć tyłów w nowej klasie… Chciałam opowiedzieć o różnych durnych zabawach, ale taktownie zamilkłam. Biedni mali, pracowici Azjaci, od pieluch uczeni etosu Pstrowskiego przodownika pracy.

Więc dzieciaki zakuwają angielskie słówka i podstawy matematyki oraz gry na cytrze, rodzice pracują, a psy biegają luzem. A że na Tajwanie gorąco i powszechnie wiadomo, że słońce powoduje niekorzystne zmiany skórne, więc zarówno psy jak i ludzie uciekają z pola rażenia. Ludzie chowają się pod parasolkami i innymi wynalazkami, a psy polegują pod autami, leniwie i z widocznym zdegustowaniem opuszczając plamę cienia i klimatyzowanego chłodku z drugiej ręki dopiero po zapaleniu silnika przez kierowcę.

Tutaj widać tylko dwa, ale bywa i 5 upchanych pod szczególnie schłodzonym autkiem…

Co ciekawe, nikt ich nie łapie, hycli nie zarejestrowałam, więc z tym większym zdziwieniem przeczytałam, że na Tajwanie jest jakieś schronisko dla psów, gdzie jakiś fotograf robi pamiątkowe zdjęcia pieskom przez uspaniem ich, dla upamiętnienia ich istnienia i refleksji ogółu.

http://www.swiatobrazu.pl/psy-skazane-na-uspienie-na-zdjeciach-tajwanskiego-fotografa-26922.html

Pies rasowy

Tajwan ma swoją własną rasę psów- Formosa Mountain Dog, albo 土狗. Jest to wyglądająca kundlowato, chuda, wielkoucha, skośnooka mieszanka w różnych kolorach, od beżu przez pręgowane brązowe po czekoladę i czerń. Badacze wśród przodków wymieniają – holenderskie owczarki, chińsko-mongolskie chow chow, japonskie akity oraz inne, niezidentyfikowane. Tugou/formosan ma fioletowy język, a miejscowi nie do końca zdają sobie sprawę z faktu że to lekki ewenement…

Poniżej na fotkach Kobe, piesek mojego kolegi Maxa.

Formosan jest opisywany jako pies towarzyski,jako pies stróżujący bywa nieco nieufny w stosunku do obcych – ale gdy już się przekona do nowego znajomego, zostaje przyjacielem na całe życie. Jest niezwykle lojalny i co ciekawe -naprawdę przyjacielski, obdarzony olbrzymią cieprliwością. Jako rasowy Azjata nie ma nic przeciwko hałasowi i tłokowi – może spokojnie polegiwać na chodniku tuż przy ruchliwej ulicy i przystanku, z milionem pieszych przełażących mu nad głową. Jest to właściwie piesek uniwersalny – może być stróżem, psem pracującym czy po prostu towarzyszącym.

Pomimo, że to rasa endemiczna, jest na Tajwanie naprawdę rzadka. Spotyka się trochę krzyżówek, beztrosko pelentających się po ulicach, ale osobników „czystej krwi” nie ma zbyt wiele. Tajwańczycy kochają importowane brązowe pudle (nader paskudne), yorki, torebkowe chihuahua poubierane w cudaczne ubranka oraz z większych odmian – labradory i goldeny. Aczkolwiek po drugiej stronie ulicy mieszka też husky (przypominam, tu w lecie jest 40C!!!), oraz paskudnie spasiony budog, z pyskiem równie wrednym jak charakter jego właściciela.

Jeszcze jeden raz – Kobe. Nie mogę się powstrzymać, tak mi się spodobał :D

Jak nas widzą… Alkohol a sprawa polska

Z okazji urodzin moje kochane tutorki/xiao laoshi – czyli małe nauczcycielki zabrały mnie do ośrodka życia towarzysko nocnego w każdej tajwańskiej mieścinie, czyli na tzw. night market/nocny rynek/夜市. Można tam kupić towary typu śledź mydło powidło plus sznurówki gratis – ale nie o zakupy chodzi. Chodzi o spotkanie się ze znajomymi w tętniącym życiem miejscu, rzucenie oczkiem na nowości bazarkowych kramów, wypicie herbaty z torebki

(zostałam ostatnio obdarowana czymś takim – pan pobełtał herbatę czarną z mlekiem w proszku, okrasił kilkoma kroplami rarytasu czyli mleka z kartonu,widowiskowo przelał z filiżanki nr 1 nad głową do filiżanki nr 2 na ladzie – i tak kilkakrotnie, po czym ! wlał do woreczka! wsadził rurkę! całość obwiązał gumką recepturką żeby się nie wylało! wsadził mi do zdziwionej łapki po czym zainkasował 5 zł… trochę dużo za bawarkę, której zresztą od dziecka nie znoszę, no ale za brak kompetencji się płaci, nie wiedziałam że tzw „herbata przelewana, mniam mniam pyszota” to właśnie bawarka i nie bacznie zgłosiłam gotowość spróbowania…)

zjedzenie: kulek z ośmiornicy/  gofrów z masłem/ lodowych kulek z galaretką/ nóżek kurczęcych z pazurkami/ steków/ jajka sadzonego z makaronem/ pseudo frytek ze słodkich ziemniaków/ słodkiej parówki nabitej na patyczek/ smażonych ciasteczek Oreo … i wielu innych

poszwędanie się, zrobienie sobie masażu (na oczach wszystkich przechodzących dookoła), zrobienie sobie pedikiura (również na oczach wszystkich przełażących obok), postrzelanie pistoletem na małe plastikowe kuleczki do oddalonych o metr balonów (są tak zwichrowane, że wcale nie jest łatwo trafić)………………………………….. i jeszcze długo można wymieniać

W każdym razie jednym z punktów programu było kupienie mi prezentu – ale żeby były korzyści edukacyjne, to sama miałam się o ten prezent targować :D No i pan sprzedawca patrząc na mój ryjek biały jak ściana kredowa (sumiennie smaruję się kremem SPF50, whitening effect – bo kupiony już tutaj, po tym jak mnie zwrotnikowe słoneczko lekko poparzyło) rozpoczął zwyczajowe

Ni szy mejgłorzen ma?/你 是 美國人嗎 ?/czy jesteś amerykanką – jak 80% białasów i obcokrajowców tutaj?

Zgodnie z prawdą powiedziałam mu że jestem biedną studentką z Polski i że bardzo lubię Tajwan i dlatego przyjechałam tu już drugi raz… i bardzo podoba mi się bluza z jelonkiem bambi, ale niestety jest za droga bo Polska to kraj biedny i ja też nie mam  aż tyle pieniędzy…

Pan popatrzył mi w oczy, podrapał sie po nosie, głową pokiwał i pyta:

zaj bolan siendzaj hen len ma? /在 波瀾 現在 很冷 嗎 ? / W Polsce teraz jest zimno? (patrząc wymownie na moje gołe ramionka plus tęskne spojrzenie na cieplutko wyglądającą bluzę z jelonkiem)

Z przejęciem patrzę na pana, bo nawet kojarzy kraj między Niemcami (baoma=BMW) oraz Rosją (Rosji ciężko NIE kojarzyć, bo zajmuje pół mapy) a pan kontynuuje (już w tłumaczeniu)

to wy teraz alkohol pijecie… dużo bardzo dużo alkoholu

<ja wybałuszam oczy rumieniąc się ze wstydu>

pan – z miną człowieka oświeconego, do moich dziewojek przybocznych

bo tam w Kraju Falującej Orchidei piją ten alkohol 90% w zimie… Ani wody ani kawy, ani herbaty tylko ten alkohol, bo tam jest tak zimno…

Musiałam sprostować. Chyba uwierzył (byłam trzeźwiutka jak niemowlę). Ale opinia odpowiednia dotarła nawet tutaj. No cóż, ja ją nieco nadwyrężam, jak dotąd nie zanietrzeźwiłam się nawet minimalnie.