Prawie jak w domu… słoik korniszonków…

Dziś, w celu zakupu hen fangbien (very convinient) artykułów pierwszej potrzeby zapakowałam swe opasające się cztery litery i pomknęłam chyżo niczym gazela do ostoi kultury europejskiej w tym mieście – a mianowicie odwiedziłam sklepy IKEA i Carrefour. Musiałam jakoś dojść do ładu z moją szafą i laptopem, oraz wstawaniem porannym, więc w koszyku znalazł się budzik (3.80 PLN), stolik pod laptopa umożliwiający mi zaleganie w łożu z laptopem (rozwija się we mnie tajwańskie lenistwo, kupiłam już 5 m kabla sieciowego – żeby nie podnosząc się i nie siadając na krześle, które odbija mi szczebelki na celulicie, utrzymywać łączność ze światem, oraz podkładkę z wiatrakiem, żeby mi się lapek nie zagrzał na amen od gorących moich udek i/lub słabej wentylacji na materacu), oraz materiałowy zestaw półek wieszanych w szafie (zazwyczaj plątałam się w wieszaki lub piętrzyłam ciuchy po pokoju, teraz istnieje szansa na upchanie ich tam gdzie ich miejsce

Dzięki buddom oszczednościowo-portfelowym i ich wstawiennictwu w karmę moich finansów, były ze mną 3 lokalne laski z obstawy, co powstrzymały mnie od pochopnego władowania w torbę wszystkiego co mi się podobało… :D One z rozdziawionymi paszczami patrzyły na taki sklep co ma wszędzie pokoiki (swoją drogą, kto pamięta swoją pierwszą wizytę w Ikei i nabożny zachwyt  oraz zadziwienie faktem , że można deptać-siadać-macać?) i z pewną taką nieśmiałością oraz wyraźną przyjemnością rozwalały sie na kanapach, sofach i siedziskach, rozglądając bacznie czy ich zaraz obsługa nie spionuje…

Z nadprogramowych drobiazgów – mam kubasa pojemności 0.5 llitra na chłeptanie herbatki… ouuu jeeeee :D Nie ma to jak nauka z kubasem pod nosem, trzy kubasy alias nocniki i można pół nocy zakuwać te  (biiiip) znaczki. Brakuje mi tylko fajnej lampki nocnej, żeby kręgiem światła odseparować się od świata zewnetrznego i albo skupić na nauce albo na przyjemnościach (yyyy… właśnie, książek tu nie mam!!! chyba ten czytnik kindla/kindlopodobny kupię szybciej niż zakładalam…).

Tu posiadają i stosują jakieś zryte lampki, jak nie mikrodiody oświetlające jakiś minimalny kawałek powierzchni zimnym i ciemnym światłem, to lampiszony na świetlówki… Ma być miła mała lampka z halogenem, psiakrew!  Ciepłe światło, mało grzejące okolicę!!

No cóż, lampka poczeka, do midtermów (czyli I sesji, odbywającej się w połowie semestru) mam chwilę czasu. Zresztą, w Wendzarni midtermy raczej nam miłościwie odpuszczają, lokalni muszą się zmóżdżac a białasy mają wakacje.

I na końcu Ikei, a właściwie pośrodku, na 2 z 3 pięter zobaczyłam… korniszonki. I czipsy ziemniaczane. I dżem truskawkowy. I opisane po polsku, bez chińskich krzaczorów. I aż mnie łapki zaswędziały.

Ogórki wchłonełam migiem, podczas 500 m podejścia do MRT. Były, szczerze mówiąc -obrzydliwe.