Windsurfing

Moja koleżanka TangXin pochodzi z małych wysp Penghu, położonych u wybrzeży Tajwanu, składających się na terytorium Republiki Chińskiej, ale stanowiących coś w rodzaju administracyjnego o pewnej autonomii i odrębnej kulturze. Na przykład objawiającej się umiłowaniem do owoców morza i brakiem wstrętu do spacerów…

TangXin stęskniona za swoją wysepką postanowiła zrobić rodzicom niespodziankę i korzystając z przedłużonego weekendu (po opisywanych przeze mnie szkolnych urodzinach studenci dostali bonus za niedzielne aktywności w postaci wolnego poniedziałku) i w tajemnicy zakupiła bilet, poleciała i zameldowała się w domu o 15. Ponieważ nikogo nie było, wzięła skuter i pojechała odwiedzać kolegów… Do domu wpadła mama – zarejestrowała brak jednośladu i spanikowana zadzwoniła do ojca, a o mało co nie wezwała policji. Wszak na takiej wysepce, w niewielkiej wioseczce kradzieże zdarzają się sporadycznie, jeżeli nawet nie wcale. A tu prosze, ktoś bezczelnie zadziobał skuterynkę! Spod domu!

Afera koperkowa nabierała polotu, kiedy pojawiła się znienacka kochana córeczka, robiąca swoim rodzicom niespodziankę – i sprawa ucichła… A teraz smutna refleksja – tu nie ma miejsca na okazywanie uczuć. Rodzice nie przytulają dzieci (poda pełzającymi po podłodze niemowlakami), nie całują, nie ściskają, nie chwalą, nie mówią,że są z dzieci dumni ani że je kochaja. Miłość i troskę wyrażają poprzez niustanne opeery i stawianie wysokich wymagań. A gdyby dzieciak znienacka oznajmił im, że ich kocha albo przytulił, wysłaliby go chyba do egzorcysty.

Czy wpływa to negatywnie na rozwój emocjnalny? Jakoś po moich znajomych tego nie widzę, szczerze mówiąc mają większy szacunek do rodziców niż nasze utrzymywane w podusi miłości bezgranicznej, bezstresowo chowane potwory. Starają się wielokrotnie bardziej niż znane mi polskie nastolatki, które na wszytsko kładą lagę (bo mama i tata tak czy siak kocha i wybaczy). Stają na głowach, aby rodziców nie zawieść – nie ma awantur w stylu „nienawidzę was” „rujnujecie mi życie”, buntu młodzieży jako takiego też nie ma…

A teraz o windsurfingu. Kochana Tang, wyposażona przez mamę w zapas żywności i lokalnych przysmaków dopadła mnie u wejścia do klasy, wcisnęła do ręki pudło z „czarnym ciastem” koloru karmelowo-brązowego i zakomunikowała, że ma mi tyle do powiedzenia na lanczu. A na lanczu pokazała mi zdjęcia ludzi z „mojego kraju”, którzy przybyli na jej wysepkę z okazji Mistrzostw Świata w Windsurfingu Juniorów. A potem z duma oznajmiła, że wiedziała, która flaga jest moja i nawet zrobiła sobie zdjęcia z surferami z mojego kraju (miedzy innymi). Następnie z jeszcze większą radością i ekscytacją poinformowała, że jeden reprezentant mojego kraju wygrywa jak dotąd (mówiła She, ale chińsko-języczni notorycznie mylą rodzaj męski i żeński, więc nie należy deklaracji cudzej płci brać poważnie i sprawdzić co ów he/she naprawdę ma … no, wiadomo gdzie).

A chwilę później – że ona też chce spróbować bo to taki cool sport… Good luck Tang, biorąc pod uwagę ze nie umiesz pływać, a na siłowni maszynki do kształtowania mięśni ramion omijasz szeroooookim łukiem :D trzymam jednak za nią kciuki, bo Tajwańczycy to fajny naród, uparty i wytrwały w dążeniu do celu. A polska ekipa juniorów faktycznie rozgrywa zawody na Wyspach Penghu, do końca tygodnia. I Polak, Paweł Tarnowski jest na czele stawki. Trzymam zatem kciuki

A teraz njus z ostatniej chwili. Miałam trzęsienie ziemi. Tu się trafia czasem, jak to w rejonie aktywnym sejsmicznie – znowu znienacka roztelepał mi się telewizor ustawiony na lodówce. I zanim załapałam co się dzieje – przestał się telepać. I całe szczęście, bo mógł spaść i się rozbić ( a ja musiałabym sprzątać….). Mało kto zarejestrował to doniosłe zdarzenie, więc myślałam, że to może jakieś roboty drogowe lub cięższe auto, ale Żorżetta telefonicznie mi potwierdziła – tak, to było trzęsienie. Phi, jakieś takie małe/cytat/

Faktycznie, w lutym i czerwcu było gorzej:


http://losyziemi.pl/tajwan-silne-trzesienie-ziemi-57-km-od-kaohsiung-magnituda-5-9/

a jak takie większe ( ale nie z tych super mocnych) wygląda?



Należy wówczas w tempie natychmiastowym udać się na zewnątrz i nie wracać do domu, spać na ulicy – póki nie uspokoją się i wstrząsy wtórne. Póki co – śpię spokojnie, nic się nie trzęsie, chmur zwiastujących wstrząsy (owszem, istnieje takie coś, system naturalnego ostrzegania sejsmicznego) nie zauważyłam.

Kanon piękna

Wyjeżdżając do Azji, z pozycji osoby o urodzie dyskusyjnej awansowałam do miana „prawdziwej piękności”, i cieszyłam się jak żaba w deszcz… Dopóki nie zobaczyłam, kto również ze mną się znalazł  w urodowym panteonie, wtedy mi przeszło. W Polsce pięknością nie jestem, mam potencjał ale jakoś nie mam zaparcia do rytuałów związanych z układaniem włosów, nakładaniem kosmetyków itp. Jest jak jest, lepiej nie będzie, jak ci się wersja RAW nie podoba to trudno.

Dlaczego trafiłam do panteonu? Bo jestem biała, mam jasne oczy i nie ociekam tłuszczem. A, i mam mały nos. Tak naprawdę bowiem , w przeciwieństwie do kultury zachodniej, mocno zindywidualizowanej, w Azji istnieje kolektywny zespół kryteriów wyznaczających piękno kobiety. I jest on WSPÓLNY. Nie jak u nas, ten lubi pomarańcze a tamten jak mu stopy śmierdzą, czy „każda potwora znajdzie swego amatora”. O nie, tutaj istnieje zbiorowy pęd ku jednemu- obowiązującemu- kanonicznemu wizerunku piekna.

Co ciekawe, ilość schodów do pokonania w drodze do urodowego nieba (a nawet standardu kobiety eleganckiej i zadbanej) jest sporo mniejsza niż w Europie. Azjaci nie odkryli jeszcze biznesu na konieczności skorygowania tego i  owego…

(A mnie powalił mój kolega, sam wizualnie i osobowościowo powiedzmy wątpliwego uroku – najpierw jakieś 10 minut wymieniał wszelkie kryteria jakie idealna kobieta spełnić musi, od mądra, znająca języki, dobrze wychowana, zgrabna, duży  nieobwisły biust, poprzez – zgrabny pępek, wydepilowany rowek, brak halluksów po – no i paznokcie u stóp musi mieć pomalowane, na ciemne bordo albo czekoladę, bo mnie brzydzą takie niepomalowane albo jasne… WTF?!?)

Co ideał powinien mieć? I jak to się ma do naszego postrzegania?

- od góry idąc: puszyste włosy, najlepiej nie-czarne. Puszystość jest trudno osiągalna, tutejsi ne lubia się kąpać… albo na skomplikowane albucje nie mają czasu. Poza tym azjatycki włos jest gruby i mocny, nawet niemowlaki mają mocniejsze kudełki niż ja… Nie czarne – bo czarne mają wszyscy, a już delikatnie brązowe bez farbowania to jest coś!! Farbowanie w Azji polega na wielokrotnym katowaniu fryzury bardzo mocnym rozjaśniaczem i kończy się efektem rdzwo-brązowym (choć widziałam i zielone i niebieskie i nawet jakieś emo w negatywie, ufarbowane na kolczasty platynowy blondzik…), więc mój mysio ciemny blond, z pasemkami robiącymi się tak po prostu od słońca robi furorę

- duże oczy, z podwójną powieką (europejski standard), ciemne i kształtne brwi. Azjatki masowo sobie fundują operacje plastyczne korygujące powieki i usuwają tzw fałdę mongolską, bo ich naturalne są ciężkie i jakby opuchnięte – co w Europie mi się kojarzy z seksownym spojrzeniem Marylin Monroe, takim z lekka zmrużonym, sugerującym – bierz mnie tu i teraz mrrrauuu. A jasne oczy, które tutaj usiłują osiągnąć soczewkami koloryzującymi (zazwyczaj z upiornym efektem) białasy mają  tak po prostu ( ja trochę cierpię - jasne tęczówki i zwrotnikowe słońce, to nie jest dobry mix…). Brwi i rzęsy z kolei mają tu mizerne, jakieś takie zazwyczaj jasne, niezbyt wyraźne, rzadkie, no fuj. Co więcej, medycyna tradycyjna sugeruje, że regulacja brwi poprzez wyrywanie osłabia nerki, więc albo mamy nieregulowane, albo – zgolone i narysowane/wytatuowane ( ale to z rzadka). Królują sztuczne, doklejane rzęsy oraz specjalne naklejki do podklejania powiek, a porady – jak zrobić sobie duuuuuże oczy biją rekordy oglądalności na jutubie.

-jak najjaśniejszą skórę. O zakupie samoopalacza można zapomnieć, instytucja solarium wywołuje wielkie zdziwienie. W rejonie silnej operacji słońca wiadomym jest, że śniadość jest nieuchronna. Ale obiektem pożądania jest karnacja trupio wręcz biała, porcelanowa, spotykana tylko u porcelanowych Chinek z północy. Co ciekawe, obrzydliwie prześwitujące spod bladej skóry żyły są tutaj „śliczne”, a kupienie kosmetyków nie-wybielających jest możliwe chyba tylko w najtańszych sklepach. Reszta posiada obowiązkowo składniki pomagające osiągnąć odcień alabastru. Nota bene, widziałam taką konkretnie wybieloną Chinkę. Równie ponętna jak Michael Jackson. A to, że po ulicy w słoneczny dzień przewala się armia parasolek oraz dziewcząt i kobiet odzianych w kurteczki założone tył na przód (misja – chronić dekolt i ramiona przed zabójczym UVA UVB !!!), a nawet zasłaniających sobie ciemię np teczką na laptopa  - już nie dziwi, aczkolwiek na początku z lekka bawiło. Podobnie jak takie wynalazki:

I jeszcze jeden detal – tutaj w modzie jest „shiny skin”, skóra błyszcząca. Puder matujący -zdecydowane nie, koniecznie coś co się nazywa ”rozświetlacz” i ma zapudrowanej buzi nadawać zdrowy połysk. Podobno bardzo trudny do uzyskania… nie wiem, mi się tam buzia świeci od rana do wieczora, połysk ma wręcz lustrzany (zwłaszcza, kiedy się trochę intensywniej poruszam i spływam potem)

- mały,sterczący nosek. Nie kinol Cyrana, ale też oczywiście zupełnie odmienny od śmiesznych, płaskich nosków Azjatów (szczerze mówiąc, właśnie w tym kraju ludowa mądrość „jaki nos taki k…s” jest stuprocentowo prawdziwa, i tu i tam nie wystaje za wiele…). Ale ! jest na to rada – oprócz rzecz jasna skalpela… Roller do nosa! i klips na noc. Poważnie… Intensywne masowanie i spłaszczanie spinaczem ma pomóc uzyskać wymarzony kształt, ja powstrzymam się od testów.

- wąska buzia i broda w szpic, tzw Vline. Jeżeli go nie masz – trzeba się maskować fryzurą dziewczynki z Ringu, albo paluchami (patrz notka wcześniej).

Do tego S line – w miare wystający biust i pupa (tak naprawdę – efekt staników push-up a posladki – po prostu są, w Azji grasuje bowiem wirus płaskiego tyłka, który zainfekował jakieś 99,9% populacji) oraz chude nogi. I voila ! jesteś pięknością!

Azjatki olewają problemy

*krzywych zębów (efekt uboczny posiadania małej bródki, szczęka jest niezbyt wielka, zęby się nie mieszczą w linii zgryzu i rosną jak im się chce, ten na Maroko a tamten celuje w Orinoko)

* widocznej próchnicy i ubytków (ale zęby wybielają… past wybielających jest masa)

* widocznych metalowych plomb nawet w zębach przednich

* wad postawy – od garba, poprzez wybite biodra, koślawe kolanka i ogólną iksowatość kończyn, krzywe żebra, haluksy itp

* braku umiejętności chodzenia na obcasach – rezultat powyższego zlewania wad postawy, mając krzywe nogi trudno chodzić prosto na 10 cm szpilach. Obcasy muszą być – jak się ma 150 cm wzrostu to wiadomy jest trend do „chcę być wielka”, jak się ma krótkie i tłustawe nóżki, najłatwiej je wysmuklić nie ćwiczeniami a szpilką, już od 15 zł

* cellulitu - nie wiem czy nie wiedzą, że istnieje, czy też pragmatycznie go ignorują, bo w tym klimacie przez większą część roku gania się w szortach, i to jakich!! Takich ledwodupek to w Polsce bym nawet na wakacjach nie założyła…

* depilacji – wąsik jest nawet uznawany za wyznacznik atrakcyjności seksualnej, a golenie pach i nóg nie jest jakąś szczególną koniecznością. Fakt, że w większości owłosienie lokalsów jest powiedzmy śladowe, ale mimo wszytsko, na początku zwłaszcza krzaki w pachwinach budziły w mnie pewne emocje. Obecnie korzystam i biorę rozwód z woskiem i zyletką :D

Summa summarum. Zdjęcie uznawanej za piękną -to ta po lewej, oraz średnio ładną (po prawej). Piękna Mindi ma białą cerę, w miarę duże oczy, wąski nos i pociągłą buzię. I jak dla mnie wygląda jak szczur.  Ale – naprawdę dziewczyny nie mogły i nie chciały mi uwierzyć, kiedy delikatnie tłumaczyłam, że koło ładnej to Mindi stoi, a sama powinna nie wychodzić z domu bez papierowej torby na twarzy. Cóż, o gustach się nie dyskutuje…

Tutaj przegląd standardowej urody tajwańskiej, są brzydsze i ładniejsze a to średnia

Słit focie! Pozowanie po tajwańsko-azjatycku

W zeszłym roku po nawale fotek jakie wysyłałam mailem z tego nad wyraz interesującego kraju, jak echo padło ze wszystkich stron – o co chodzi z tymi palcami V? Palce ułożone w V-ke miało bowiem 90% osób tłoczących się przed obiektywem… I nie ma to żadnego związku z wygrywaniem, ze znakiem pokoju, czy słynnym gestem mającym upamiętnić pewnego nie mniej słynnego elektryka pochodzącego z Polski… Po prostu -tak jest fotogenicznie, może to być też uśmiech i wyraz radości ze faktu pozowania… Nie wiem, po prostu, tak każe tradycja i Mistrz Konfucjusz pewnie też (by kazał, gdyby w jego czasach pstrykano zdjęcia wszystkim i wszystkiemu a potem hurtem wrzucano na fejsa…)

Szukając jakiegoś kulturowo- socjologicznego wyjaśnienia tego fenomenu (tak, lubię z miną znaffcy wszechrzeczy który zgłębił tajniki wszystkiego szpanować wiedzą, a czasem wciskać ordynarny kit niekumającym słuchaczom… Staram się pracować nad swoim charakterem ale nie zawsze się udaje) znalazłam artykulik, mówiąc o azjatyckim standardzie 28 (a nawet 90) typowych póz przybieranych do zdjęć. To o 27/89 więcej niż azjatyckich pozycji do seksu!!!

Otwiera go V-ka, oczywiście. V-ke mozna mieć w okolicy policzka, w okolicy brzucha, a podwójną Vką przymaskować zbyt pulchne policzki albo trądzik tamże. I bedzie klimatycznie i kawaii…

Wariację V-ki czyli „króliczek”, V-ka ze zgiętymi paluchami spotkałam raz i nie wiem czy to był jakiś gwałt na tradycji, czy omyłka czy jełopa nie wiedziała co z paluchami zrobić..

A teraz trochę historii, i jak to z większością azjatyckich wynalazków i zwyczajów – Vka pochodzi od białego człowieka… konkretnie od łyżwiarki Janet Lynn, która podczas pokazu na Igrzyskach Olimpijskich w Sapporo w 1972 upadła, a do fotoreporterów pokazała (zamiast najbardziej prawdopodobnego dziś fakersa) znaczek V (victory) i piękny promienny uśmiech… Japończykom spodobała się oznaka silnego ducha i walki do końca mimo przeciwności, więc masowo zaczęli kopiować pozę Amerykanki… Obecnie 99 na 100 zapytanych młodych ludzi V-kujących do zdjęcia nie będzie już wiedziała co, po co, na co, dlaczego i skąd…

Miejsce 2 Chomiczek (wrrrrrrrrrrrrrr grrrrrrrrrrrrr !!!!!)

Cytat ze skośnookiego bloga Walerianki

Żadna szanująca się Azjatka nie może przejść przez życie, nie robiąc sobie zdjęcia z nadmuchanymi policzkami (Boże, jak to brzmi!). Zresztą i niejeden Azjata nie poczuje w życiu pełni bez takiego zdjęcia w albumie. Jak to zrobić? Po prostu zamknąć usta i wpuścić nieco powietrza z płuc do jamy ustnej. Nie uśmiechać się, bo powietrze uleci i będzie się wyglądać jak ćwierćinteligent!

Koniec cytatu. Efekt – ja kiedy widzę chomiczka i jego wersje rozwojowe wcale nie uważam żeby był kawaii, cute, ke ai (可愛), adorable, uroczy i jeszcze w jakim celu te kretynki sobie robią taką krzywdę… Ja widząc te oczka wybałuszone, te polisie naburmuszone, te usteczka w ciup wywinięte, mam ochotę wziąć w swe ręce karzący młot sprawiedliwości i tłuc nim po facjacie póki nie zmieni się w krwawą miazgę, lub model/modelka nie nabierze nieco rozumu i nie przestanie wyglądać jak rozkapryszony dwulatek proszący się o przetrzepanie pampersa… Niestety, u dziecka jeszcze jest to zdzierżalne (aczkolwiek z trudem i swędzącymi rękoma), to widok starszych osób z taką pseudosłodziaszną mimiką naprawdę podnosi mi ciśnienie i wywołuje marzenie o zesłaniu „chomiczków” a zwłaszcza „chomiczek” do krainy filmów dla dorosłych, do sekcji w której aktorzy biegają w lateksowych kostiumach, w maskach z suwakiem w miejscu ust, a nader często powietrze przecina świst pejcza… Ou yeeee…

Dlaczego „chomiczek” jest taki popularny? Azjaci kochają małe wąskie bródki, takie w szpic. Jak takiej nie masz, nadmuchaj policzki, twoja kwadratowa szczena bedzie wydawała się mniejsza – tak zapewne pisze w tutejszym Bravo Girl…

3. Kotek, fachowo określany jako nyang nyang

czyli miau!miau! w języku obcym azjatyckim. Polski Mruczek z tutejszym Mikanem się nie dogada bez tłumacza, ale przejęcie słodko-uroczo-mdlącego stylu kotka ze Szreka odbyło się piorunem. Mutacja „chomiczka” mi działa na nerwy na równi z nadmuchanym gryzoniem…

4. Łezki – kolejna odsłona chomiczka

Mająca za zadanie przerobienie osoby pozującej na modłę uroczo rozkapryszonego bobasa z pulchną buzią i odętymi usteczkami. Do tego duże oczka i paluszki przyłożone mniej lub bardziej poziomo do policzków, imitujące płynące z oczu strugi szczerze zasmuconych łez. Reakcja moja – jak wyżej, plus kop w tylną część ciała w celu wysłania takowej osoby w stratosferę, gdzie będzie mogła popłakać i ogólnie pomyśleć nad swoim postępowaniem… Nota bene bardzo popularna poza, niestety, ma nadawać (bez większych jednak sukcesów) wygląd sweet cute kawaii nawet największej krowie z najtempiejszym ryłem…. eeeech ( o kanonie piękna i kawaii tutaj będzie niebawem…)

5. Okejka

Ponoć w niektórych krajach Azji takie kóleczko oznacza pieniądze… Cóż, kolejny argument na poparcie tezy że kobiety to materialistki…

6. Salut

Żeby chociaż wykonany w minimalnie poprawny sposób, w okolicznościach predestynujących do salutowania…

7. Różki

Nie powiem. NIC. Ale u nas dorabianiem różków(na zdjęciach) zajmuje się zazwyczaj nieopodal stojący kolega/koleżanka, a tu mamy kraj -zrób to sam :D ?/jak jest z dorabianiem regularnych rogów – nie mam pojęcia… pewnie w ogóle nie znają pojęcia „rogacz” albo „jeleń”

Inne wariacje to :pokazywanie paluchami ( ciekawe kiedy włączą hajhitla w zakres obowiązkowych wygibasów do-zdjęciowych), strzelanie z pistoleta, robienie tzw V-line na twarzy (dwie dłonie złożone w V obejmujące buzię, robiące iluzję szczupłego liczka poprzez zasłonięcie nadmiaru objętości i rozciągłości).

A najgorsze jest to, że nawet nie można takiego walnąć prosto w nochal… bo nawet to na zdjęciach opatentowali :(

A któregoś dnia ładnie się wystroję w tutejsze słodkie ciuszki, machnę sę słodziaszny makijaż z 10 warstw, taki lokalny a następnie dam się sfotografować we wszystkich sugerowanych przez wujka googla azjatyckich pozach. Aha, zanim zrobię powyższe, zdrowo się uchleję :D … I któregoś dnia, poranka lub wieczora w świat trafi moja wersja 50 azjatyckich propozycji pozowania

 

Chyba nawet mam kandydaturę fotografika, który mi tą sesję zrobi :D  A znając możliwości i brak litości dla świata – efekty będą :D

Wpis klimatyczny

W Kaohsiungu jest zajebista pogoda. Niebo błękitne z delikatną tylko mgiełką smogu, słońce praży a ja moczę nogi w wodzie z lodem bo mi gorąco.

Nade mną wisi pudło od klimatyzatora – alias wynalazku szatana, wtyczkę wyjęłam pierwszego dnia z kontaktu na 220V (normalne kontakty typu na TV/ładowarkę/wiatrak/komp/inne  są na 110V, i mają dokładnie takie same wąskie szczelinki jak kontakty amerykańskie – innymi słowy wymagają przepinki zwanej też chyba przełączką albo adaptorem). Z ciekawostek – z azjatyckiego na europejski przepinka kosztuje 5 zł. Odwrotna, czyli dla białasa – od 15 w górę. Dziękuję Wojtkowi, który mi swoją pożyczył :D

Klimatyzatora nie włączam. Powodów jest wiele. Po pierwsze – nie lubię, od suchego powietrza robią się zmarszczki, zapchany nos i zapalenie zatok. A także soczewki przyklejają się do przesuszonych oczu – a chwilowo użytkuję jeszcze przywiezione z Polski Focus Dailies, wyjątkowe badziewie jak dla mnie (nie jestem w stanie wytrzymać w nich dłużej niż 6-8 godzin, bo oczy pieką i puchną, mam problemy ze zdejmowaniem i nigdy więcej nie kupię tego ponoć zaawansowanego technologicznie produktu).

Po drugie, Tajwańczycy klimatyzatorów nie dezynfekują, więc po jakimś czasie jest to zakamuflowana wyrzutnia grzybów a nie wyznacznik luksusu… Nie zmieścił mi sie do tobołków spraj do czyszczenia i dezynfekcji, zresztą nie planowałam zakupienia za ok 50-100zł psikacza do wyręczania właściciela (od początku planowałam klimy nie włączać)…

Po trzecie, Gilem który mieszkał tu przede mną nie może być z żadnej strony uznany za pedanta i czyściocha. Sam przyznał, że podłogi mył dopiero jak zaczynało śmierdzieć spoconą stopą lub kiedy się z lekka do marmurów przyklejał, a klimatyzatora nawet nie przetarł z zewnątrz. Nic dziwnego, że miał plagę karaluchów…

A jak wygląda taki tajwański klimatyzator? Zdjęcia zeszłoroczne, z gonienia sprzątaczki/menadżerki/i nawet dyrektora zarządzającego do roboty przy naszych białych szanownych osobach.

A oto panorama boskiego pokoiku, gdzie przyszło nam żyć w międzynarodowym luksusie:

W tym roku trochę większy pokój z jasnymi meblami i dużym oknem mam dla samej siebie… mam też duuuuuże podwójne łoże z materacem (każdy, to choć 3 minuty próbował się przekimac na stole przykrytym cienką karimatką zrozumie mój entuzjazm dla 20cm materaca ze sprężynami)… Michał twierdzi, że Daya ma zajebisty standard jak na sushe czyli akademik, ale nie załapał jednego – to nie był z nazwy akademik a International Apartments… :D A co do akademika…

Akademik Wendzarniowksi jest darmowy. I mieści się na terenie szkoły. I tutaj kończą się zalety.

-posiada rozdzielnopłciowe piętra

-posiada pokoje czterosobowe z łazienką

- z łazienki czasem (często) wieczorami dolatuje romatyczny smrodek, więc usypianie jest utrudnione (tak mówi mieszkająca w akademiku Japonka Saori, weteranka internatów i mistrzyni w dojeżdzaniu do szkoły rowerem z górskiej wioski – także zimą)

- w pokoju na osobę przypada pół szafy i 3/4 szuflady… serio. Nie wiem jak sobie rozdzielają, ale tak właśnie każdy mieszkaniec 宿舍 deklaruje swoją pojemność magazynową.

- do łóżek wchodzi się po drabinie… bo sa zlokalizowane nad biurkiem połączonym z szafą i komodą

- istnieje obowiązek bycia na terenie akademika max o 22.30 co nieco ogranicza życie towarzskie

- obowiązkowe jest także zgaszenie światła o 23…

- o poranne wstawanie dba wmontowany na stałe w obudowę łóżka buzik, ogłaszający upiornym TIDIDIDIDI że oto nadszedł nowy świt…

- tym właśnie upiornym bladym albo nawet ciemnym świtem do pokoju wchodzi UWAGA!!! KONTROLA CZYSTOŚCI i sprawdza, czy ładnie poukładałeś bety na noc/po nocy w przepisowej połowie szafy i 3/4 szuflady, czy umyłeś zęby i czy pozamiatałeś okruszki (jak na kolonii w latach szczenięcych… a to w sumie dorośli ludzie, od 18 lat w górę)

- i jeszcze jedno. Klimatyzator jest – na karty…. poważnie, zanim wsadzisz wtyczkę do kontaktu, musisz wetknąć w czytnik specjalną kartę, odmierzającą cenne kilowaty. Kartę musisz oczywiście kupić… i nie daj bóg, że się dolary skończą w środku nocy – bo okna nie można uchylić, więc duchota może zabic…

Podobny numer funkcjonuje w salach wykładowych – wiatraki są gratis, ale zimny nadmuch już nie, i każda klasa posiada swoją składkową kartę, do której zakupu przymusza grono pedagogiczne, lubiące wykładać w komfortowym chłodku… TangXin cos wspominała, że jej klasa się próbowała buntowac (rzecz na Tajwanie niezwykła ponoć), bo mieli dość wydatków, a i bez klimy studenci przeżyją… Nic z tego – nauczycie wręcz wmusili w nich zakup klimokarty… A teraz wyobraźcie sobie moją mine, kiedy słuchałam tych rewelacji, i jej – kiedy załapała, że my, białasy z HuaYuZhongXin mamy to w standardzie i ja własnie się dowiedziałam, że istnieje taka a nie inna procedura uzyskiwania zimnego (wręcz lodowatego)podmuchu, przez który siędzę w klasie w czapce na głowie i opatulona w dwa (bo wiecej nie mam) swetry…

No cóż, mi pozostaje sobie walnąć na umilenie życia piwko. W akademiku nawet tego im nie wolno (podobnie jak grania w madzonga, nie wiem czemu)

Szkolne urodziny -文藻生日快樂

文藻生日快樂!!!

Co roku w październiku Wendzarnia obchodzi urodziny, a z tej okazji organizowany jest pikniko-kiermasz, połączony ze zbiórką pieniędzy na cele dobroczynne. O zeszłorocznych obchodach pisałam tu, dziś zaś wbiłam się w tą samą słynną zieloną sukienkę (tak dokładnie tą samą co na 70% zeszłorocznych zdjęć :D) i podreptałam na rozrywki.

Moi koledzy i koleżanki z klasy zaprosili mnie na swoje narodowe „szoł z tańcami” więc poszłam… i się z lekka zdziwiłam. Spodziewałam się gejsz i tańca z wachlarzami a tymczasem – był Naruto, Sailor Moon i OnePiece i w miare rytmiczne machanie rączkami z obrotami. Nie można mieć wszystkiego, ważne że nie śpiewali (niestety, śpiewać każdy może ale nie każdy powinien, zwłaszcza do mikrofonu…)

Trójeczka w środku to moi classmates :D

Był pokaz gry na indonezyjskich instrumentach ludowych, wyglądających jak nieco jak suszarka do prania, a dźwiękiem przypominających fletnie pana i harfę w jednym.

Był Francuz udający gejszę i grający na trzystrunowej gitarce, odziany w kimono i sandały z Decathlona. Wyglądał tak sobie, ale głos miał miski i przyjemny do mruczenia czegokolwiek po japońsku.

Były śliczne dziewczynki z Indonezji, wykonujące taniec narodowy z talerzami. Nie wiem jak im się udało ich nie potrzaskać, zwłaszcza, że nie były nijak przyklejone… W sumie jest to i u nas taniec narodowy, tylko zamiast takiego sexy stroju a’la pomocnica św Mikołaja, nasze kobiety ganiają po kuchni w fartuchach.

Wszytsko zaś przebił Taj, doktorant Biotechnologii i Żywienia, który odziany w narodowe szatki odtańczył „Zaloty Pawia”. I szczerze mówiąc, jako zalotny paw był idealny – ruchy miał zaiste pełne gracji i feromonów trzaskających w powietrzu, z oczu wykrzesywał takie kurwiki, jakich u Azjaty jeszcze nie widziałam ( a i w Polsce z rzadka), i gdy tak zachęcająco- podrywowo uśmiechał się do żeńskiej publiczności – widać było, że każda ona chce być jego kurką :D Niestety, bez piórek ocena poleciała znacząco w dół. Po pierwsze dlatego, że mogłam na niego swobodnie spojrzeć z góry bo wzrostu miał całe tajskie 165… Po drugie, prawie ukończony doktorat nie ukończył mu trądziku młodzieńczego (częsta przypadłość Azjatów), więc niestety, opryszczony był jak polski czternastolatek… Ale za to, w przeciwieństwie do reszty – kontaktowy i śmiały :D

Ale i tak był zajebisty :D Zwłaszcza że naprawdę fajnie i płynnie nawija po angielsku :D W tym roku postanowiłam sobie odpuścić stoiska z ciężkozjadalnym żarełkiem, balonami, piciami i innymi. Co ciekawe, zostałam spostrzeżona przez Konsti (która w zeszłym roku opiekowała się nami jako studentami z wymiany), WYŚCISKANA!!! I WYCAŁOWANA!!!… Ominął mnie też (bo już studentem z wymiany nie jestem) obowiązek przedstawienia czegoś tam – natomiast spora część moich szkolnych znajomych została zmuszona do publicznego upokorzenia się na gruncie muzycznym (jak ujęła to Węgierko- Niemka Alex – let’s not talk about it, OK?) i zaśpiewania (khem khem) jakiegoś szlagieru ku uciesze Azjatów… Alex z zazdrością spoglądała na mnie, siedzącą sobie i robiącą zdjęcia (obiecałam jej tylko, że nie uwiecznię i nie upublicznię tego widowiska jakie z siebie musiała zrobić)

Dzień niestety zakończył się nieco boleśnie – zapomniałam przed wyjściem posmarować się kremem z filtrem, i teraz (a jest wczesne popołudnie) poparzone nogi i plecki pieką mnie intensywnie, a o okładzie z kefiru mogę tylko pomarzyć…

Zakupowe wpadki i wypadki I

Pierwsze hardkorowe zakupy na wyczucie odbyłam w Finlandii. Hardkorowe – tzn takie, gdzie z napisów i etykiet rozumiałam tylko cenę w EUR. Stanowczo za wysoką zresztą. Ale tam byłam pod opieką Satu, mówiącej biegle po angielsku i fińsku, która szybko korygowała moje wyobrażenia – na przykład o tym, że serek z ananasem na pudełku wcale tego ananasa nie ma w składzie, to tylko dla dekoracji. Albo żeby tego mleka stojącego koło Danonków lepiej nie ruszać bo to jakiś przetworzony produkt renifera i w smaku może być nieco nietypowy…

Potem był Budapeszt – ale tam efekty globalizacji i ekspansji koncernów wewnątrz Europy były widoczne, tzn na etykiecie pisało coś dziwnego, ale uśmiechała się z niej truskawka i jogobella.

Natomiast tu można przeżyć ciężkie momenty. Po pierwsze - etykiety są po chińsku. I to w całości. Innymi słowy- nazwa firmy, nazwa produktu, skład, zastosowanie. No dobra, czasem dają po angielsku. A czasem obrazkowo, dla większych tłuków. (Angielski czasem bywa zawodny…)

No więc oprócz masy obrzydliwego żarcia, które na opakowaniu wyglądało tak smakowicie a okazało się być np wifonkiem słodko-kwaśno -ostrym, wafelkiem bez czekolady, płatkami nie owsianymi a jakimiś nasionami z zabójczą nutą zapachową, udało mi się :

- wymyć sobie zęby świeżo kupionym klejem do protez. Słabo się pienił, a poza tym kilka dni później znalazłam wersje opakowania z instrukcją obrazkową i zrozumiałam zdziwione spojrzenie pani z kasy. W przeciwnym wypadku psioczyłabym nadal na słabą jakość produktów Made in China

- wyprać majtki i inne ciuchy w płynie do naczyń „Biały Miś”. Tutaj praktyczniejsze są płynne chemikalia, bo proszek się we wszechpanującej wilgotności strasznie zbryla, więc wziełam coś, co wg mnie miało byc proszkiem w płynie. Potem, po dłuższej rozkminie nietypowej nuty zapachowej i niebywałej sztywności ubrań oddałam się kontemplacji opakowania i dotrzegłam zdradziecki rysunek szklanek i talerzyków

- zamiast płynu do płukania zastosować odplamiacz i dziwić się że wonieje chemią a nie rysowanymi na opakowaniu owocami

-odświeżyć powietrze kostką na karaluchy…

- kupić przysmaczek do podgryzania ( z długiej półki z serii zdrowe chińskie jedzonko) – opisany po angielsku jako pestki arbuza o zapachu anyżu/lukrecji – szkoda tylko że słony jak diabli!!! Słony w ogóle się loklasom ze słodkim nie gryzie…

i wiele innych, pewnie będę pisać na bieżąco :D

Ofiara na ołtarzu chińskiej medycyny tradycyjniej

Chyba każdy słyszał o medycynie chińskiej? Tak, tak… Właśnie to: igły, ucisk punktów energetycznych, zalecenia dietetyczne równie enigmatyczne jak te dawane przez Mistrza Yodę, trochę medytacji nad kuchnią 5 przemian…

Pierwsze spotkanie z tradycyjną wiedzą Chińczyków w praktyce odbyłam w Polsce. Tak naprawdę nie wiem, czy to była wiedza chińska, japońska, wietnamska czy inna, czy taki megakombos, dość że efekt był wymierny.

Od dziecka się garbiłam, lata biegania i forsowania w poszukiwaniu przygód zrobiły swoje (nurkowanie, latanie, wspinaczka, i milion innych nie należą do sportów polecanych przez ortopedów). No i oczywiście moje słynne lenistwo, i zgubiona kartka z ćwiczeniami od ortopedy, i zamiłowanie do polegiwania w ciepłym łóżeczku plus kilka mało taktownych komentarzy mojego ex pod adresem ćwiczenia w porze porannego piania kogutów…

Słowem, wymówek na zaprzestanie ćwiczeń miałam wiele. A potem, po sezonie nurkowym i wariackiej przeprowadzce od ex (jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy mnie wtedy wspomogli!!! bez was w 4 godziny bym dobytku nie zebrała) kręgosłup powiedział dość – strzelił w sposób uznawany za powszechnie obraźliwy i zaczął boleć dniem i nocą. Z pomocą przyszedł mi kolega, dał namiar na rehabilitanta, który postawił mnie na nogi a kręgosłup spacyfikował. Co prawda po pierwszej wizycie parę dni się potykałam, bo nagle miałam nogi tej samej długości i musiałam się przyzwyczaić do tego że pupa mi już nie faluje zalotnie, a za to zahaczam o wszelkie nierówności terenu, które dotąd bezwiednie omijałam. Efekt podrywowy zbliżony, zmiana w targecie – zaczęłam przciągac takich, co chcieli się bezradną słabiutką sarenką zaopiekować… A kręgosłup przestał boleć, nawet fajki odstawiłam na parę miesięcy tak po prostu…

Wyjeżdżając na Tajwan Pierwszy nie planowałam wizyty w klinice, zakładając optymistycznie, że jest OK to i tak będzie, siłą woli i rozpędu… No ale spanie na stołach (jak ujął to pan masażysta – spanie na boku mnie krzywi!!! mam spać na plecach, ewentualnie na brzuchu to nie będę taka krzywa, że żal patrzeć!!), plus targanie bagaży (prawie takich jak ten mój z lotniska KTW – o radosnych przygodach na trasie KTW->HKG tutaj), plus łażenie w japonkach bez wkładek masująco-prostująco-korekcyjnych, no i wylądowałam na kanapie u chińskiego doktora.

Doktor doktorem nie był, ale na robocie się znał. Co prawda bezobciachowo stwierdził (a cała klinika słuchała, bo on mówił do tłumaczki a tłumaczka do mnie), że prowadzę się skandalicznie, piję za dużo alkoholu i kawy, jem nieregularnie i w ogóle mój organizm jest już mną zmęczony… Ale jak mnie przeprostował i natarł jakimiś smarowidłami (po których z pokoju nawet karaluchy uciekały, a Katarzyna miała krzyż pański)- to pomogło… A ja byłam pod urokiem jego dłoni – bo miał takie dobre ręce…

Są tacy ludzie, którzy jacy by nie byli brzydcy, to się o tym nie pamięta. Pan masażysta urodą nie grzeszył, miał długie włosy, ostro-ptasie rysy twarzy, obrączki i bransoletki z nefrytu i innych kamieni, pazury na kciukach i małych palcach zapuszczone chyba na pół cm, zęby ułożone jakby trafił na to opakowanie Listerine co robi prawdziwe tornado w buzi… Ale kiedy mnie zaczął naciągać – szczerze mówiąc, dosyć boleśnie, rozciągać, naciskać, a nawet nakładać bańki – to jakoś miałam to gdzieś. Miał dobre ręce, wcale nie pedalsko delikatne, ale temu dotykowi można było zaufać, i pozwolić na dociągnięcie własnej stopy w okolice krzyża albo brody… Nawet bym się z nim ożeniła, jakby tylko co wieczór i poranek mnie takimi rękami masował :D

Jak dotąd nie trafiłam bowiem na chłopaka z dobrymi rękami. To może powód, dla którego chłopaka nie mam? Niestety, jeszcze żaden nie miał albo takiej delikatności, albo takiej siły wewnętrznej łamane przez pewność i żaden nie wywołał tyle zaufania, żeby dać się pomasować w problematycznym odcinku kręgosłupa. W moim odczuciu albo zamiast masażu jest takie kizianie ni w pięć ni w dziewięć, albo jakieś takie drewniane mają ręce i nie potrafią wyczuć jak i gdzie nacisnąć. A jak już naprowadzę co i jak, to też jakoś czuć nie wiem – niechęć, dystans, dotyk na odpierdol – dość że ten masaż prawdziwym masażem nie jest, a takim bele czem (już mata shiatsu z M1 za 349PLN wykazuje większą empatię i zaangażowanie…). Bo do masażu trzeba mieć rękę, talent – sama teoria i warsztat nie wystarczy… Jak z robieniem laski… Albo się to umie i czuje bluesa od początku albo nie ma co kombinować, bo efekt i tak nie będzie zadowalający (tzn – jest miło, ale dupy nie urywa, terapeutyczne działanie znikome)

W tym roku od razu udałam się w gościnne progi kliniki, jako że dreptanie po Monachium i ogólnie niekomfortowa podróż zrobiły swoje. Więc udałam się na poszukiwanie balsamów i innych chińskich ziołowych specyfików mogących załagodzić bolesność w okolicy miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

W klinice nie zastałam pana zeszłorocznego, jak mnie poinformowano -już nie pracuje. Zamiast niego dostałam się pod opiekę chłopczyka (na oko, prawdopodobnie był ciut młodszy ode mnie albo w podobnym wieku), który chyba bał się, że mnie uszkodzi, więc ustawiał kostki bardzo delikatnie. Szczerze mówiąc, byłam chyba pierwszym białasem pod jego kuratelą, a prawdopodobnie pierwszą białą laską, bo dosyć intensywnie plotkował na mój temat z koleżanką, po tajwańsku (to jeszcze inny język, z którego nie rozumiem ani słowa, a miejscowi w znakomitej większości używają równolegle z mandaryńskim) całe szczęście moja koleżanka czekająca w poczekalni świnią nie była i przekazała mi w skrócie przekminy obojga terapeutów, pokładając się ze śmiechu.

Teraz będzie wtręt, kanibalistyczno -międzyludzki. Wspominałam już, że Azjaci w znaczącej większości nie są w moim typie. Natomiast właściwie wszyscy faceci od 10 do 60 lat mają zajebistą skórę. Nie chodzi o cerę, o zmarszczki/koloryt/zapach itp. Chodzi o to, że kiedy patrzę na azjatyckie losowo wybrane przedramię, to mam ochotę je zjeść, gryźć i przeżuwać, bo konsystencją wizualnie przypomina mi budyń, albo ptasie mleczko, generalnie coś dobrego. Skóra jędrna i napięta, w dodatku  ani nie koścista łapa, szczupła i drobna ale bez widocznych żył, ścięgien i włosów, trochę jak rączki dzieciaków ale mniej pulchne. Normalnie bym się w takiej azjatyckiej męskiej skórze tarzała :D (damska nie budzi aż takich emocji, to normalne że kobiety są delikatniejsze i miękkie). Oczywiście, aby nie budzić zgorszenia, takie wyznanie powinnam zachować dla siebie, a w żadnym wypadku nie informować właściciela takowej budzącej moje zdrożne chęci powłoki cielesnej, bo scukanie na amen połączone z zaszyciem się w sobie na najbliższe 50 lat murowane…

No więc- pan masażysta na czas masażu jakoś sprytnie manewrował, że cały czas właściwie trzymał mnie za rękę, albo gdzieś w okolicy swojej dłoni miałam jego ramię – chyba po to w zamyśle, żebym go mogła ścisnąć kiedy zaboli, zamiast kopniakiem posłać na ścianę i przy okazji pozbawić możliwości płodzenia następnym pokoleń tudzież zębów. Więc z przyjemnością nadotykałam się – a jak!

Niestety, wczoraj pana nie było, była pani. Troszkę mnie to zasmuciło,  ale szczerze mówiąc – robotę zrobiła lepsza niż miękkoskóry kolega.

Jak wygląda taka sesja?

-Najpierw w kasie płacę 30 PLN a pani rejestratorka  na karteluszku ze szkieletem zaznacza jakiś to rejon mego ciała zasłużył na zabieg.

- Potem czekam w poczekalni, mam do wyboru – oglądanie ichniego Klanu/wiadomości/reklam/telezakupów, albo przyglądanie się innym pacjentom (w większości w wieku mocno emerytalnym) i stanowienie tzw atrakcji turystycznej, bo każdy chce wiedzieć skąd jestem (tekst „Z Polski, to taki kraj pomiędzy Rosją i Niemcami wygłaszam już odruchowo i bez zająknięcia), co tu robię itepe.

- Dogłębną inwigilacje przerywa pomocnik nr 1, który prowadzi mnie na kozetkę A, gdzie podłącza mnie do aparatusa od masażu gorącymi kamieniami. Aparatus lokuje się na zaznaczonej na karteluszku części ciała i włącza na zazwyczaj 12 minut. Aparatus nie dość że grzeje, rozluźnia, masuje w zmiennym tempie to jeszcze chyba z lekka razi prądem ( ja  tak to odczuwam, ale to może zbawienne bioprądy?), aczkolwiek momentami mnie z lekka boli (bo krzywa jestem i niezrelaksowana)

- Kiedy budzik przerwie aparatusowe pomrukiwania i naciskania, pomocnik nr 2 prowadzi mnie na kozetke B, gdzie wykładam się pupskiem do góry a miła pani ugniata i naciera, od karku po kość ogonową. Ostatnio tam mnie natarła, że chyba się mi usnęło, co poczułam dopiero kiedy się solidnie uśliniłam i musiałam się zbudzić w celu otarcia :D

- Potem następuje mniej lubiana część, ustawianie stawów w pozycji właściwej. Jak dotąd robione po łebkach… W Polsce Pan Grzegorz miał inną technikę, przy której mój kręgosłup -recydywista strzelał z oburzenia i wskakiwał na swoje miejsce. Tu ciągle brak mi zdecydowanego klik, oznaczającego konkretny efekt terapeutyczny.  I cały czas jestem w stanie wymacać minimum 2 miejsca gdzie znajduje się wyraźne przemieszczenie względem reszty … No cóż, zapewne wszystko w  swoim czasie.

- Potem pani przykłada bańki próżniowe w dziwnych miejscach – niektóre bolą mniej, inne bardziej, i ruszyć się nie można, nawet po nosie podrapać przez następne 10-20 minut.

-Potem bańki się zdejmuje, przykleja aromatyczny plaster (mój jest skrzyżowaniem zapachu poczekalni dentystycznej i kostki rosołowej) i won do domu!!!

Jak wyglądałam po zabiegach?

Tak:

Od razu wyjaśnię – to żółte to zbawienny i leczniczy osad po plastrze z kostki rosołowej :D a kropki są po bańkach próżniowych, tam gdzie ciemniejsze, to albo silniej przyssana albo mocniejszy stan zapalny i więcej tzw złej krwi.

 

A tu uzupełnienie do wpisu o śmieciarkach – z okna zrobiłam focie pana od odpadów eko, i zbierania worów z surowcami wtórnymi.

Mopliki i pierdziawki kontra zdobycze techniki, czyli o komunikacji w mieście

Po mieście poruszam się na piechotę, co budzi zdziwienie Tajwańczyków, którzy preferują transport mechaniczny. Anegdota mówi, że do najbliższego 7/11 jeżdżą na skuterkach… Jest to o tyle interesujące i budzące moje zdziwienie, bo:
1) seven eleven albo inne convinient stores są rozlokowane co około 500 m (ja w zasięgu 3 minut marszu mam przynajmniej 2 sztuki 7/11 i 1 Family Mart)
2) zaparkować pod takim sklepem zazwyczaj jest równie łatwo co w Galerii tuż przed gwiazdką albo świetem narodowego grillowania
3) convienient store to nie Makro, więc kupuje się tam rzeczy proste i potrzebne akurat teraz, typu przekąska, kawa, ciastko, prezerwatywy, papierosy i alkohol. Siat dźwigać nie trzeba…

No ale potrafię się wytłumaczyć, pokazuję moje śmieszne bujane butki MBT i wyjaśniam, że chodząc w magiczny sposób trenuję mięśnie i dbam o linię (dbanie o linie jest narodowym sportem Tajwanek). A że linię jeszcze mam całkiem niezłą (TFU TFU!!!) to jest to wytłumaczenie, które przyjmują ze zrozumieniem i łykają jak młode pelikany farmazon o 200m spaceru mogącym wyrzeźbić ciało bogini.

Tytułowe pierdziawki to skuterki, alias -podstawowy rodzinny środek komunikacji. Ze względu na klimat – całoroczne, tanie w utrzymaniu i tankowaniu (paliwo tu kosztuje ok 3 zł/litr, a za piątaka to można jeździć i jeżdzić). Co można takim skuterkiem przewieźć? Ano
- 4 osobową rodzinę
- mamę z dziećmi i zakupami
- psa rasy labrador wraz z właścicielem ( i przy okazji zaliczyć spacer, który wygląda tak: pan na skuterze jedzie chodnikiem 5km/h a pies na smyczy biegnie koło skutera jakieś 100 – 200 m po czym wskakuje na skuter i można wracać. A na skrzyżówaniu podczas postoju można od razu psie siusiu z kupką załatwić – stąd też konieczność uważania na pola minowe w okolicy świateł)
-parasol ogrodowy i drabinę
- wyposażenie przenośnego warsztatu wulkanizacyjnego
i wiele wiele innych.
Na skuter trzeba mieć prawo jazdy, choć mnie jako białasa nikt o to nie pytał kiedy takowy wynalazek wypozyczałam. Ale żeby jeździć po Kaohsiungu skuterem musiałabym być zdecydowanie bardziej w głowę walnięta niż jestem,konkurencja porównywalna z jazdą rowerem po Igołomskiej od Kombinatu na Pobiednik. A ja kocham życie!!)

Moplik to taka mała ciężaróweczka, troszkę większa od melexa, będąca tu powszechnym środkiem transportu cargo. Normalne ciężarówki też się znajdzie (wielkości Stara czy Jelcza, a TIRów nie widziałam, ale należy pamiętać, że mieszkam w mieście). Era miniaturyzacji objęła tu prawie wszystko – bo roboty drogowe robione są naszymi BobCatami, takimi jakie u nas stosuje się do kopania rowów na działkach podmiejskich. I co ciekawe idzie im to szybciej i sprawniej niż u nas z pomocą cięzkich sprzętów.

Po mieście na dłuższe dystanse poruszam się autobusem, z klimatyzacją! i urzekającą dekoracją wnętrza.

Autobusy jednakże mają jedną wadę – jeżdżą powoli i na okrętkę, grzęznąc w korkach, więc aby przebić się na przykład nad morze albo na lotnisko, albo ogólnie gdzieś dalej, należy skorzystać z metra (MRT), nowoczesnego i ładnego, z podwójnymi drzwiami – szklane tafle odgradzają tory od peronu i rozsuwają się po zatrzymaniu pociągu, anonsowanego stosowną melodyjką. MRT ma jedną wadę – nie wolno w nim jeść, pić, żuć gumy (za to mnie solidnie jakiś pan opieprzył, aczkolwiek mogło się skończyć karą rzędu 500 zł), a z zalet – ma zajebiste stacje, niektóre z witrażami, mozaikami, wodospadami i innymi atrakcjami – serio, aczkolwiek poziom artystyczny zupełnie inny niż w Moskwie.

Aga pytała mnie, czy nie ma sapiących dziadków i hanterskich babć. Są. To znaczy – starsze chińskie panie, może i lekko przyślepawe i gabarytowo zbliżone do krasnala, pogarbione i pokręcone wiekiem- potrafią perfekcyjnie wyczaić wolne miejsce na drugim końcu autobusu i podreptać tam krokiem gejszy w tempie, jakiego nie powstydziłby się Ben Johnson, albo inny sterydowy sprinter z Jamajki. A to że tutejsi nie mają obciachu z charkaniem i popluwaniem, to inna bajka, idzie się przywyczaić (a niedługo chyba zacznę im wtórować).  Z kolei śmierdzieli innych bezdomnych rozsiewaczy feromona nie zauważyłam. I jak dotąd nie spotkałam też żadnego natrętnego Rumuna co będzie grał na harmonijce i zawodził o dwadzieścia groszy na mleko i bułkę.

Ogólnie muszę przyznać – Polska unijno europejska znowu daje ciała po całości…

A na zakończenie – taka właśnie dekoracja autobusu powitała mnie, gdy przyleciałam tu 14 września.

Czy ten blog jest o dzwonkach?

Dzisiejszy wpis jest dedykowany niejakiemu Z. z miasta niemal nad morzem, który właśnie takie pytanie mi zadał, patrząc na nazwę.
Chcecie bajki, oto bajka, chcecie dzwonka – może być i dzwonek :D Więc będzie trochę o szkołach na Tajwanie… Ale tylko trochę, bo znaffca tematu ze mnie średni.
Wspominałam chyba, że moja uczelnia jest szkołą prywatną i językową, należącą do sióstr Urszulanek? A wspominałam, że w jej gościnnych murach (i przy okazji drogich jak !!! %#&!!!) znajduje się jednocześnie HuaYuZhongXin (czyli szkółka językowa dla obcokrajowców), Junior High, Senior High i jeszcze College i Junior College, będący czymś absolutnie tajwańsko – wyjątkowym?

Łatwo to zauważyć na terenie szkoły

-uczniowie  Junior High School śmigają w obrzydliwych mundurkach (plisowane kiece w kratę, koszulka z indywidualnym numerem legitki na kieszonce na piersi, mniej lub bardziej plaskatej, białe podkolanówki i buciory gwarantujące płaskostopie oraz grzybicę) i włosy jeszcze do niedawna strzygły obowiązkowo w model xigua (czyli arbuz) – z grzywką po brwi, reszta czupryny nie dłuższa niż 2 palce poniżej końca ucha

- uczniowie Senior Highschool mają elegantsze wdzianka – chłopcy granatowe poliestrowe spodnie w kantkę do których z uporem maniaka zawdziewają na przykład brązowe mokasyny (yyyhhhh), a dziewczynki stylizowane na wdzianka stewardess ołówkowe spódniczki plus czółenka na delikatnym obcasiku (te w początkowych stadiach edukacji chodzą w nich jak paralityczki, pogięte jak paragrafy, te starsze albo się nauczyły tej trudnej sztyki, albo obcasy mają celujące w każdym możliwym kierunku…)

- Studenci Junior College również śmigają w podobnych mundurkach, plus – smaczek doskonale znany każdemy, kto studiował i miał WF. Na WF też mają mundurki, dresowe gacie z poliestru plus koszulka polo w kolorze właściwym dla „departamentu” alias klasy specjalnościowej. Powiem tak, najczęsciej w tym mundurku sportowym śmigają cały dzionek, tydzień nawet – bo często włócząc się po mieście, nawet dosyć daleko od Wendzarni, widzę charakterystyczne koszulinki…

- Studenci College nie noszą mundurków. Ale obowiązuje ich przestrzeganie pewnej normy w zakresie ubioru, dla ułatwienia (szkoła prywatna, więc z poziomem intelektualnym i kwestią analfabetyzmu wtórnego bywa różnie…) wywieszonym w formie obrazkowej przy wejsciach…

-Białasy z Huayu ZhongXin z kolei wyróżniają się zazwyczaj kolorem skóry, nieazjatyckością i ogólnym lekceważeniem dla owego obrazkowego regulaminu. Jakby ktoś sie czepił, zawsze mogę powiedzieć, że nie rozumiem. Albo opanować zwrot – założe te cholerne pełne buty, ale to pan/pani będzie mi wąchał stopy po całym dniu…

To tyle o szkole w zarysie:D

Junior i Senior High School to odpowiedniki pi razy drzwi naszego liceum i gimnazjum. Ale żeby nie było, że tu ino kopiowanie hamerykańskich wzorców, ambitni Tajwaje wymyślili Junior College. Jest dłuższy od standardowego High School o rok, trwa 5 lat i kończy się egzaminem uznawanym w sumie za poziom prawie jak licencjat… I wprowadza spore zamieszanie na świecie, bo jak tu taki smiszny dyplom traktować?

Ale miało być o dzwonkach. Ponieważ moja szkoła ma te wszytskie pod-szkoły, to ma też i dzwonki. Ale na innym Uni też jakiś dzwonek słyszałam, więc chyba jest to ogólno-tajwańskie. Zresztą lokalsi moją opowieść o tym, że u nas wykładowca kończy zajęcia wedle własnego widzimisię, potraktowali z lekkim niedowierzaniem, co potwierdza tezę o powszechności dzwonków

I nie są to byle jakie DRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRRR, zresztą, jak udostępniłam nasz standardowy dzwonek to się krzywili niemiłosiernie. Bo oni mają takie coś:



Fajne? A jakie długie? Kiedy jeszcze musiałam chodzić na zajęcia w ramach wymiany, to podczas tego dzwonka potrafiłam przybiec ze szkolnej kawodajni (200m) i wbiec po schodach na 3/4 piętro i uchetana jak dzika kobyła zając miejsce… Potem zaczęłam się spóźniać (bo upocone plecki plus szalejąca klima to niezbyt szczęsliwe połączenie), ale sentyment do dzwonka pozostał :D

A żeby było ciekawiej… Tu co rano dzieciarnia parę minut przed ósmą gromadzi się na placu apelowym w rzędach i szeregach, i odspiewuje hymn państwowy. U nich przyjanmniej nie będzie problemu „z ziemi wolskiej do wolski” czy jakoś tak…

A hymn mają miły dla ucha – tu wersja propagandowo-dziecięco- kolorowa. Mi się podoba



i wersja z  ładnymi kolorami i nieco inną aranżacją:



Niedowiarkom mówię – tu naprawdę tak jest..i dlatego właśnie nie umiałam w Polsce zapomnieć o takiej pięknej wyspie… Więc kiedy zdecydowałam się na emigrację edukacyjno – terapeutyczną, to tylko tu.

 

(fotki mundurków wrzucę jak zrobię, bo na razie mi lasencje nie chcą pozować – chyba się wstydzą…)

Przejęzyczenia – 對不起我的中文不好

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest skoczna piosenka dotycząca kompetencji językowych, którą śpiewaliśmy (no dobra – wyliśmy na różnych poziomach gwałcenia dobrego smaku i poprawnej wymowy…) na zajęciach w ramach nagrody bonusowej.



Klip zaczyna się od scenki rodzajowej (przetłumaczę bo napisów na tą część nie przewidzieli):

Lokals (L) – Hej, Amerykanin, zapraszam!! [Tytułem komentarza - każdy białas jest Amerykaninem lub ewentualnie Francuzem albo Niemcem, a każdy śniady to Hiszpan lub Meksyk :D nawet taki ewidentnie śniady z haczykowatym arabsko- indyjskim nosem]

Białas (B) Nie jestem Amerykanin tylko Angol i poproszę spanie.

L: ooo, pan bardzo zmęczony? chce pan spać?

B: nie chcę !!! Jestem głodny!!! i chcę zjeść spać!!!

L (domyślny, szybko zatrybił, widać nie pierwszy raz taką sytuację przerabiał): aaaa pierożki!!!

B (kulturowo obyty): Pokornie proszę o wybaczenie bo nie śmiem spojrzeć w twe oczy/Przepraszam, mój chiński nie jest dobry…

Teraz – o źródle tej pomyłki. Chiński jest językiem miauczącym. Znaczy, posiada tony, w liczbie 4+1. I te tony są cechą dystynktywna, prościej – zmieniają znaczenie… Czasem diametralnie, np

mǎi 買 (kupić) i mài 賣 (sprzedać).

A w piosence rzecz kręci się wokół sposobów na wymowę shui jiao, czyli 水餃 (Shuǐjiǎo) vs 睡覺 (Shuìjiào). Innymi słowy, łatwo nie jest, w brzuchu ci burczy i marzysz  o pysznym pierożku z mięskiem, a zdziwiony kelner podaje ci poduszkę i kołderkę… :D

NO dobra, w knajpie raczej bez względu na tony zakumają co ci w duszy gra… Aczkolwiek  moja słodka i urocza Ye laoshi uznała za stosowne uraczyć nas urban legend albo mrożącą krew w żyłach historią o tym, do czego prowadzi zlewanie tonów, zwłaszcza jeżeli jest się białasem płci męskiej (laoshi nie lubi białasów/czarnuchów/innych pastowanych i niedomytych płci męskiej, z kolei oni darzą ją uczuciami gorącymi i nieodwzajemnionymi).

A było to tak. Jeden pan polazł se do chińskiej knajpy i ujrzawszy tam śliczną* kelnerkę nie trybiącą w barbarzyńskich narzeczach typu basic English postanowił być miły i szarmancki i zamówienie złożyć w języku lokalnym.  Zapytał:

Yi wan shui jiao duo shao qian?

I zaliczył liścia. Dlaczego?

On chciał zapytać po ile półmisek pierogów 一 碗水餃 是多少錢?(Yī wǎn shuǐjiǎo shì duōshǎo qián?)

Ale powiedział coś co najbardziej podobne było do było do:

一晚睡覺 是多少錢? ( Yī wǎn shuìjiào shì duōshǎo qián?) czyli ile za noc spania ( w domyśle – z tobą, śliczna kelnereczko, dostarczycielko żarełka i innych rozkoszy…) Taki malutki niuansik, a potem buzia boli, oj boli, bo tutejsze dziewoje niby takie słodkie i bezradne i ogólnie słabiutkie ale jednak przywalić potrafią…

Innym niuansem, z którego bezlitośnie podśmiechuje się TangXin jest moje qing wen, które z rzadka wychodzi z 4 tonem a częściej z drugim, w związku z tym zamiast – czy mogę zapytać/pytanie retoryczne alias zwrot grzecznościowy poprzedzający przejście do rzeczy w rodzaju -od gdzie kupiłaś tą bluzkę po jak dojść do przystanku/czy masz fejsbuka i czy się ze mną ożenisz :D…

W każdym razie moje qing wen z rzadka jest tym właściwym qing wen, częściej (ponieważ to pytanie, narzucające ton drugi, wznoszący) proponuję że kogoś powącham lub pocałuję (ton trzeci)… Cóż, ćwiczyć ćwiczyć ćwiczyć i liczyć na wyrozumiałość, bo jak mi ktoś podstawi np stopkę do obwąchania albo szczerbatego buziola do ucałowania (aczkolwiek, ze względu na awersję lokalsów do publicznego ściskania i zacieśniania znajomości o jakiekolwiek ocieractwo, mogę być raczej spokojna, młodzi się scukają a starsi zaczną śmiać)…

Idę ćwiczyć tony i śpiewać pod prysznicem —- dui bu qi wode zhongwen bu hao (swoją droga, ciekawe kiedy sąsiad nie zdzierży i każe mi się zamknąć, czyli kiedy wrażliwość muzyczna zwycięży grzeczność?)

 

* Śliczna – pojecie mocno względne, i zależne od ilości wypitego trunku. Dla mnie tutejsze dziewczyny ładne są rzadko, najczęściej mają za mocny makijaż, krzywe nogi, anorektyczne łydki i szczęki proszące o pilną interwencję ortodonty. Ale dla facetów są śliczne – bo drobne, dziewczęce, odziane w skąpe szorty i buty na obcasach. Uwagi umyka już fakt, że chodzą na obcasach jak ostatnie kaleki. No ale percepcja jest totalnie zmienna w zależności od płci i poziomu rozwoju emocjonalno-kulturowego…