Moon Festival

Święto Księżyca, przypadające na pełnię,15 dnia 8 miesiąca księżycowego, to jedno z najważniejszych świąt w kulturze chińsko- tajwańskiej.  Tradycja nakazuje spędzić je z rodziną przy suto zastawionym stole, dodatkowo puszczając fajerwerki.

Legenda o genezie obchodów tego dnia jest taka: Czytaj dalej

Bliskie spotkania z przyrodą

Na Tajwanie przyroda rozwija się bujnie – klimat wilgotny, gorący sprzyja kwitnieniu wszystkiego. Stąd w grudniu zamiast łysych gałęzi z soplami na drzewach liście zielone i kwiaty (właściwie, to jak tylko jedne opadły, zaraz pojawiały się nowe, jeszcze bardziej kolorowe), stąd przepyszne grzyby w ilościach, barwach i smakach trudnych do opisania ze względu na różnorodności (od razu mówię – przepyszne), stąd węże w górach, pająki wielkie jak pięść, myszy, ryby i inne.

Koło Wendzarni płynie sobie romantyczny ściek, dalej przechodzący w Ai He – Love River. Nazwa romantyczna, pochodzi od niezliczonej ilości kochanków, którzy w przeszłości, na skutek matrymonialnych decyzji rodziców i swatów mieli zostać rozdzieleni i w związku z tym wybierali samobójstwo w nurcie tej właśnie rzeki. Swoją drogą, trzeba było mieć zaparcie, aby próbować się topić w wodzie głębokiej na jakieś 40 cm, z minimum metrową warstwą zielonego szlamu… Czytaj dalej

Ebitsuri

Moja tajwańska koleżanka przyjmuje znajomych z Japonii, w jej gestii leży organizowanie im czasu wolnego. Ogólnie Japończycy urocze istoty – ze wszystkiego się cieszą i władają lokalnym językiem na tyle, żeby poruszać się samodzielnie po mieście.

Dziewczyna nie pochodzi z KHH, dopiero tu przyjechała zacząć studia i usiłuje się odnaleźć w nowym, wielkim mieście. jest to o tyle trudne, że do tej pory mieszkała na wyspach Penghu, gdzie do szkoły pływa się łódką, a więcej niż 3 skutery i 2 samochody napotkane w ciągu godziny świadczą o niebywałym natężeniu ruchu ulicznego.

Tak więc wesoła gromadka jest jakby turystami w KHH i to ja mam największą znajomość miasta… Wczoraj wybyliśmy na „normalną” kawę (w 7/11 podają szczynowate popłuczyny z instantu) nad jezioro Smoka i Tygrysa, taksówką bo nie wiedziałam jakim autobusem się tam doczłapać. Kawa spełniła zadanie – postawiła skośne oczka w słup i nadała energię, pęd i kierunek na imprezową nockę.

Dziś też zabrałam ich na kawę, tym razem wietnamską, jeszcze mocniejszą a potem poszliśmy na Ebisuri. Pod tą nazwą kryje się wizyta w lokalnej spelunie 18+, będącej skrzyzowaniem kasyna z basenem. W stronę automatów nawet nie zerkneliśmy, natomiast po odczekaniu do 13 ( niektórzy pamiętają, że to magiczna godzina, w PRLu o tej porze zaczynała się legalna sprzedaż alkoholu) w palącym słońcu (nie chciało nam się zasiadać w jaskini hazardu) zapłaciliśmy, zajęliśmy miejsca dookoła basenu z wyjątkowo paskudnie wyglądającym roztworem szlamu i bakterii pełniącym funkcję wody i nadciągnął Mistrz Ceremonii.

Nie wyjmując szluga z ust wręczył każdemu z nas: pojemniczek z robalami oraz wędkę, fachowo nawlekł haczyki i polazł w siną dal.

Nożeż w mordeż, łowienie ryb w klimatyzowanej hali??? czegoż to skośniaki nie wymyślą…

Więc zarzuciłam wędzisko, a za mną moi japońscy koledzy ( standardowym prawem bladej twarzy obsłużono mnie z honorami na początek, białas wszak to gość podnoszący rangę lokalu i czekać nie możę) i po 3 minutach kontemplowania wnętrza zalatującego mordownią z każdego kąta usłyszałam wrzaski Japończyków, a spławik kolegi zanurzył się pod wodę jakby go jakiś rekin chwycił. Obstawiałam Koi, czyli karpia w kolorach tęczy a tu niespodzianka….

Na końcu wędki dyndała krewetka, z niebieskimi szczypcami zresztą… Taka ze 20 cm długa.

Krewetę wpakowano do wiaderka i oddaliśmy się polowaniu… Sama złowiłam 3, jedna za drugą, summa summarum po godzinie zabawy pan kazał nam oddać wędki, bo czyniliśmy zdumiewające spustoszenie w zasobach bajorkowatego basenu. I teraz zaczęło się najlepsze… Świeżutkie i przebierające łapkami skorupiaki Mistrz Ceremonii nadział na szpilę ( 3 szpikulce właściwie, bo złapaliśmy chyba ze 40 szt), posmarował solą i wsadził do opiekacza, gdzie usiłując się ewakuować z piekącego gorąca rumieniły się na miły oku kolorek łososiowo-różowy. Do smaku piwko (3.50 zł) i tak oto obiad w dniu dzisiejszym załatwiony :D

Za jakieś 20 zł od łebka zabawa na 3 godziny zapewniona, w dodatku wyżerka gratis … Szkoda, że u nas nie ma takich atrakcji :D

Za chwilę mykam do sklepu zakupić Vifonowe racje żywnościowe, gdyż prognoza pogody wieszczy objawienie się super-tajfunu Jelawat w piątek. Zaiste, biorąc pod uwagę częstotliwość ziewania (po szklance kawy – siekiery) – jest to prawdopodobne. Ogólnie jakaś taka z waty dziś jestem, jak po solidnej dawce Aviomarinu- i najchętniej walnęłabym się spać…

A ebisuri muszę powtórzyć :D tym razem nie obcinając się z sączeniem piwka przy basenie

Michał

Dziś poznałam pierwszego Polaka :D Tzn poza mną…

W zeszłym roku wraz z moją siostrą-bliźniaczką syjamską stanowiłyśmy zgrany tandem nierozłącznych wrednych Polek, w tym roku myślałam, że sama będę reprezentować Kraj Falującej Orchidei, ale już na wstępie poinformowano mnie, że istnieje jeszcze jeden przedstawiciel mej nacji.

Przyjęłam to nieco sceptycznie, azaliż Poland, Holland,Russia i inne takie – prawie to samo, ale…  Czytaj dalej

Co zrobić, kiedy miska z pierogami niespodziewanie ucieka sprzed nosa?

Tajwan leży w pasie aktywnym sejsmicznie, więc raz na czas trafia się większe trzesienie ziemi. Mniejsze zdarzają się właściwie ciągle, więc miejscowi je ignorują. Właściwie jak dotąd raz zdarzyło mi się zarejestrować jedno odczuwalne, ale- jako osoba pochodząca ze stabilnego tektonicznie kraju – zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.

A było to tak. Siedzę wraz z Kasiko w makaroniarni, wcinam swój pseudorosołek z makaronem i zielonymi pierogami, i nagle czuję, że miska mi się przesuwa. Więc groźne łyp na Kasiorka, czemu kopie w stoliczek i zabiera mi tym samym makaron spod pałeczek???Przecież i tak niezbyt biegła jestem w sztuce dziamdziania patyczkami, i mi spada, a tu taki paskudny numer głodnemu wycinac?!? Skandal!!! Czytaj dalej

Majia gong zhu – Księżniczka Madzia

Imię jest ważną częścią człowieka. O tym czy w jakikolwiek sposób determinuje osobowość czy sukces w życiu – jestem coraz bardziej przekonana. Chińczycy mają w tej materii zdecydowanie bardziej przegwizdane niż Polacy. Po pierwsze, nie istnieje u nich coś takiego jak polska „lista imion”, więc trzeba się zmóżdżać. P drugie, z uwagi na to, że dzieci mało, imię musi być wypasione na maksa, aby od epoki pieluch i smoczka determinowało wielkie efekty wysiłku i niebagatelnej kasiory wpakowanej w wychowanie potomka. O ile na kontynencie zdarzają się imiona w rodzaju „Zdobywca Kosmosu” czy inny „Pogromca Imperialistycznych Świń”, na Tajwanie trochę mniej zdziwiają, aczkolwiek moja nauczycielka japońskiego miała na imię Meili – Piękno/Piękna. Faktycznie, śliczna była i urocza.

Nie ma zatem problemu pięciu Kasiek w jednej klasie… No chyba, że to klasa angielska. Otóż – aby ułatwić obcokrajowcom nawiązywanie kontaktów i uniknąć krępujących „przejęzyczeń” (kto ma świadomość istnienia tonów, ten wie jakie to skomplikowane, o przejęzyczeniach będzie później, ale bardzo łatwo można przerobić (niezamierzenie) imię na inwektywę z rodzaju – wstętna małpa czy śmierdząca stopa), Chińczycy zaczęli używać też „English names”. I wówczas w jednej klasie może trafić się – ze 3 Mary- Kate, 4 Cherry, 2 Susan i 3 Marków. O ile Tajwańczycy używają imion równolegle ( i czasem mają ze 3 angielskie imiona, w zależności od humoru, nastroju i momentu życiowego rozdroża), to w Hongkongu w metrykach stoją znajomo brzmiący Adamowie i Evy, a tradycyjne chińskie imiona są w mniejszości.

Jeszcze jedno. Standardem jest, że Tajwańczycy mają 2 sylabowe imię + nazwisko (1 sylaba), na kontynencie z kolei w ramach oszczędności papieru i tuszu (oraz dla ułatwienia zadania słabopismiennym masom chłoporobotniczym) całość ma 2 sylaby. Nazwiska z kolei są ze sztampy. Istnieje 10-15 głównych rodzin, i np.: 8 panów LI i 10 pań HSU w jednej klasie to norma… Aha, kobiety tutaj nie zmieniają nazwiska po zamążpójściu, natomiast w Japonii jak najbardziej. Jedynym odstępstwem od reguły będzie zmiana na szpanerskie, zachodnie… Bo wszak Smith brzmi lepiej niż Lin, przynajmniej w skośnych uszach.

Każdy obcokrajowiec dostaje swoje chińskie imię, żeby tubylcom też było łatwiej. Albowiem wymówienie na przykład – Felicitas, Katarzyna, Magdalena czy Guillame może być problemem. Zwłaszcza ten ostatni, obdarzony przez rodziców chyba 5-członowym imieniem, z których to pierwsze za diabła nie dało się wymówić tak jak on by sobie życzył (poddałam się po 33 próbie).

Konkretnie kiedy na pytanie jak mam na imię padała odpowiedź Magdalena, Tajwańczycy robili wielkie oczy i dławili się po Maaaaa…… Na pełne, dwuczłonowe imię wraz z nazwiskiem pytali czy to z tytułem honorowym i skrótem biografii ( bo chińskie słowa raczej należą do tych krótszych). Oczywiście, zanim nauczy się taki biały/czarny tępak wymawiać swoje chińskie imię, też bywa zabawnie (patrz wredna małpa i kwiatowy pies), no ale…

Moje imię wymyśliła nauczycielka, patrząc na formularz zgłoszeniowy. Więc efekt finalny był nijak nie podobny do oryginału. Potem dowiedziałam się, że moje imię jest wiejskie, odpowiednie dla starszej pani i w ogóle to brzmi kontynentalnie. No cóż.

Stąd nowe, podobne do mojego (瑪嘉 wymawia się mniej więcej Madzia, 3 ton/1 ton, bez większego hardkoru), ale i tak zamotałam nieco sprawę, więc legitkę drukowano mi dwa razy. I nadal jest trudne do wymówienia i zapamiętania, a ponadto, jak to określiła koleżanka, brzmi aborygeńsko. Aborygeni to obecnie modna grupa etniczna na Tajwanie, więc może być.

Postanowiłam sobie zatem machnąć pieczątkę. A jak. W Polsce nie ma takiego parcia – pieczątki firmowe muszą być, ale exlibrisy albo całkowicie prywatne pieczątki uchodzą za lekką ekstrawagancję. Natomiast w krajach azjatyckich to konieczność. Pieczątkę musi posiadać każdy obywatel, który chce np założyć konto w banku. A że na parterze mojego domu mieści się punkt grawerunkowy do kluczy, breloczków i innych, to po 3-godzinnej konwersacji via Google translate zostałam właścicielką swojej własnej piecząteczki w preferencyjnej cenie :D

A podczas klepania towarzyskiej konwersacji wyszło, że Google moje chińskie imię tłumaczy jako PRINCESS :D

W ogóle pieczątki wywodzą się ze starej tradycji uwierzytelniania dokumentów odciskiem palca. U nas analfabeta sygnował trzema krzyżykami, tam klepał linie papilarne. I w ogóle zabawna rzecz- bez pieczątki dokument jest nieważny… Z kolei rangę w hierarchii urzędowej wyznacza ilość przyklepanych stępelków, stąd (ponoć, nie widziałam a słyszałam) szczególnie ważne dokumenty są opieczętowane od góry do dołu, a nawet dokleja się osobną kartkę na dodatkowe jeszcze więcej pieczątek.

Tymczasem moja pieczątka pieczołowicie schowana czeka na kolejną klasówkę ze znaczków, kiedy to zamiast biedzić się jak ja do jasnej ciasnej się nazywam, po prostu przywalę stempelek i będę myśleć jak by tu napisać to co chcę napisać…

Xiang gang 香港

Zdjęć tegorocznych z Hongkongu nie będzie. Powód – notkę wcześniej. Skleroza nie boli, ale trzeba potem kombinować.. Kiedy ogarnę wstawianie zdjęć, wrzucę kilka słitaśnych z zeszłego roku.

 

W ogóle udało mi się cudem zdążyć na samolot. Miałam niby 2 godziny przerwy pomiędzy lotami, ale…

Lotnisko w Hongkongu ma kształt sporaśnej litery Y. Samoloty lądujące dokują się w lewym górnym rogu, stanowiska pobrania kart pokładowych i odprawy znajdują się w ogonku, a właściwie w samym jego dole, a poczekalnie dla odlatujących pasażerów umieszczono logicznie – w prawym górnym rogu tejże wielkiej litery.

Pomiędzy tymi punktami krąży kolejka – najbardziej wypasione metro jakie ukazało się mym oczom ( rok temu wraz z Gąsienicą spędziłyśmy dłuższą chwilę na rozdziawianiu paszczęk na widok podwójnych przeszklonych drzwi oraz czyściutkich nowiutkich wagoników (miałyśmy więcej czasu na turystykę, więc jako te owce błędne z zadupia Europy importowane wytrzeszczałyśmy okrągłe oczęta na wszystko).

Oprócz kolejki funkcjonuje też system taśmociągów (czyli ruchomych schodów nie jadących pod górkę), a w dodatku przewala się pomiędzy tym wszystkim dziki tłum Azjatów wszelkiej maści plus nieco białasów plus śliczne panienki z kontroli zdrowia. Panienki odziane w obowiązkowe maseczki skanują tłum skośnymi oczkami i wymyślnymi aparatusami, co ma wykryć sarsa, ptasią grypę i inne bakterie.

Po zlokalizowaniu panienki od informacji „kaj tera poliźć” usłyszałam „I am afraid…

(i zaczęłam się bać, bo Chińczycy naród uprzejmy, nie mówią NIE, tylko w taki właśnie nie-wprost sposób przemycają info mocno niekorzystne).

No i dowiedziałam się – zapierdalanko na drugi koniec lotniska, bo jedne i drugie chińskie lotnicze nie mogą się mieścić w jednym miejscu ze względów prestiżowo-politycznych, więc tajwańskie wyekspediowano jak najdalej. Odstałam swoje w kolejce (szczerze zdziwiona, że z racji mej białej skóry nie wyłowiono mnie od kopa, nie rozwinięto czerwonego dywanu i nie obsłużono z orkiestrą i konfetti), i po jakimś dłuższym czasie trafiłam przed śliczną Chineczkę w różowym mundurku, która z trudem niejakim dukając po angielskiemu jakoś próbowała ode mnie uzyskać informację czemu nie zdałam walizki i jeżeli ją zdałam, to co to za manele targam na swym wiotkim ciele?

No cóż, miły pan w Katowicach przymknął oko na na 3 kilo nadbagażu w walizce głównej (wzruszyła go moja historia o przeprowadzce na rok i konieczności posiadania odpowiedniej ilości szpilek, pudrów i innego szpeja) oraz na całkowicie nieregulaminową pod względem gabarytu i ilości liczbę tobołków podręcznych, w tym 10 kilo plecaka turystycznego, laptop z papierami (kolejne 5 do 8 kilo) i jeszcze aparat, i kurtka i polarek…. Panu z KTW serdecznie dziękuję!

Ale Chineczka (niewtajemniczona w machloję pana z KTW) rozdziawiła oczy, ja przestałam rozumieć w jakimkolwiek języku poza polskim, więc summa summarum musiała skapitulować… :D i tak oto obwieszona tobołkami dostałam kartę pokładową z miejscem przy oknie. Po pólgodzinnym targowaniu się w kwestii logistycznej nadszedł czas na rączy kłus do stanowiska kontroli bezpieczeństwa…

Kolejka standardowo wiła  się jak rzeka Jangcy, no i trafiła mnie konieczność rozbebeszenia moich bambetli, bo wyczajono coś potencjalnie niebezpiecznego. No to rozwaliłam na 80% lady (lada miała żeby nie skłamać dobre 4 m długości) tzw majdanek i dawaj pokazywać, co to za terrorystyczne akcesoria przewożę. W tym:

*nad wyraz niebezpieczny aparat z padniętą baterią ( udało się odpalić na 3 sekundy żeby udowodnić że to cyfrówka a nie granat ręczny, ale miałam serce w gardle),

*fiszbiny od stanika (z braku miejsca w bagażu głównym, które zajęły lekarstwa, witaminy, buty i inne arcypotrzebne utensylia, ciuchy władowałam w podręczny, lepiej się tłumaczyć z garderoby niż z przemytu farmaceutyków i zostawiać na zmarnowanie tak ważne substancje jak witaminka C i aspirynka)

*pęsetka (kosmetyczka nr 2 z artykułami pierwszej potrzeby typu cążki, kremiki, mokre chusteczki też trafiła do podręcznego, miałam zresztą nadzieję na jakiś prysznic po drodze)

*spinacze biurowe (piórnik jak wyżej, zapomniałam że Mac Gyver za pomocą długopisu potrafił obezwładnić pluton komandosów więc wpakowałam mój piórniczek z pandą do podręcznego…)

*oraz pasek, skitrany gdzieś w połowie plecaka… który to pasek z uwagi na ilość dziwnych metalowych zdobień wywołał zresztą poruszenie podczas prześwietlania…

Jak biedny funkcjonariusz od bezpieczeństwa zobaczył górę szmat wyłaniającą się z plecaka 80 litrów, w celu pokazania mu tego paska -zdębiał. Ale się nie poddał, walcząc niestrudzenie o wolność ojczystego nieba (od malowniczo rozkawałkowanych metalowo-mięsnych odpadków po potencjalnym zamachu). A ja następne 10 minut ku uciesze gawiedzi pakowałam bety do plecaka, miotając słownictwem wysoce nieparlamentarnym i upychając szmaty nogą… (dobrze, że nikt nie rozumiał co to za inwektywami rzucam soczyście…)

Potem w ostatnim momencie wpadłam do kolejki na samolot, przepchałam się przez biznesklass (licząc po ciuchu że każą mi tam zostać, żebym nie musiała walić po głowach pasażerów plecakiem, lapkiem i aparatem co się w biegu rozkołysały nieco, niestety nie udało się) – i wystartowałam do Kao.

 

Cel osiągnełam jeszcze za dziennego światła, ale po odstaniu swojego w kolejce paszportowej wylazłam już po zmroku (przy zwrotniku 20 minut po zachodzie słońca ciemności kryją ziemię) i metrem oraz autobusem udałam się na poszukiwanie przystani swego życia na najbliższy rok. W autobusie zachowywałam się jak ostani ułom, walizka mi odjechała ze trzy razy gdzieś na tył, laptop pieprznął o podłogę przy próbie łapania walizki, z torebki wysypała się zawartość bo się tak nieszczęśliwie wywróciła, a z racji wypchania zapięcie jej było niemozliwe… No cóż, białasy są dziwne i mają swoje prawa… A potem przespałam najbliższe 24 godziny, czekając aż mi zejdzie opuchlizna z nóg (normalnie nie mieściły się w żadne buty)… Nawet to, że mój pokoik (na 3 piętrze bez windy!!!) przypominał żywcem skrzyzowanie sauny z rozprażonym tosterem mi nie zakłóciło radosnego szuejdziao (czyli spania)…

Messerschmitty i Antek pod bawarskim niebem – Muzeum Lotnictwa w Monachium

 

Ładowarka a raczej jej brak popsuła mi nieco plany fotograficzne. W Monachium, przy wielkiej na trzy kondygnacje muzealne rakiecie V2 aparat powiedział – padam z głodu, pierdolę, nie robię. Dalsze uwiecznianie niemieckiej myśli lotniczej niestety, pozostało uwiecznianiem w głowie.

To co udało się uwiecznić, jest na google+

Cóż, wrócę, bo oprócz ciekawych pomysłów natury techniczno – konstruktorskiej Niemcy mają nieco dziwny sposób eksponowania samolotów, co sprowadza się do rozwłóczenia ich po możliwie dużej ilości placówek. I tak, jest Muzeum Narodowe Deutches Museum, gdzie w 3 salach (pomiędzy statkami, repliką jaskini Altamira, historią szklarstwa i instrumentami muzycznymi) stoją eksponaty nie byle jakie:

– ze 3 przedwojenne Junkersy z blachy falistej,

- samolot solarny,

- pocięty na kawałki (przekroje poprzeczne) kadłub jakiegoś samolotu z logo LH oczywiście,

- wspomniana już rakieta V2 i wojenne samoloty odrzutowe oraz rakietowe (wojenne = okres II WŚ)

No ale oprócz tego jest oddział na zadupiu, gdzie powitał mnie poczciwy Antek w liczbie 2 (jeden lata z misją lotów turystyczno – krajoznawczych, drugi stoi odpicowany w muzealnym hangarze, a na ogonie ma wielką czerwoną gwiazdę). Dyżurujący tam pracownik, przemiły pan Rainer z zawadiacko napomadowanym i zakręconym wąsem oprowadził mnie nie szczędząc fachowych informacji. Ba!  Pozwolił mi nawet wleźć do eksponatów normalnie nie przeznaczonych do regularnego włażenia dla wycieczek.

Jest ponadto jeszcze muzeum Dorniera, jest muzeum pod Heidelbergiem gdzie mają Tu 144 Konkordskiego oraz Concorde’a i cała masa innych, które też chcę kiedyś obejrzeć…

Zmordowana całodziennym bieganiem po Monachium, potuptałam na regularne międzynarodowe lotnisko, opchałam najdroższe kilo bananków w życiu i zajęłam się czekaniem na samolot mający mnie i czeredę Chińczyków teleportować 5056 mil Lufthanzy dalej na Wschód, kierunek Hongkong. Pomimo, że usadził się ( a raczej rozlał) obok mnie dobrze odzywiony chiński gentelman, podróż mineła mi znośnie… Byłam tak zmordowana, że usnełam pomimo pasjonujących (i głośnych) rozmów prowadzonych dookoła (tzn, przekrzykiwania się przez 5 najbliższych rzędów siedzeń… O mało nie przespałam fantastycznego menu samolotowego, kto zna mój przepadlisty żołądek bez trudu oceniu stadium wyczerpania… No, ale wciągnęłam ostatnie europejskie jedzonko, popiłam hektolitrami soku pomidorowego plus wszystkimi innymi płynami gratisowo oferowanymi przez obsługę (moja rada – wino Lufthansa selection można sobie darować… nawet trzeba, obrzyyyyyydliweee)… I obudziłam się już nad Chinami, a w okienku ujrzałam migoczące pod kadłubem pola ryżowe… Sąsiedzi zaczęli się przekrzykiwać po chińskiemu ( i ja zaczęłam rozumieć urywki konwersacji), a samolot pomału obniżał się podchodząc do lądowania w Hongkongu…